Varia, czyli różności


O starym kowalu, co śmierć i diabły zwodził
Legenda z okolic Rabki

Był jeden kowal bardzo stary. Sprzykrzyło mu sie zyć na tym świecie i pada tak:
- A kany ta śmierć jest, co po mnie nie przyhodzi1?

Aż jednego casu przychodzi ta śmierć po niego:
- Pódź - pada - kowalu, boś juz dość na tym świecie ludzi nakusił.

A on sobie przy stole tedy jad chleb z masłem z kruźlika.
- Zaraz - pada - ja s tobom póde, ino wleź do tego kruźlika i posiedź, nizeli sie wróce, przeznace bratom swoim robote, co majom robić.

On posed do kuźni, uklepał obręc na kruźlik, przysed do hałupe, okuł go i cisnon na półke.

Żył pace roków, znowu mu sie sprzykrzyło zyć na świecie i powiada do siebie tak:
- A kanyz ta śmierć jest, co nie przyhodzi po mnie?

Przypomniał se tyz, ze miał śmierć na półce, posed i wypuścił jom. Śmierć mu pedziała:
- Juz więcy nigdy po ciebie nie przyde.

Pare casów jesce, zawse prosił, zeby przysła po niego. Nareście przyhodzi śmierć i pada:
- Pódź, bo ci juz cas, boś sie juz dość starego zelaza naklepał, a teraz ja cie bede klepać.
- Zaraz pódę, ino pockaj, az trune se przyniese.

Przynosi trune, co miał jom gotowo, i powiada do śmierci:
- Pokazze mi, jak w ony trunie trza lezeć?

Śmierć legła do truny do góry garłem, a on miał wieko naryktowane i wnet jom przykrył. Zaniós potym do wody i cisnoł na wode. Śmierć płynie, płynie wodom na dół, aze jom ludzie złapili i myśleli, ze drzewa kawał. Jak uwidzieli, ze to truna jest, ze strahem otwarli. Tak im śmierć podziękowała pieknie, przyrzekła, ze ten, kto jom wypuścił, dziesięć lat dłuzy za to pozyje na świecie.

Znowu sie sprzykrzyło kowalowi staremu zyć na świecie i pada:
- Kany som ci wsyścy [diebli], co nie przydo po mnie?

Az tu przyhodzom trzek do niego i gadajom:
- No! pódź, kowalu, bo my nie bedziemy tacy głupi jak śmierć.
- Siądźciez se na ty ławie, a ja póde bratom sie rosporządzić i wnet przyde.

A ta ława była taka, ze kto na ni usiad, ten ś ni nie wstał, aze kowal puści. Kowal siedział w kuźni bez ćtyry dni, a diebli siedzieli na ławie i co który fce stać, to ni moze. Nareście w piąty dzień kowal przyhodzi, a diebli sie g go pytajom:
- Coś ty robił tele rasy, co my ledwie cekamy na ciebie?
- A cy ja wam kazał cekać? kiejście widzieli, ze mnie nie widno, toście se mogli iść.
- A jakze iść - padajom diebli - kiedy ni sposób z ławy stać.

Obrócił sie zadkiem do nich i gada:
- Cy ja was trzymam? kiejście posiedli, to siedźcie, a nie, to idźcie.

Przetrzymał ik pietnaście dni, aze diebły poshły na stypy; potym ik dopito puścił. Powiedzieli, ze juz nigdy po niego nie przydom.

I zył znowu pare roków, aze mu sie sprzykrzyło zyć na świecie. I znowu powiada do siebie:
- A kanyz som diebli wsyścy, ze nie przyhodzom po mnie?

Tak tedy przysło po niego dwunastu. A on miał takom jabłoń na ogrodzie, co kto ś ni fciał jabko urwać, to ino się dotknoł, to mu ręka przyshła i oderwać ni móg. Powiada im wtedy:
- Drwicie se kazdy po jednym jabku.

Powyhodzili na jabłoń jabkaa targać, kazdemu ręka przyshła do jedynego. A kowal jak uwidział, ze kazdy diebeł swoje jabko w ręce ma, przezegnał ik na krzyz i posed, a ik na jabłoni ostawił. Za nijaki ras przyhodzi ku nim i gada im tak:
- Nasiedzieliście sie na ty jabłoni, najedliście sie jabłek, to słaźcie, bo juz póde s wami.
- Kowalu! pieknie cie prosemy, ino nas puść s te jabłonie, to juz po caiebie nigdy nie przydziemy.

Posed do jabłonie i pięściom rznok do trzeciego razu; diebli poślatywali i polecieli, nie kcieli go juz brać, powiedzieli:
- Ze juz nigdy po ciebie nie przydziemy.

Za długi cas znowu mu sie sprzykrzyło zyć na świecie i prosił juz samego Pana Boga, zeby przyśli po niego,

Tak przysło po niego dwudziesta: pięci. Mówio mu tak:
- No, kowalu! pódź juz teraz s nami.
- Skoro was tela przysło na mnie, dwudziestu pięci, jakzebyk nie sed z wami? muse iść, bo sie muse bać; ale jak posłuhacie moje rade, co wam doradze
- Oj, nas tak nie wyprowadzis, jakeś tamtek wyprowadził na dziadków ogródek; bo my sie z miesca nie rusymy, dokąd ty s nami nie pódzies.
- Gadam wam wyraźnie, ze z wami ide; pódźcie ze mnom do kuźnie.

Diebli przychodzom do kuźnie i pytajom:
- Co ta bedzie nowego?
- Oto, widzicie, ja wam tako rade dam: powłaźcie do tego starego mieha; bo jakzebyście was dwudziestu pięci mnie jednego wiedli bez miasto? A tak bedzie lepi, co ja was dwudziestu pięci w jednym miehu bez miasto przeniese.

Usłuchali jego rade i powłazili wsyscy do micha. A on miał obręce wyryktowane na mich. i okuł wnet. Wzion mich na barki i niesie za miasto. Wysed za miasto między stodoły, co młóckowie młócili i tak sobie umyślał:
- Muse ja tego micha dać trohe przetrzepać, bo moc kurzu w nim.

Idzie, młóci dwok hłopów, ale sie to mu widziało mało; posed dali. Idzie dali, młócom w trójke. Idzie dali, młócom w cwórke. Idzie ku tym hłopom, pyta ik tak:
- Moi gazdowie! bydźcie tyz tak dobrzy, a przetrzepcie mi tego micha, bo w nim kurzu moc.
- O dyć my go tu wytrzepiemy, ino połózcie.

Jak zaceni trzepać, az zaceno gwałtu krzycyć w nim. Az sie dziura w miehu zrobila, dopiro tom dziurom jeden za drugim pouciekali. A on sie zabrał i wrócił do hałupe.

Jak sie mu sprzykrzyło znowu zyć na świecie, myśli sobie tak:
- Nie bede ja prosił nikogo, toby po mnie przyhodził, póde ja sam do piekła.

I dwadzieścia jeden dzień do tego piekła sie zbirał. Wzian se dziewięć razy święcony bat, wzian se dziewięć razy święconem wodo, wzian se dziewięć razy święconem kryde i do tego jesce stary kozak.

Sed, sed aze piedziesiąt dni do tego piekła, a na podarunek diebłom nabrał staryk grzybów.

Przychodzi ku bramie i woła:
- Otwiraj, bo mi bardzo cięsko,

A diebeł, co na warcie był, otwiera cym prędzy, bo myśli tak, ze który duse niesie. Włazi do piekła, kce sie ś nimi witać, a diebeł od wielkiego strahu musiał do kąta upaść. Na środku piekła zrobił se kowal koło święconem kreda; kropidro, wode i bat wzion se do kola i zacon diebłów kropić; a który blisko koła beł, to batem zaś rznoł, ze im tak skóre zgarbował, ze wsyścy przystali, co on ino kciał. A on nie kciał nic, ino tym starym kozuhem do trzeciego razu w kotle zamiesać. Przystali wsyścy na to, ino ten stary kulawy nie, co miesał na kotle. E, jak se tyz przysed bliny ku niemu, jak zacon kropidłem kropić, tako mu dokucył, ze mu powiada:
- Miesaj i sto razy, nie trzy. a mnie ino daj pokój.

Zamierał do trzeciego razu w tym kotle i wsyćkie dusycki sic pohytały tak, ze po ćtyry, po pięć na jedny kudle beło, ale sic jedna na spodku ostała i ręce do niego wyciągała. Znizył on troche kozuha, ułapiła sic i ta drugik, bo juz placu na kudłach nie bało. I wysad sobie s piekła. Jak idzie, tak idzie, az przesad na jedne polane. Strząsnoł tym kozuhem i te dusycki wszyśtkie stały sie owieckami. Na piscałce se piska i owiecki se pasie.

Ten stary kulawy do jednego diabła gada tak:
- Idź no ty po te owce i przynieś ik nazad do piekła. Ja ci tu nadam takom zagadka, ze bedziecie o te owce grać; ftóry ik wygra, tego owce bedom. Jest tam taka wielga góra; tyś jest przecie wartki w nogak, on nie śmi tego potrafić zrobić co ty. Polecicie na wyścigi na te góre; kto przódy na góra wyleci i nazad sie ku owcom wróci, tego badom.

Zahodzi ten diabeł ku kowalowi, pyta sie go:
- Cyje to owce?

Kowal odpowiada:
- Moje.
- A kto juhas do nik?
- Ja.

A diebeł mu pada:
- Tedy badom twoje, jak na te góry prędzy wylecis jak ja i wrócis sie do nik.

A kowal odpowiada:
- Co ja ta mam latać sam? mam ja brata, co go pośle, to an obleci przody jak ty.

A kowal miał prawie złapane dwa zającki w lesie i miał oba we worecku.
- Lećze ty sam, a ja se pośle brata swojego.
- Gdzie go mas?

A kowal mu pokazuje usy z worecka i pada: - Tu jest.

A diebeł odpowiada:
- Nie dbam ja o to; poślij i brata, niech przódy obleci, to ty owce wygras.

Puścił kowal zającka, diabeł poleciał na góra, a zając w las. Diabeł przyleciał nazad, pyta sie kowala.
- A brat juz jest?
- Ho, ho! juz od pół godziny nazad sie wrócił - i pokazuje mu drugiego zającka we worku.

Diabeł sie zabrał i poleciał do piekła. Przyleciał do piekła i pada:
- Co byś haw owce jakie wygrał u niego? ja leciał, co sie az smrecki poprzewyrtały, a on nie sam leciał, ino brata posłał, a ten jesce przódy obleciał jak ja.

A drugi diabeł odpowiada:
- Boś ty głupi; jak ja póde, to wygram od niego.

Idzie ku niemu, pyta sie go:
- Cyje to owce?
- Moje
- A kto juhas od nik?
- Ja.
- Tedy te owce badom twoje, jak tak gwiźnies mocno jak ja.
- Niek bedzie i tak: gwizduj ty przódy.

Diabeł jak gwiznoł, to az gałęzie z drzew poleciały. A kowal sobie obręc struga. Diabeł sie go pyta:
- Na co to strugas?
- Hm! tyś gwiznon, to gałęzie z drzew leciały, a jak ja gwizne, to by mi sie głowa rozleciała, to muse sobie głowa okuć,

A diabeł sie uląk i pyta:
- A ja co zrobie?
- A ty, co fces, to rób.

Diabeł cym prędzy bierze i dziura w ziemi grzebie i gada:
- Ja se do te dziura łeb wraze, co by mi sie nie roscepiła.

A kowal miał pałke dobrom, jak gwiznon diabła w zadek, tak diebeł nie patrzat ani owiec, ani nic, na jeden raz w piekle był.

Przyhodzi do piekła i powiada:
- Co byście mu poradzili? On jak tedy s nami robił, tak i teraz robi.

A jeden sie odzywa:
- Boście wy wsyśtkie dziady; niek no ja hań póde, to ja go tu z owcami razem przyniese.

Zabrał sie tyz i idzie ku niemu; a wzion sobie zapore od piekła. Przyhodzi i pyta:
- A cyje to owce?
- Moje.
- A kto juhas od nik?
- Ja.
- Tedy te owce twoje badom, jak tak te zapora do góra wyciśnies jak ja.

Diabeł wzion i kazuje ciskać kowalowi zapora. A kowal mówi:
- Kiej kces owce wygrać, to ciskaj ty przódy; niek ja widze, jak ty wysoko wyciśnies.

Diabeł jak wycisnoł, to w cwarty dzień zapora śleciała na dół, a do ziemie wpadła, ze je widać nie beło. Gada diabeł kowalowi:
- Bier te zapora i ciskaj.
- A jakze ja bada ciskał, kiedy w ziemi?
- A to se jom dostań.
- A cy ja jom ciskał, zebyk iom dostawał? kto jom cisnon, niek ten dostaje.

Diabeł jak złapił, tak wydar razem ze ziemio i dał kowalowi w ręce. A kowal trzymia z wielgom siło, tak ze ledwo na nogah stoi, a cięgiem do nieba poziera. A diebieł ni moze wytrzymać, pyta się go:
- Cego ty cięgiem w to niebo patrzys?

A kowal mu odpowiada:
- Zebyś ty wiedział, tego ja patrze? pocekaj no kwile, to sie dowies.

A diabeł sie go jesce dopytuje:
- A dyć ty mi powiedz, tego ty tak cięgiem patrzys?

Kowal mu pokazuje do góra i pyta sie go:
- A widzis ty hań w tym miesiącu? A on sie go pyta:
- Co?
- A moik braci? widzis, ze kujom i robio? cekam az wyrobio, to tedy bada zapora ciskał.

A diebeł ze strahu, ze mu zapora do miesiącka zaciśnie, jak porwał zapore, az sie kowal przekopyrtnoł. Przylatuje do piekła i gada tym reście diabłom tak:
- Byłby nam ten haw wymalował, cobyśmy ni mieli cym piekła zapirać i duse, jakby ftóry co przyniós. Ja ta juz więcy do niego hodził nie bede. Kiedi se zabrał duse, niek sobie tam potrzyma. Jemu sie ik uprzykrzy paść, to on sie sam bedzie ś nimi wmawiał.

Ale sie kowalowi owiecek nie sprzykrzyło; pasły sie, pasły, az sie gołąbkami stały i poleciały do nieba.

Było dwie dziurki w nosie, i skońcyło się.

Przypisy:

  1. W całej bajce ortografia zachowana jak w tekście oryginalnym.

Źródło:

  • Sto baśni ludowych, oprac. H. Kapełuś i J. Krzyżanowski, Warszawa 1958.


Do góry