Varia, czyli różności


Henryk Grynberg

Altera pars

Jeden z przedstawicieli żydowskiego Oświecenia w Niemczech po dokonaniu rewelacyjnego dla niego odkrycia, że chrześcijanie też wierzą w jedynego Boga, wyraził gotowość do przejścia na protestantyzm, pod jednym warunkiem: że nie będzie musiał modlić się do Pana Jezusa...

Jeśli oświecony Żyd miał takie pojęcie o chrześcijaństwie, to łatwo sobie obrazić, jak daleko mogła (i nadal może) być posunięta u chrześcijan nieznajomość religii żydowskiej, o tyle przecież mniej eksponowanej niż chrześcijańska. Anomalia to tym dziwniejsza, że nie ma religii bardziej zbliżonych. Rozdzielają je wieki prześladowań i krzywd, kompleksów i nienawiści oraz tego, co Arthur A. Cohen nazywa "teologicznym bratobójstwem", ale najcharakterystyczniejszą cechą stosunków żydowsko-chrześcijańskich była i jest nadal wzajemna ignorancja. Najwytrwalsi heroldowie i obrońcy Boga Jedynego zostali przez chrześcijan nazwani "bogobójcami", a ci, którzy rozpowszechnili w całym świecie mojżeszowe proroctwo podstawy etyczne, byli uważani przez Żydów za pogan, bluźnierców i świętokradców. Stary Testament okazał się przestarzały pod względem politycznym w porównaniu z Nowym i zaciekła kłótnia w rodzinie (bo pierwsi chrześcijanie byli przecież sektą żydowską) musiała skończyć się zamordyzmem, kiedy tradycyjnie antyżydowskie imperium postanowiło wykorzystać ten wielki potencjał ideologiczny i przybrało się w chrześcijański rytuał. W średniowieczu urządzano czasem pseudodysputy między przedstawicielami obu stron, ale organizatorom nie chodziło wcale o wyjaśnienie sporu ani o wzajemne zrozumienie, lecz o dyskredytowanie i wyszydzanie Żydów, którzy znajdowali się nie tylko w defensywie, lecz w sytuacji zgoła bez wyjścia, bo silną obronę ich wiary traktowano jako obrazę chrześcijaństwa i karano jako przestępstwo, a słaba obrona oznaczała poniżenie judaizmu. Impreza taka odbyła się na przykład w 1263 roku w Barcelonie, w obecności (i gwoli rozrywki) króla Aragonii i jego dworu. Żydowskim rzecznikiem był Nachmanides (rabi Mosze ben Nachman), któremu przyrzeczono całkowitą swobodę wypowiedzi i wolność od prześladowań, ale nazbyt zawierzył tym zapewnieniom i wkrótce po "dyskusji" musiał uchodzić z Hiszpanii. Sytuacja niewiele się zmieniła w czasach bardziej oświeconych, kiedy zwrócono się do Mojżesza Mendelssohna, żeby przyjął chrześcijaństwo albo wyjaśnił publicznie, dlaczego nie uważa religii chrześcijańskiej za właściwą. Żydowski filozof zdawał sobie sprawę z konsekwencji, jakie jego wypowiedź mogła ściągnąć tylko na niego, ale i resztę niemieckich Żydów, więc w wymijający sposób oświadczył tylko, że wierzy w słuszność judaizmu, który uczy, że sprawiedliwi wszystkich narodów i wyznań mają zapewnioną nagrodę u Boga, i dlatego nie zamierza udowadniać niesłuszności żadnej religii, mając nadzieję, że każdy chrześcijanin czy Żyd będzie wierny najlepszym ideałom swej wiary. Można się zgodzić, że dysputa między judaizmem a chrześcijaństwem jest właściwie zbędna. Każdy, kto zna te religie, przyzna, że obie są całkiem dobre (dla świata to niewielka różnica, czy Mesjasz ma przyjść po raz pierwszy, czy drugi, skoro i tak jego przyjście wydaje się niezbędne) i obie mają dosyć wyznawców (Żydzi są wprawdzie nieliczni, ale w judaizmie ważniejsza jest jakość wiernych niż ilość). Czas jednak najwyższy, żeby wyjść z ignorancji - teraz, po wymordowaniu sześciu milionów Żydów, które bez tej ignorancji nie byłoby chyba możliwe. Warto też przekonać się, czy można dziś bez narażania siebie i innych przedstawić chrześcijanom żydowski punkt widzenia, i czy zechcą cierpliwie i tolerancyjnie wysłuchać et altera pars. Nie zamierzam przy tym wcale dowodzić słuszności przedstawionych tu żydowskich poglądów, nie czuję się do tego powołany ani przygotowany i nie mam pewności, przy których obstawać, a przy których nie. Chodzi mi tylko o pokazanie, jak sprawa w niektórych aspektach wygląda z żydowskiego punktu widzenia.

Tora jest epiką o nadnaturalnym rozmachu i wymiarze myśli, którą można przez to śmiało określić jako "Boską". Widoczne to zwłaszcza w kontraście z niezdarną ludzką mową, przy pomocy, której rzecz próbowano wyrazić. Były to narodziny literatury i przechodzi ludzkie pojęcie, jak można było tyle powierzyć noworodkowi. Tyle czystej abstrakcji przy zupełnym braku abstrakcyjnych pojęć w języku. Stąd oczywiście konieczność owych przypowieści, obrazowości i poezji, a z drugiej strony wszystkie te śmieszne powtórzenia. Tora jest zapisem języka w procesie tworzenia, genesis ludzkiego świata, bowiem mowa stworzyła człowieka. Prorocy tworzyli mowę, a równocześnie mowa tworzyła proroków i powstawał układ zamknięty, w którym wzrastało napięcie, podnosząc do wyższej potęgi zarówno mowę, jak myśl. Był to proces twórczy iście Boski, więc Tora to nie tylko historia, lecz także substancja powstawania naszego świata. Ponad chaos wzniósł się nagle natchniony, potężny Duch Święty Prawa i na zawsze narzucił światu Boski Ład. Instrument ludzkiej mowy był tak jeszcze prymitywny, że Duch, który zaczął wtedy przemawiać do człowieka "albo p r z e z człowieka", jak by powiedział ktoś "niewierzący", sam musiał się uczyć przemawiać do kogoś mało jeszcze pojętnego i nie znającego lepszego aparatu przekazu. Przemawia on zresztą do dziś ustami natchnionych, mało "zrozumiałych" i często nawet "niewierzących" poetów. Ateista powie, że jest to Duch Ludzki, odróżniający nas od zwierząt. Ale jeśli tak, to jakiego pochodzenia jest Duch Podłości, Okrucieństwa i wszelkiego Zła, bo przecie Boski ani zwierzęcy on nie jest? Duch Święty - w nas czy ponad nami - musi więc być elementem Boskim, a w każdym razie nadludzkim. W nim też nasza nadzieja i chyba jedyne zbawienie.

Faryzeusze wyraźnie widzieli różnice i dysproporcje pomiędzy tekstem Tory a jej zawartością. Dlatego tekst nazwali "ocembrowaniem studni", a nauki z niego płynące określali jako czerpaną z tej studni wodę. A że studnia była głęboka, a jej zawartość niewyczerpana, więc stworzyli z czasem całą naukę o tej zawartości, czyli Talmud (poch. od heb. "limud" - "nauka"). Talmud polega więc na wyjaśnianiu - ewentualnie interpretowaniu - tego, co zawiera studnia tysiącleci, czyli Tora. Życie bez Tory byłoby egzystencją pozbawioną prawdziwego znaczenia i godności - stwierdził blisko dwa tysiące lat temu Eleazar ben Azariah i w ten sposób można właściwie zdefiniować żydowską postawę wobec reszty świata. Jeśli nie podobna studiować Tory i żyć według jej wskazówek w swym domu, to trzeba podążyć tam, gdzie można - głosił rabbi Neborai. Słuszność jego słów, wypowiedzianych również dwa tysiące lat temu, potwierdza do dziś historia uchodźstwa poszukiwaczy prawdy i wolności duchowej. Oprócz elementu Boskiego w Torze można podziwiać i zwykły ludzki geniusz: w skrupulatności i precyzji przepisów prawa (karnego i cywilnego), inżynieryjnym opisie materiałów, wymiarów, sposobu budowy i architektury Arki Przymierza czy jerozolimskiej Świątyni, w szczegółach każdego ornamentu, a także w strategii i taktyce wojennej, czy w formie szyku marszowego. A trzon tego wszystkiego, Pięcioksiąg, spisano w prostym języku koczowników, których tradycja literacka składała się z kilku ustnych podań plemiennych i zaklęć rytualnych.

Tora zawiera wydarzenia i sceny budzące przerażenie i protest, bo jest ona obiektywna i opowiada wszystko, niczego nie skrywając. Nie ma w niej tzw. bohaterów pozytywnych, bo nie było ich w rzeczywistości (i dotychczas nie ma, nawet wśród świętych). Dawid, największy ulubieniec Boga, najczęściej stawiany za przykład najwierniejszego i najbardziej oddanego sługi bożego, popełnił kilka ciężkich grzechów i przestępstw, a niektóre ustępy pozwalają domyślać się wręcz zbrodni, dokonanych po królewsku, to znaczy cudzymi rękami, a nawet bez wydania rozkazu - wyłącznie dzięki uprzedzającej domyślności i gorliwości podwładnych. Grzesznikami są także Saul i Samson, a nawet tacy wybrańcy, jak Aron i sam Mojżesz. Czasami wydaje się, że błędy popełnia nawet Bóg. Tora niczego nie wybiela ani nie tuszuje fałszowanie historii jest jej zupełnie nieznane. Owszem, miała być z założenia jej nauką moralną, ale do tego wystarczał jej obraz obiektywny: tak było. Jeśli Tora jest "bezwzględna", czy nawet "okrutna" - jak ją często określają chrześcijanie - to tylko dlatego, że taka jest Prawda, a ona w Torze jest najważniejsza, nawet jeśli miejscami jest to prawda artystyczna. Dawid, na przykład, jest przypuszczalnie skomponowany z kilku postaci, co po angielsku określa się trafnie jako composite.

Chrześcijanie zarzucają Staremu Testamentowi zapożyczone z Kodeksu Hamurabiego prawo talionu, "oko za oko, ząb za ząb", określając je jako "okrutne". A tymczasem prawo to było kamieniem milowym sprawiedliwości i równości wobec prawa w świecie, gdzie żadna równość przedtem nie istniała. Była to po prostu gwarancja, że za oko nie trzeba będzie płacić głową, a za ząb ręką i nogą. Chodzi o odpłatę nie "równie okrutną "- jak głosi Encyklopedia Powszechna PWN - lecz po prostu równą, bo w praktyce prawa nie opartego na tej zasadzie kara bywa często niewspółmiernie okrutna w porównaniu z winą (niech o tym świadczą wyroki inkwizycji czy sądów w krajach komunistycznych). Zasada "oka za oko" jest nie tylko dosyć sprawiedliwa, ale i skuteczna, podczas gdy postulowane od blisko 2 tysięcy lat chrześcijańskie wybaczanie winy jak dotąd nie przyniosło wyników. Miłosierdzie jest bowiem cechą Boga, nie człowieka. Bóg potrafi wybaczyć prawie wszystko, a człowiek prawie nic. Od Boga człowiek z łatwością przyjmuje przebaczenie, a od człowieka z wielkim trudem.

Chrześcijanie, którzy twierdzą, że Bóg Starego Testamentu jest bezwzględny czy niemiłosierny, prawdopodobnie wcale Starego Testamentu nie czytali, a przynajmniej jego oryginalnej wersji, żydowskiej, tej bez cenzury (cenzurę notabene wprowadził do naszej cywilizacji właśnie Kościół katolicki). Bóg Starego Testamentu jest groźny, ale miłosierny i bardzo wyrozumiały. Czasem wydaje się niemal bezradny wobec przewrotności ludzkiej natury i - przez usta swych wysłanników i proroków - próbuje na przemian prośby i groźby. Grozi karą i przyrzeka nagrodę, a gdy powodów do kary jest znacznie więcej niż do nagrody, to - nie widząc innego wyjścia - wybacza i wielokrotnie zaczyna całe Przymierze od nowa. "Któż jest takim Bogiem jak ty, który przebaczasz grzech!" - woła prorok Micheasz (7:18) i dodaje: "O niezachowuje gniewu na zawsze, gdyż znajduje upodobanie w miłosierdziu" (ibid.). "Czego Pan wymaga od ciebie?" - zapytuje retorycznie prorok i odpowiada: - "tylko, byś postępował sprawiedliwie, miłował miłosierdzie i pokornie kroczył za swym Bogiem" (Mich, 6:8). Czymże różni się ten stary Bóg od chrześcijańskiego? W Starym Testamencie Bóg często zniża się, schodzi do poziomu człowieka, robi, co może, żeby z ludzi uczynić ludzi oraz żeby ich na tym wyższym szczeblu utrzymać. Zarzucając Staremu Testamentowi "bezwzględność", chrześcijanie dają do zrozumienia, że Nowy Testament oferuje Boga "lepszego", bardziej miłosiernego, niejako, "nawróconego na chrześcijaństwo". Tymczasem tego starego żydowskiego Boga wcale nie potrzeba było nawracać - zawsze był chrześcijaninem, od niepamiętnych czasów. A z drugiej strony, czy rzeczywiście miłościwszy jest ten późniejszy Bóg? Czy mniej doświadczał człowieka? Znacznie więcej. Czy więcej przebaczał? Jeśli tak, to tym gorzej. Czy łagodniejsza Jego ręka? Raczej przeciwnie. Jest stanowczo bardziej milczący. Zamilkł właściwie już chyba zupełnie. Może oniemiał? Rabi Akiba doszedł do wniosku, że w czynach ludzkich jest więcej zła niż dobra i że gdyby Bóg sądził nas na tej podstawie, to rodzaj ludzki musiałby wyginąć. Jeszcze do niedawna Bóg takiego sądu się powstrzymywał, ale jest coraz więcej wskazówek, że koniec końców będziemy w ten sposób sądzeni (i sami sobie wymierzymy zasłużoną karę).

Są tacy, co w Starym Testamencie szukają poparcia dla swej niechęci lub nienawiści do Żydów. "Patrzcie, co o nich mówi sam Bóg!" - wołają. Nie chcą w tym wypadku uznać Żydów za przedstawicieli ludzkości, jaką Bóg stworzył, a przynajmniej próbował stworzyć (natomiast w Oświęcimiu ci sami ludzie widzą męczeństwo właśnie ludzkości, a nie Żydów). Niech będzie, że Żydzi Starego Testamentu są tylko Żydami, a nie metaforą, i że to właśnie Żydów Bóg tak ostro krytykuje w swym Piśmie (choć ustami czy piórem samych Żydów). Ale wobec tego, co powiedziałby Bóg o innych, gdyby zabrał głos na ich temat? Przecież nawet Dziesięciorga Przykazań nie wprowadzono naprawdę w życie, choć wpisano je do wszystkich konstytucji i postawiono jako warunek sine qua non wszelkiej cywilizacji. Za takie grzechy jak w Starym Testamencie już mało kogo się dziś piętnuje. Bóg krytykował Żydów w żydowskim Piśmie Świętym bardziej niż innych, bo więcej od nich wymagał jako od Narodu Wybranego (któremu wskazał kierunek). Był często bezradny wobec słabości i podłości wśród wybrańców, ale czy ma być bardziej zadowolony z chrześcijan, którzy twierdzą, że to oni są teraz Jego wybrańcami? Wątpię. Jest wciąż bezradny wobec bezmiaru słabości i podłości człowieka, więc zgadza się na wypaczenia, przeinaczenia, nawet na drobne kłamstwa, nie mówiąc już o wyraźnym rozwodnieniu ideału, aby tylko utrzymać na powierzchni najważniejsze zasady. Przykładem oczywistej wulgaryzacji niech będzie chociażby interpretacja modlitwy o "chleb powszedni", modlitwy, w której chodziło przecież o codzienną strawę dla ducha, a nie ciała. Jeszcze bardziej oczywistym przykładem jest straszenie dusz cielesną męką piekielną.

A tymczasem talmudysta Hanina ben Dosa nauczał, że grzechu należy się wystrzegać nie ze strachu przed karą, lecz przez czystą miłość dla Boga (czyli ideału - przyp. H.G.). "Mądrość jest dobra tylko o tyle, o ile pomaga człowiekowi osiągnąć ideał czystej miłości do Boga, lepiej uświadamiając człowiekowi, co jest grzeszne (czyli błędne - przyp. H.G.) - twierdzi faryzeusz Hanina. Według niego mądrość i wiedza nie są najważniejsze, gdyż także człowiek mało wiedzący może spełniać dobre uczynki, które prowadzą do harmonii między ludźmi, a harmonia miła jest Bogu. Zwolennikiem harmonii i doskonałości jest również Szymon ben Azai, który wyjaśnia, że dobry uczynek jest dlatego dobry, że prowadzi do innego dobrego uczynku i nie może być za to prawdziwszej nagrody niż inny dobry uczynek. Natomiast wykroczenie, czyli grzech, jest według Szymona ben Azaia "raną zadaną sobie samemu, która prowadzi do następnych ran, a karą za taki grzech jest następny grzech" (czyli mnożenie grzechu i zła - przyp. HG). Ben Azai już dawno temu zrozumiał, że "piekło to my".

Chrześcijanin Travers Herford, który dokładnie studiował teksty żydowskie, określił Talmud jako dzieło mędrców i świętych, którymi powodowało głębokie pragnienie, aby służyć Bogu (dążyć do ideału - przyp. H.G. ). Mieli oni między innymi i tę zasadę, że nauczyciel Pisma nie może brać zapłaty za naukę, bo w ich przekonaniu - cytuję za Herfordem: "bezpłatny dar z laski Boga nie powinien być wymieniany na korzyści materialne"1. Rabini Talmudu byli przeważnie cieślami, szewcami (sandalarzami), najmitami. Akiba, który znał tylko Boga Starego Testamentu, głosił, że Bóg sądzi nas swą dobrocią, a rabi Iszmael pouczał: "bądź posłuszny wobec władcy, cierpliwy pod prześladowaniami i przyjmuj każdego w pogodnie". Lewitas z Jabneh ostrzegał: "bądź pokorny, bo nadzieje śmiertelnika są w grobie". Faryzeusz ben Azai podkreślał takie: "nie pogardzaj nikim, bo nie znajdziesz człowieka, który nie miałby swej godziny", a Jakub ben Kurszai był przekonany, że "świat ten jest przedsionkiem do przyszłego świata" i nakazywał: "przygotuj się w przedsionku przed wejściem na salę bankietową". Jeśli dodać do tego Hillelową miłość bliźniego, to co nowego jest w Nowym Testamencie (nawet gdyby nie było esseńskich pergaminów odkrytych niedawno w Qumran)?.

Herford podkreśla, że "cnota pokory jest jedną z głównych cech faryzejskiej koncepcji doskonałego charakteru". Doskonałość zaś niełatwo osiągnąć, więc w rywalizacji z faryzeuszami (którzy byli w religii żydowskie stronnictwem ludowym) chrześcijanie zaczęli oskarżać ich o obłudę i powtarzali to tak długo i uporczywie (dysponując ambonami całego Cesarstwa i okolic), aż wskutek wyprania mózgów słowo "faryzeusz" stało się synonimem obłudy, a z pokory uczyniono cnotę chrześcijańską na prawach wyłączności. Mijały wieki, w ciągu których Żydzi próbujący praktykować talmudyczną pokorę płacili za to najwyższą cenę aż do największego ukrzyżowania w dwudziestym wieku, podczas gdy chrześcijanie budowali cesarstwa i mocarstwa.

Nie brak oczywiście i pewnych zasadniczych różnic filozoficznych. Chrześcijaństwo zakłada - być może całkiem słusznie - że człowiek jest głęboko grzeszną istotą z natury. Judaizm - być może bardzo niesłusznie - jest pozytywniej nastawiony do człowieka i głosi, że każdy może wybrać czynienie dobra i doskonalenie życia na ziemi. Budowa lepszego świata dla żywych, tu na ziemi, była zawsze w centrum żydowskiej uwagi - wskazuje Abba Eban2 (między innymi dlatego Żydzi łatwo ulegali demagogii komunistycznej, która głosiła to zawsze w swoich programach). Judaizm nie namawia też do ascezy czy abnegacji, każąc z wdzięcznością przyjmować dary Boże, a nie odrzucać, i traktuje świat jako na ogół udany projekt Boski nawet jeśli niektórzy bardziej sfrustrowani rabini redukowali żywot doczesny do "przedsionka" w nadziei na ten lepszy, późniejszy. Święty Franciszek jest przykładem, jak chrześcijaństwo starało się z czasem przejąć również ten optymizm i pozytywizm od Żydów. Chrześcijanie zresztą od początku mieli u kogo się uczyć: rabban Gamliel I, wnuk słynnego Hillela, był mentorem Saula z Tarsu, czyli świętego Pawła, który postanowił z judaizmu stworzyć religię uniwersalną i uczynił to.

Herford podkreśla jeszcze jedną zasadniczą różnicę pomiędzy faryzeuszami a chrześcijanami: "faryzeusze-- pisze on - nigdy nie prześladowali swych heretyków i choć twierdzili, że odszczepieńcy ci nie wezmą udziału w życiu przyszłym, to przynajmniej nie skracali im życia doczesnego". W "Pirke Abot", gdzie przytoczone są cytaty twórców Talmudu, nie pominięto słów ani imion tych, którzy z takich czy innych względów zostali ekskomunikowani. Nie pominięto także dwóch uczonych, którzy przeszli na chrześcijaństwo. Judaizm uznaje dyskusję na każdy temat i nie zawiera dogmatów. Uznaje prawo do wątpienia i poszukiwania (Żyd nie musi nawet wyznawać ani deklarować swej wiary w Boga, jeśli tylko stosuje się do Jego przykazań i zasad Tory). Sprzeciwia się dyktaturze, stawiając wszystkich na równi wobec Boga i Prawa. Ta żydowska tradycja jest do dziś podstawą demokracji (przynajmniej brytyjskiego i amerykańskiego typu). Król żydowski był monarchą konstytucyjnym, bo odpowiedzialnym wobec prawa, jakim była Tora - konstytucja społeczeństwa żydowskiego. Nazywał się "królem żydowskim", to znaczy "Królem Żydów", bo nie był właścicielem kraju, podzielonego pomiędzy poszczególne plemiona. Monarcha był tylko wodzem, podobnie jak "cesarz Francuzów" czy "król Belgów". Dyktatorzy nie mogą ścierpieć żydowskiego ducha niezależności, indywidualizmu i sprzeciwu. Abba Eban w swym popularnym podręczniku historii Żydów podkreśla, że nie był to sprzeciw wobec żadnej "prawdziwej wiary", włącznie z chrześcijańską, lecz wobec dyktatury, zarówno politycznej, jak i duchowej, w obronie niezależności ludzkiego ducha i przynajmniej wewnętrznej wolności człowieka. Zresztą autorami głównych dogmatów chrześcijańskich byli nie tyle duchowni, co właśnie cesarze, którzy zostali potem świętymi chyba na takiej samej zasadzie, jak ich pogańscy poprzednicy na tronie zostawali "bogami" (tak to w każdym razie wygląda z żydowskiego punktu widzenia). W Starym Testamencie nie brak Zbawicieli, których Bóg co i raz zsyła Żydom na pomoc. Byli nimi: Mojżesz, Saul, Dawid, Gedeon, Samson. Dawid urodził się w Betlejem i prorocy przepowiadali ponowne jego przyjście i ponowne zajęcie przez niego świętej Jerozolimy. W Starym Testamencie jest także Judasz i są srebrniki, bo to Jehuda (czyli Judasz), jeden z dwunastu (!) braci, wpadł na pomysł sprzedania Józefa za dwadzieścia srebrników (różnicę dziesięciu srebrników między pierwszym Judaszem a drugim można śmiało przypisać inflacji, niewielkiej zresztą jak na okres tysiąca siedmiuset lat). Żydzi prawie zawsze wierzyli, a wielu nadal wierzy w przyjście Mesjasza. Nie wierzą tylko, że Mesjasz już był, zwłaszcza widząc stan rzeczy w otaczającym ich świecie. Saul z Tarsu był mistykiem głębszym od swych kolegów z talmudycznej szkoły, bo zamiast nieosiągalnego wybawienia doczesnego zaoferował zbawienie pozagrobowe (po wyjściu z "przedsionka"). Można je zresztą traktować również jako doczesne, tyle że nie fizyczne, ale duchowe. Ktoś tak wielki duchem jak Jehoszua z Nazaretu (przez "przypadek" urodzony w Betlejem) nie umiera, lecz zmartwychwstaje i żyje wiecznie - orzekł święty Paweł i, jak widzimy, wcale się nie pomylił. Nawet jeśli Jehoszua nie był Bogiem, to zbawił on niezliczone dusze, dając im wiarę, nadzieję, a niekiedy i miłość - zbawił je samym mitem i ucieczką od nędzy rzeczywistości materialnej. Religia Saula z Tarsu była bardzo potrzebna ludom "mitu śródziemnomorskiego", a także nowszym przybyszom z Północy, ale Żydzi mogli się bez niej obejść. Judaizm znajdował się wtedy w najwyższym rozkwicie, wzbogacał swe zasoby duchowe, radził sobie bez chrześcijańskiej ucieczki od świata. Zresztą chrześcijańskie cesarstwo stało się wkrótce żywym zaprzeczeniem podstaw filozoficznych tej wiary. Chrześcijaństwo wygrało dusze pogańskie bez walki, bo judaizm nigdy o nie nie zabiegał (nawracanie, które jest główną misją chrześcijańską, zawsze było obce judaizmowi), ale przegrało główną konkurencję: o Żydów. W porównaniu z żydowskim establishmentem, a nawet ludowymi faryzeuszami, którzy mieli księgi i szkoły, wcześni chrześcijanie byli rodzajem hippisów, obywających się bez ksiąg, praw i przepisów. Szli w świat chwaląc swego Boga jako wyzwoliciela z nieznośnych pęt ziemskiego świata, domu niewoli. Głosili wolność ducha i byli abnegatami, bo tylko w ten sposób mogli przeciwstawić się możnym tego świata. Były to z pewnością wielkie i dzielne duchy, godne prawdziwego podziwu.

Przez długi czas miałem wątpliwości, czy Jezus Nazareński naprawdę istniał. W jaki sposób tak ważna postać mogła ujść uwagi skrupulatnych historyków rzymskich i Józefa Flawiusza? Jak mogły tak ważne nauki nie zwrócić uwagi redaktora Miszny i Pirke Abot, który przecież dał dowód tolerancji dla odszczepieńców? Zapożyczenia literackie ze Starego Testamentu (Betlejem, Judasz, srebrniki) jeszcze bardziej wzmagały moje wątpliwości. Doszedłem do wniosku, że Jezus to composite (podobnie jak Dawid), stworzony z wielu różnych kaznodziejów, którzy w owym okresie głosili przyjście Mesjasza lub wręcz się za niego podawali, że jest to nauka, zaczerpnięta z różnych nauk (zwłaszcza z esseńskiej). O autentyczności Jehoszuy z Nazaretu przekonuje mnie jednak ten drobny szczegół, "musiał" on urodzić się w Betlejem - chociażby przez przypadek - aby zgodziły się przepowiednie proroków. Gdyby był postacią wymyśloną, to po co miałby być Nazareńczykiem? Być może Jehoszua uważał się za Mesjasza i miał uczniów, którzy w to wierzyli. Mógł też śmiało nazywać siebie Synem Boga, bo według wiary żydowskiej wszyscy jesteśmy dziećmi Boga, a On naszym Ojcem, ale z pewnością nie uważał się za Boga i żaden z apostołów nie mógł go za takiego uważać, bo musieli to być w gruncie rzeczy głęboko wierzący Żydzi, a żaden Żyd nigdy by się na takie bluźnierstwo nie waży. Zresztą o Boskiej naturze Jezusa zadecydowano dopiero w kilka wieków później (za sprawą cesarza).

W Ewangeliach nie ma zgodności co do szczegółów życia i śmierci Jezusa. Żaden z ewangelistów nie był świadkiem opisywanych wydarzeń (zapisali tylko ustne podania). Nie był nim również święty Paweł. Nauki chrześcijańskie były właściwie tylko wersją nauk esseńskich i faryzeizmu, a więc dla ówczesnych historyków nie stanowiły żadnej rewelacji. Historyk-amator Erich von Daniken, który jest chrześcijaninem, wytyka ewangelistom rozmaite naiwności literackie. Jak to możliwe - zapytuje - że Jezus, który dopiero co triumfalnie wjechał do Jerozolimy na oczach tłumów, nie był znany z wyglądu policji i dopiero Judasz musiał swym pocałunkiem go wydać? Jak to możliwe, że cudotwórca wskrzeszający zmarłych nie miał wokół siebie więcej zwolenników? Tłumy nie powinny go odstępować ani na chwilę. Jak to możliwe, że żaden z historyków nie zauważył jego zmartwychwstania i to w mieście, które było w centrum uwagi Rzymu ze względu na nieustanne niepokoje? Dlaczego nawet apostołowie niezupełnie wierzyli w to zmartwychwstanie?3 Dlaczego rzezimieszek Barabasz figuruje w historii wraz z datą i miejscem śmierci na krzyżu, a Jezusa, który zmarł obok niego, zupełnie nie wspomniano? Dlaczego Piłat, który jest postacią historyczną, znaną z najgorszej strony jako bezwzględny łupieżca powierzonej mu prowincji i skorumpowany łotr, który najchętniej skrytobójczo usuwał każdego niewygodnego sobie w Judei, musiał postawić się w tak trudnej sytuacji, wytaczając Jezusowi legalny proces i to z udziałem Sanhedrynu? O którym to procesie nie ma zresztą nie śladu u takiego historyka jak Józef Flawiusz, ani w żadnych kronikach żydowskich czy rzymskich. Autentyczny Jehoszua z Nazaretu mógł oczywiście zostać zdradzony przez kogoś ze swych apostołów i fałszywie oskarżony przez jakąś konkurencyjną sektę czy rywalizującego z nim kaznodzieję, bo walki bratobójcze były wtedy na porządku dziennym w Ziemi Świętej (badacze twierdzą, że Jerozolima po długim oblężeniu padła nie tyle pod ciosami Rzymian, co przez wojnę domową pomiędzy sektami, które wzajemnie się wybijały), ale z pewnością nie zginął za sprawą Żydów jako takich, ani Sanhedrynu.

Żydzi mieli Torę, której tekst - jak świadczą zwoje znalezione w Qumran - pozostaje niezmieniony przynajmniej od drugiego wieku przed Chrystusem. Teksty esseńczyków świadczą również, że byli oni rodzajem chrześcijan na dwa wieki przed Jehoszuą z Nazaretu. Potwierdzają to ich zwyczaje i wierzenia opisane przez Józefa Flawiusza (między innymi ich przekonanie o grzeszności ciała i nieśmiertelności duszy). W II w. po Chrystusie Żydzi mieli oprócz Pięcioksięgu i reszty Pisma Świętego także dziesięć razy obszerniejsze dzieła zebrane pod wspólnym tytułem Talmud. Chrześcijańscy konkurenci musieli więc przedstawić swe własne pisma i świadectwa, a musieli zrobić to w pośpiechu, bez doświadczenia i odpowiedniego przygotowania, więc rzecz wyszła po amatorsku, ze sprzecznościami i błędami, które potem trzeba było w ciągu wieków naprawiać i usuwać. Oryginalnych tekstów Ewangelii nie ma, są tylko późne odpisy, bo dopiero z IV wieku. Von Daniken wskazuje, że są to odpisy odpisów (razem około 1500) i że do dziś nie ma stronicy bez sprzeczności i niezgodności. W Kodeksie Synajskim z IV wieku von Daniken naliczył 16 tysięcy poprawek, przy czym niektóre ustępy były poprawiane kilkakrotnie przez co najmniej siedmiu korektorów. Zmiany miały na celu nie tylko podniesienie wartości literackiej tekstów, ale również - lub przede wszystkim - dopasowanie ich do dogmatów w miarę powstawania tych ostatnich. Natomiast w żydowskim Piśmie Świętym zauważono dotychczas tylko 18 poprawek l i t e r o w y c h, wprowadzonych wyłącznie ze względu na pisownię4.

Walka w rodzinie musiała przybierać brzydką formę, kiedy wyznawcy nowej wiary nie chcieli zrezygnować z nawracania starego zakonu. Nie cofano się przed oszczerstwami - z pewnością na zasadzie wzajemności - a że w grę wchodziła polityka, musiały nastąpić prześladowania. Prześladowanie chrześcijan przez Cesarstwo Rzymskie zbiegło się zresztą w czasie ze wzmożonym prześladowaniem Żydów, zwłaszcza faryzeuszy i trudno powiedzieć, po czyjej stronie było więcej męczenników (faryzeusz Akiba z pewnością należy do największych i najbardziej bohaterskich). Po nawróceniu Cesarstwa chrześcijanie stali się establishmentem, a Żydzi pozostali elementem wywrotowym, z zasady wszystko kwestionując i odrzucając to, co chrześcijański teolog Heinz Kremers nazywa "chrześcijańską systematyzacją dogmatu"5 Był to zresztą w pewnym sensie dalszy ciąg rywalizacji żydowsko-helleńskiej, a fakt że pokrewieństwo duchowe walczących było teraz znacznie większe, wcale nie łagodził walki - przeciwnie. Dawny grecki antysemityzm został pogłębiony przez mit o zabiciu Boga przez Żydów - najbardziej szatańskie oskarżenie, jeśli wziąć pod uwagę, z obiektywnego, historycznego punktu widzenia to właśnie Żydzi Boga stworzyli - zarówno pierwszego, jak i drugiego. Przy tej okazji nieżydowscy rywale podminowali i wysadzili raz na zawsze z hierarchii kościelnej swych żydowskich starszych braci w Chrystusie, tworząc równocześnie podstawy nowoczesnego antysemityzmu, tego samego, który jest odpowiedzialny za pogardę, czasy pogardy oraz ukrzyżowanie sześciu milionów.

Judaizm był niewygodnym świadkiem tak dla cesarskiego kościoła, jak i kościelnego cesarstwa. Kiedy okazało się, że walka teoretyczna jest bardzo trudna, jeśli nie wręcz niemożliwa (credo guod absurdum nie jest zręcznym argumentem w dyskusji), wypowiedziano wojnę nie tylko duchowi żydowskiemu, lecz ciału. Franklin Littell w pracy zatytułowanej "The Crucifiction of the Jews" ("Ukrzyżowanie Żydów") wskazuje w chrześcijaństwie te antyżydowskie "mordercze implikacje, które mordercy znajdą we właściwym czasie". Już w samym dążeniu do nawrócenia Żydów dzisiejsi historycy widzą rodzaj duchowego "ostatecznego rozwiązania" ("eine geistliche Endlösung) - jak to określili Alice i Roy Eckardtouwie6, bo jest to przecież dążenie do tego, żeby Żydów więcej nie było. Z drugiej strony Żydzi byli Kościołowi "potrzebni", jeśli byli oni przykładnie poniżeni i na chrześcijańskiej łasce.

Korzeni antysemityzmu jest w kulturze europejskiej dosyć - od chrześcijańskich początków do hitlerowskiego i marksistowsko-leninowskiego końca. Obfita jest historia tego antysemityzmu. Wygnanie z Anglii, wygnanie z Francji, wygnanie z Hiszpanii, wygnanie z Portugalii, a także na drobniejszą, polską skalę wygnanie w 1493 roku z Krakowa. W 1224 roku Ludwik IX zwiózł do Paryża 24 fury skonfiskowanych rękopisów Talmudu i kazał je spalić. Ten barbarzyński wyczyn nie przeszkodził mu uchodzić za "patrona nauki", zapewnić sobie autorytet moralny wśród ówczesnych władców Europy, a w końcu i --- tytuł świętego. Pod wpływem takiego autorytetu moralnego nastąpiło potem dwadzieścia innych publicznych spaleń Talmudu (w Rzymie, Barcelonie i innych ośrodkach zachodnioeuropejskiej cywilizacji). Tyle jeśli chodzi o europejskie tradycje palenia książek. A oto przykład innej tradycji, która dożyła naszych czasów: 15 lipca 1099 roku europejscy. krzyżowcy zdobyli Jerozolimę. Zdobyli ją w walce z muzułmanami, a nie Żydami, ale nie ośmielili się na okrucieństwa wobec muzułmanów, których armie poza Palestyną były wtedy wciąż jeszcze liczne i dobrze uzbrojone, więc dla uczczenia swego zwycięstwa nad niewiernymi chrześcijańscy rycerze spędzili do głównej synagogi wszystkich jerozolimskich Żydów i żywcem ich spalili wraz z synagogą. I wreszcie trzecia tradycja, która również nie zginęła: w 1215 roku papież Innocenty III wprowadził w swym państwie przepisy, które zabraniały Żydom mieszkać w jednym domu z chrześcijanami i nakazywał im nosić specjalne oznaki w miejscach publicznych, jak żółte łaty. Nie jest to bynajmniej zabytek ciemnego średniowiecza - w wieku Oświecenia papież Pius VI wydał edykt przeciwko Żydom, przywracający owe żółte łaty i cenzurę ksiąg żydowskich, zabraniający prowadzenia sklepów żydowskich poza gettem, a nawet zakazujący stawiania nagrobków na żydowskich cmentarzach (praktykowane do dziś wymazywanie pamięci po Żydach). A zatem naprawdę niewiele nowego w hitlerowskich ustawach norymberskich.

"Pogromy", choć słowo to rosyjskie, są również zachodnioeuropejskiego pochodzenia. Oskarżanie Żydów o dodawanie krwi chrześcijańskiej do macy wymyślono w Anglii i zastosowano w 1144 roku (paradoksalne, że starożytni Rzymianie właśnie chrześcijan oskarżali o używanie krwi ludzkiej do rytuału). Zaszczuci tym potwornym oskarżeniem Żydzi Yorku schronili się przed rozfanatyzowanym tłumem do zamku i bronili się tam, jak długo mogli, a potem za przykładem rabina Yom-Tova popełnili zbiorowe samobójstwo, jak w starożytnej Masadzie (ci, którzy się zawahali, zostali wymordowani przez tłum). Podobny był los Żydów w niemieckim mieście Mainz, gdy zajęli je krzyżowcy w drodze do Ziemi Świętej. W Pradze w 1150 roku rzeźnicy (jedyni Żydzi, jacy mieli tam "broń" ) obronili getto przed atakiem motłochu, ale w 1389 roku atak był na znacznie większą skalę i 4 tysiące żydowskich mężczyzn, kobiet i dzieci padło ofiarą masakry. Oprócz pogromów w czasie każdej krucjaty Europejczycy mieli zwyczaj urządzania rzezi. Żydów również w różnych "postępowych" i "patriotycznych" powstaniach, jak powstania chłopskie w Niemczech, rewolta Chmielnickiego na Ukrainie, kampanie zarówno białej, jak i czerwonej gwardii w czasie rosyjskiej wojny domowej, nie mówiąc już o machnowcach. Od pogromów - choć na znacznie mniejszą skalę - nie powstrzymały się także oddziały Czarnieckiega w czasie powstania przeciw Szwedom.

Historia Żydów w krajach europejskich przebiegała na ogół według pewnego schematu. Najpierw zachęcano Żydów do przybywania i osiedlania się, więc przybywali zbiorowo, całymi gminami, bo Żyd musiał mieć synagogę i co najmniej dziewięciu innych mężczyzn do wspólnej modlitwy (minyan). Sprowadzano ich jako doświadczonych kupców i rzemieślników, rzeczoznawców ówczesnej cywilizacji materialnej (żydowską ekspertyzę w zakresie cywilizacji duchowej wykorzystano znacznie wcześniej). Żydzi byli od wieków pośrednikami na wielką skalę. To oni przenieśli niektóre osiągnięcia kultury egipskiej przez Pustynię Synajską i przekazali Europie w postaci judaizmu i w jego późniejszej chrześcijańskiej formie. W średniowieczu Żydzi pośredniczyli pomiędzy kulturą i cywilizacją arabską a pustkowiem cywilizacyjnym Europy poza basenem Morza Śródziemnego. W IX wieku hebrajski był językiem międzynarodowym "od-Bagdadu do Paryża - jak pisze Abba Eban7. Pierwsza polska moneta bita przez Mieszka I nosiła jego imię wypisane po hebrajsku. Wymiana handlowa była bardzo potrzebna chrześcijanom i muzułmanom, nawet gdy byli w stanie wojny - a zwłaszcza wtedy - więc Żydzi byli po prostu wymarzonymi pośrednikami, którym często powierzano także misje dyplomatyczne (Ibrahim ibn Jakub, autor pierwszej relacji o "ziemi Mieszki", był członkiem poselstwa kalifa Kordoby do cesarza Ottona Wielkiego).

Władcy europejscy zachęcali Żydów do osiedlania się na ich ziemiach obniżając im podatki i udzielając przywilejów, jak swoboda podróży, prawo do własności, autonomia sądowa w sprawach pomiędzy Żydami, ochrona przed nawracaniem dzieci na chrześcijaństwa. przywilejów tych, które były właściwie podstawowymi prawami człowieka, udzielali Żydom książęta i biskupi ziem niemieckich od IX wieku. Statuty Kaliskie Bolesława Pobożnego nie były więc innowacją - z wyjątkiem tego, że miały na celu między innymi ochronę Żydów przed ich chrześcijańskimi sąsiadami niemieckiego pochodzenia, którzy osiedlając się wtedy również na ziemiach polskich książąt, przynosili z sobą rozwinięte już w tym czasie tradycje niemieckiej nietolerancji religijnej i prześladowań politycznych (Eban podkreśla ten fakt w swoim podręczniku).

Nietolerancja i prześladowania należały zresztą do wspomnianego schematu. Kiedy Żydzi rozwinęli już dostatecznie handel i rzemiosło, to miejscowi chrześcijanie po wyuczeniu się tych specjalności zaczynali wołać: Żydzi opanowali n a s z handel i rzemiosło! We wschodniej i środkowej Europie wołanie to słychać było aż do drugiej wojny światowej. Pod naciskiem takiej głośnej większości odbierano Żydom najpierw co intratniejsze dziedziny, jak uprawa roli, handel winem, jedwabiem i bronią, a potem inne źródła zarobku w miarę jak powstawały "rodzime" chrześcijańskie gildie i bractwa, do których Żydom wstęp był wzbroniony. Nie dopuszczano też Żydów do nowych gałęzi rzemiosła, a z handlu międzynarodowego usunięto ich, gdy tylko przestali tam być niezbędni po cofnięciu się arabskiej fali. Pozostawiono im natomiast pożyczanie na procent, określone przez Kościół jako "lichwa" i "grzech" oraz zakazane chrześcijanom. Eban wskazuje, że pożyczanie pieniędzy wiązało się wtedy z dużym ryzykiem i że zwłaszcza Żyd miewał trudności z odebraniem należności od chrześcijan - stąd wysoki "lichwiarski" procent. Dzięki lichwie udało się antyjudaistycznemu Kościołowi stworzyć jeszcze jeden ujemny stereotyp Żyda-krwiopijcy i wyzyskiwacza, ale gdy z czasem chrześcijańska konkurencja dostrzegła wielki potencjał kapitalistyczny w pożyczaniu na procent, znalazł się sposób obejścia "grzechu" i zakazu, i szybko usunięto Żydów także z tej pozycji.

W konkurencji z Żydami niemal wszystkie chwyty były dozwolone. Caryca Katarzyna wprowadziła "Czertę Osiedłosti ", zabraniającą Żydom przenoszenia się z zagarniętych przez nią polskich terytoriów do "świętej Rusi", kiedy kupcy rosyjscy tego zażądali oskarżając Żydów, że rujnują ich przez obniżanie cen. Eban oblicza, że w ciągu trzydziestu lat panowania Mikołaja I w Rosji wprowadzono 600 antyżydowskich ustaw i przepisów, obalających przy tym wszelki samorząd żydowski z polskich czasów.

Kiedy Żydzi się bogacili, zarzucano im bogactwo, gdy byli zrujnowani, zarzucano im nędzę i nędzarstwo. W przedrewolucyjnej Francji Herz Carfberr musiał udowadniać chrześcijaninowi Dohmowi, że nędza żydowska nie była winą Żydów, lecz antyżydowskich ustaw.

Mit, jak wiemy, ma niebywałą siłę oddziaływania, więc bardzo łatwo było przyczepić Żydowi żółtą łatę "Judasza". Zdrajcy odwracali od siebie uwagę, rzucając na Żydów oszczercze oskarżenia o zdradę. W okresie słynnej sprawy Dreyfusa, zasymilowanego Żyda, którego niewinnie skazano za "zdradę stanu", tłum paryski bił Żydów, plądrował żydowskie sklepy, wołał ;,Śmierć Żydom!", żądał ponownego wygnania Żydów z Francji, a prasa nacjonalistyczna domagała się "przynajmniej" wyrzucenia wszystkich Żydów z pracy. Zawieszono w czynnościach lub zmuszono do ustąpienia z katedr profesorów, którzy stawali w obronie Dreyfusa. A działo się to - jak podkreśla naoczny świadek tych zdarzeń, Teodor Herzl - "w republikańskiej, nowoczesnej, cywilizowanej Francji, w sto lat po ogłoszeniu Deklaracji Praw Człowieka". Jeśli podobne nastroje, a przynajmniej hasła, obserwowaliśmy w Polsce w latach 1936-39 i 1968-70, to - jak widać - nie była to wcale tradycja "polskiego antysemityzmu". W wydarzeniach polskich, zarówno z lat trzydziestych jak i sześćdziesiątych, było tylko o jeden element irracjonalny więcej, mianowicie: zdradę, zakładano a priori, bez żadnych pozorów czy procesu. W pięknym Paryżu, który był przez parę wieków stolicą europejskiej cywilizacji, 16 i 17 lipca 1942 roku policja francuska wyciągnęła z kryjówek (nie z getta, lecz z kryjówek!) 13 tysięcy Żydów i przekazała ich Niemcom. Wątpię, czy w czasie okupacji w Polsce tylu Żydów padło ofiarą zdrady. W autonomicznej strefie Vichy ujęto i wydano Niemcom tysiące innych Żydów. Internowanie zagranicznych Żydów pod francuską władzą autonomiczną zataczało szersze kręgi niż w północnej strefie Francji, okupowanej przez Niemców - stwierdzają Michael R. Marrus i Robert O. Paxton w książce "Vichy France and the Jews", wskazując przy tym, że ustawa antyżydowska władz Vichy ( "Statut des Juifs") z października 1940 roku prześcignęła przepisy niemieckie, a żołnierze sprzymierzonej z Niemcami armii włoskiej po zajęciu części południowej Francji w listopadzie 1942 roku musieli ochraniać Żydów przed gorliwością vichystów i byli naprawdę zażenowani.

Umysł ludzki, którego potencjał wydaje się nieograniczony, nie radzi sobie czasem z najprostszym związkiem przyczynowo-skutkowym. Antysemityzm jest klasycznym przykładem takiej anomalii. Również wiele innych umysłów (w tym i żydowskich) nie pojmuje czasem prawdy nawet najprostszej (właśnie dlatego, że taka prosta), a mianowicie, że nie Żydzi są przyczyną antysemityzmu - lecz antysemici. Dlaczego antysemityzm jest niezbędny antysemitom, to już dawno wiadomo: żeby mogli komu innemu przypisać swe własne ujemne cechy (co psychologia amerykańska nazywa projecting, czyli "rzutowaniem"), żeby mieli kogo obwiniać za swe niepowodzenia (niezbędne jest to zarówno jednostkom, jak i rządom i całym systemom polityczno-społecznym czy filozoficznym), żeby mieli na kim wyładować swoje frustracje (do tego służy mężowi najczęściej żona, a żonie mąż). Antysemityzm bywa niezbędny antysemicie również tak, jak niektórym ludziom pies (żeby mieć nad kim być "panem"). Z braku innych zalet u siebie antysemita uważa za wielką zaletę to, że nie jest Żydem - dlatego odmawia Żydom wszelkich cech pozytywnych i pochwał (ich sukcesy uważa za owoc szalbierstwa i oszustwa, a nie talentu, geniuszu czy odwagi). Antysemita nie może więc znieść emancypacji Żydów, równości z Żydami ani istnie niepodległego państwa żydowskiego na równych prawach i w wolnej konkurencji z innymi. "Niebycie Żydem jest dla nich nagrodą za to, że nie są radcami państwa"- powiedział o niemieckich antysemitach Ludwig Börne jeszcze na początku ubiegłego stulecia. Że wybrano do tego zabiegu psychologicznego Żydów, jest zbiegiem okoliczności historyczno-religijnych, niczym więcej.

Odwracanie związku przyczynowo-skutkowego, jest charakterystyczne niemal dla wszystkiego, co głoszą antysemici o Żydach, Na przykład rosyjscy antysemici do dziś usprawiedliwiają swoją nienawiść do Żydów oskarżeniem, że Żydzi byli wrogami Rosji, którzy przyczynili się do obalenia caratu, a pomijają "Czertę Osiedłosti" i 600 ustaw antyżydowskich, które były przejawem nienawiści Rosji do Żydów i uzasadnioną przyczyną odwzajemnienia tych uczuć. Z kolei polscy antysemici głoszą, że Żydzi nienawidzili Polski, i popierają to twierdzenie argumentem, że w roku 1939 wielu Żydów z radością witało Armię Czerwoną we Lwowie, Wilnie i Białymstoku, a niektórzy wręcz "wkładali czerwone opaski" i wydawali Polaków w ręce NKWD. Nie wspominają jednak przy tym o oficjalnym państwowym antysemityzmie lat 1936-39, który w swej obelżywości mało ustępował ówczesnej propagandzie hitlerowskiej. To prawda, że Żydzi w tak zwanej "Polsce B" mogli czuć się wyalienowani na równi z Ukraińcami, Białorusinami, Litwinami, którzy także demonstrowali radość z wkroczenia wojska sowieckiego, tym bardziej że Żydzi byli znacznie gorzej traktowani niż Ukraińcy, Białorusini i Litwini. W żadnej z tych grup etnicznych nie brakowało komunistów, którzy szybko włożyli czerwone opaski, ani takich, którzy poszli na współpracę z NKWD - ale nie brakowało ich także wśród etnicznych Polaków. Żydzi na pewno nie cieszyli się z paktu Ribbentrop-Mołotow i to nie Żydzi osłabili Rzeczpospolitą przed jej najtrudniejszą próbą, lecz polityka narodowościowa pułkowników, którzy postawili na skrajnych nacjonalistów i antysemitów, gdy - jak pisze amerykański historyk Edward D. Wynot, Jr. - "potrzebna była dobra wola i zjednoczony front jej obywateli i sprzymierzeńców"8.

Po śmierci Piłsudskiego tak zwani "narodowi piłsudczycy" dokonali "otwarcia na prawo", szukając porozumienia z endecją w imię jedności narodowej Polaków. Hasłem stała się supremacja narodowa Polaków, Kościoła katolickiego w kraju, gdzie jedną trzecią stanowiły mniejszości narodowe i religijne - jak podkreśla Wynot. W naturze państwa, nawet najsprawiedliwszego, leży ekspansja i aneksja w takiej lub innej formie, skierowana na zewnątrz lub do wewnątrz, przyciąganie i przyłączanie obszarów i ludności, ale pułkownicy czynili wszystko, żeby się pozbyć jednej trzeciej Polski - i cel swój osiągnęli, gdy mniejszości etniczne na wschodzie witały wojsko sowieckie. W latach trzydziestych doszło nawet w Polsce do jakże sprzecznego z tradycją sojuszu Ukraińców i Żydów w obliczu polityki narodowościowej władz. Wynot wskazuje, że głównym pomostem porozumienia rządu z endecką opozycją miał być właśnie antysemityzm.

Waynot przypomina przy tej okazji, że "intymna zażyłość Dmowskiego z rosyjskimi kołami politycznymi (II i III Duma --- przyp. H.G.) wycisnęła niezatarte piętno na jego myśli politycznej i uczyniła antysemityzm doktryną jego ideologii oraz kamieniem węgielnym polityki jego partii". Jeśli to prawda, a przypuszczalnie tak, to i w tym wypadku mamy do czynienia z importem antysemityzmu do Polski - tyle że nie z Zachodu, lecz Wschodu. Dmowski także w typowo antysemicki sposób odwracał związek przyczynowo-skutkowy. Głosił on na przykład, że tradycja "społeczeństwa europejskiego" jest Żydowi obca z natury, "sprzeczna z tem wszystkim, z czem dusza żydowska w ciągu pokoleń się zrosła"9, a zupełnie pomijał fakt, że owa tradycja "społeczeństwa europejskiego" oznaczała właśnie odrzucenie, izolowanie i prześladowanie Żydów. Oskarża on "Żyda" (zawsze w liczbie pojedynczej -jak jeden mąż) o to, że "ze wstrętem traktuje całą przeszłość ludów europejskich", jak gdyby w tej przeszłości nie było krzyżowców, inkwizycji i edyktów papieskich, czyli wstrętu do Żydów. Jak gdyby nie było wcale nienawiści społeczeństw europejskich i ich Kościoła do religii żydowskiej, Dmowski oskarża "Żyda", że "żywi nienawiść do ich religii". Jest to więc typowy przykład rzutowania (albo projecting) własnych cech na innych.

W analizie zatytułowanej "A Necessary Cruelty: The Emergence of Official Anti-Semitism in Poland, 1936-39" Wynot sam popełnia przy okazji błąd odwrócenia związku przyczynowo-skutkowego, kiedy pisze, że "opieranie się" asymilacji przez większość polskich Żydów, zachowywanie przez nich odmiennego stroju, języka, obyczajów i koszernej diety "było silną pokusą dla każdego, kto chciał wyizolować tę grupę jako ewentualny wrogi element w polskim ciele politycznym". To nie Żydzi "opierali się" asymilacji (choć istniały stronnictwa antyasymilacyjne). Opór stawiało przede wszystkim zamknięte, ściśle klasowe, a nawet kastowe - jak je określa Aleksander Hertz - społeczeństwo polskie, hamując lub wręcz uniemożliwiając Żydowi skuteczną asymilację na większą skalę. Dlaczego asymilacji nie opierali się Żydzi we Francji, w Niemczech, w Ameryce? Czy była to inna "dusza żydowska"? I czy mimo tej asymilacji antysemici w Niemczech i we Francji nie wyizolowali Żydów jako "obcego i wrogiego elementu"? A co się dzieje w Rosji sowieckiej, gdzie od dawna nie ma niezasymilowanych Żydów? Czy pokusa "izolowania" ich jako grupy jest tam przez to słabsza? A jak było w Polsce gomułkowsko-moczarowskiej? I czy pokus takich nie ma w Polsce do dziś? Można się zgodzić, że odmienny strój i język Żydów ułatwił organizowanie pogromów, ale nie był ich przyczyną. Według danych przytoczonych przez Wynota, w pogromach, do jakich doszło w Polsce w 1936 roku, 69 Żydów zostało zabitych, a 800 rannych. Zachętą do zajść było niewątpliwie czerwcowe przemówienie sejmowe premiera Sławoja-Składkowskiego, afirmujące walkę "ekonomiczną" pomiędzy Polakami a Żydami. W zacofanym gospodarczo kraju "walka ekonomiczna często sprowadza się do bicia sklepikarzy przez motłoch. Czymże jednak było bicie żydowskich studentów na uniwersytetach? "Walką kulturalną"? Zachętą do asymilacji z pewnością nie było. Raczej czynnym oporem wobec tych Żydów, którzy nie chcieli się opierać asymilacji. W 1937 roku chadecja wzywała nie tylko do "odżydzania miast, handlu, przemysłu i wolnych zawodów", lecz w ogóle do "usunięcia wpływów żydowskich szkodliwych dla kultury polskiej", czyli do usuwania z polskiego życia zasymilowanych Żydów - a studenci rozumieli to bardzo jednoznacznie. Przedwojenna chrześcijańska demokracja w Polsce nie rozumiała z pewnością, że "usunięcie wpływów żydowskich", zwłaszcza tych pośrednich, jest niemożliwe, bo oznaczałoby to właściwie usunięcie wpływów chrześcijańskich, czyli podstaw tejże kultury. Jest to jeszcze jeden dowód, jak ograniczona była w Polsce znajomość religii nie tylko żydowskiej, lecz także chrześcijańskiej.

Pułkownicy z lat trzydziestych wyraźnie przekraczali swe kompetencje zapuszczając się na tereny trudno dostępne dla wojska. I tak pułkownik Koc wypowiadał się o "instynkcie samoobrony kulturalnej". Wzywał on do "głębokiego poczucia obywatelskiego", "ofiarności w stosunku do państwa" oraz "bezkompromisowego związania z państwem swego życia"10. Jego współpracownik, pułkownik Jan Kowalewski, na pytanie, czy Żyd może należeć do Obozu Zjednoczenia Narodowego, jeśli uważa się za Polaka, uwarunkował przynależność do narodu polskiego "ofiarą krwi dobrowolnie przelanej, lub innym dowodem ofiary, złożonej na ołtarzu Ojczyzny i czynami całego życia, świadczącymi o prawdziwej przynależności do Narodu Polskiego. Z czego wynikało, że Żyd mógł być przyjęty do Narodu Polskiego (pisało się zawsze te słowa dużą literą) tylko pośmiertnie. Żyd musiał przelać odpowiedni litraż krwi, napoświęcać się i wykazać odpowiednio czynami całego życia, podczas gdy złodziejaszkowi z Czerniakowa wystarczyło, że się urodził. Intelektualista cywilny Cat-Mackiewicz przyznawał, że postulowane usuwanie Żydów jest okrucieństwem, ale usprawiedliwiał je jako "okrucieństwo konieczne" (stąd tytuł pracy Wynota). Z ozonowców tylko Stefan Starzyński stanął w obronie konstytucyjnych praw ludności żydowskiej, rozumiejąc tę podstawową prawdę, że egzystencja społeczna opiera się na prawie i konstytucji (patrz Tora), a nie na metafizyce stosowanej (zwłaszcza przez amatorów), oraz że usunięcie konstytucyjnych podstaw społeczeństwa i jego państwa prowadzi do niechybnej katastrofy.

Kiedy raz spuścić metafizykę z łańcucha, to trudno ją przyhamować. Falanga organizuje w 1937 roku ekscesy antyżydowskie, włącznie z zamachami bombowymi. Pojawiają się afisze wzywające do antyżydowskiej krucjaty. "Wolna Polska to Polska wolna od Żydów!"- głosił ten dziarski ruch narodowowyzwoleńczy... Żydzi w niepoprawny sposób sięgali po racjonalizm, tłumacząc, że są nie tylko sprzedawcami, lecz również konsumentami i że niszcząc ich ekonomicznie, niszczy się także rynek zbytu dla wielu bardzo "narodowych" produktów (jak owoce pracy polskich rolników). Żydzi na pewno nie zdawali sobie jeszcze wtedy sprawy, że antysemityzm jest irracjonalnym stanem umysłu i że wysuwanie racjonalnych argumentów w danym wypadku nie ma żadnego sensu. Faktem jest, że Hitler zrealizował w Polsce program antysemitów: usunął Żydów z polskiego handlu, rzemiosła, przemysłu, zewsząd. Zlikwidował ich jako klasę, jak to się fachowo nazywa w terminologii marksizmu-leninizmu. Czy łatwo jest zastąpić w gospodarce kraju klasę doświadczonych pośredników między wytwórcą a spożywcą, wytwórcą a wytwórcą, miastem a wsią - ten niezbędny pas transmisyjny, dzięki któremu odbywa się naturalna wymiana, obrót, krwiobieg w organizmie? Okazało się, że niełatwo. Zwłaszcza że władza komunistyczna uczyniła wszystko, aby zastąpienie tej zlikwidowanej klasy uniemożliwić. Po takiej amputacji rekonwalescencja byłaby trudna i powolna nawet w sprzyjających i warunkach demokracji i kapitalistycznej gospodarki wolnorynkowej. Nie jest więc wcale przypadkiem, że gospodarka polska okazała się w końcu najsłabszym ogniwem w zardzewiałym łańcuchu systemu komunistycznego. Polska zaś zupełnie uwolniona od Żydów nie była wcale wolna od: biedy, policyjnego bata, a nawet antysemitów.

Oprócz amatorów metafizyki na świeczniku ostatnich lat przedwojennych nie brakowało też amatorów-socjologów, biorących się za analizę tzw. "sprawy żydowskiej", jak Bogusław Miedziński, który w "Gazecie Polskiej", obszernie komentował ozonowskie "Tezy w sprawie żydowskiej". "Tezy'" ogłosili amatorzy z Rady Naczelnej (był to rok 1938 i na czele OZN stał już nie pułkownik Koc, lecz generał Skwarczyciski). Żydów określono w "Tezach" jako "członków pozapaństwowej grupy ogólnożydowskiej, posiadającej osobne cele narodowe". Miedziński wyjaśnia, że "bezpaństwowość" Żydów sprawia, iż są oni "skłonni do paniki i psychozy" oraz że "podważają zaufanie mas do rządu przez powstrzymywanie pieniędzy od cyrkulacji w okresach napięcia". Oprócz tych rzekomych skłonności Miedzińskiego razi u Żydów ich odrębność religijna (zwie ją "etyczno-religijną"), która jego zdaniem "przekreśla kryteria natury moralnej, pozostawiając, jako jedyny moment normujący ryzyko karalności". Coś zupełnie odwrotnego niż głosi Talmud i podkreśla pastor anglikański Herford. Miedziński nie wspiera tego syntetycznego stwierdzenia żadnymi cytatami z Tory, Haftary, Talmudu (ani Babilońskiego, ani Palestyńskiego), ustnej tradycji Baal-Szem-Towa ani późniejszych mistrzów chasydyzmu, czy choćby pierwszego lepszego modlitewnika żydowskiego, ale - jak podkreśla Wynot - uważa on ten stan rzeczy za "klucz do polskiego antysemityzmu". "Religioznawca" Miedziński nie podejrzewał nawet żadnych związków "etyczno-religijnych" pomiędzy wyznaniem mojżeszowym a rzymskokatolickim, podobnie jak w swym socjologicznym ujęciu nie zauważył u polskich chłopów skłonności do powstrzymywania pieniędzy od cyrkulacji (przez uporczywe ich ukrywanie w sienniku), zwłaszcza w okresach napięcia. Etnicznie żydowskie cechy to według Miedzińskiego także "rozpaczliwy brud i niechlujstwo", rażące - jak twierdzi - Polaków i Europejczyków w żydowskich dzielnicach przez co Żydzi "w naszych i obcych oczach obniżają poziom naszej kultury"11. Miedzińskiego ani jego Europejczyków nie raził jednak opłakany poziom higieny wsi polskiej, gdzie mieszkało wówczas trzy czwarte ludności kraju. Dzielnice biedy żydowskiej były z pewnością w żałosnym stanie, ale antysemicka socjologia widziała w tym zawsze winę biednych Żydów, a nie władz - miejscowych czy krajowych - ani skutek sytuacji gospodarczej kraju. Gdyby ludzie o nastawieniu Miedzińskiego bywali wewnątrz żydowskich domów, nawet bardzo ubogich, to przekonaliby się, w jaki sposób religijne rygory czystości, zwanej "koszernością", podnosiły higienę przeciętego domu żydowskiego powyżej francuskiego dworu królewskiego, gdzie w XVIII wieku wszy zabijano specjalnymi młoteczkami poprzez upudrowane peruki. Miedziński z pewnością nie wiedział, że w XIV wieku, gdy epidemia zmiotła znaczną część mieszkańców zachodniej Europy, najmniej ucierpiały gminy żydowskie dzięki tymże rytualnym rygorom diety i higieny (oskarżono przez to wtedy Żydów o rozmyślne zatruwanie chrześcijanom studni i urządzano pogromy). Miedziński "rzeczoznawca" uważał, że żydowskie obyczaje to "wstrętne i śmieszne zabobony, przypominające praktyki azjatyckich szamanów i czarowników z dżungli afrykańskiej". Takiej cenzury doczekał się Mojżesz (który osobiście spisał większość tych "wstrętnych i śmiesznych czarów i zabobonów"), choć słuszność jego przepisów i klasyfikacji podziwiają do dziś nie tylko prawnicy, lecz lekarze, biolodzy i psycholodzy (wywodziły się one z pewnością z osiągnięć cywilizacji egipskiej, która przewyższała pad wieloma względami europejską - poza techniką wojenną, którą niekoniecznie trzeba zaliczać do cywilizacji). Jednym z przykładów azjatycko-afrykańskiego czarnoksięstwa u Żydów jest dla Miedzińskiego rytualne zarzynanie zwierząt, choć jest ono faktycznie bardziej higieniczne z punktu widzenia konsumenta, a także mało bolesne dla zwierzęcia, bo polega na sprawnym przecięciu właściwej tętnicy ostrym jak brzytwa nożem, wywołując natychmiastowy udar krwi da mózgu i całkowite ogłuszenie, przecięcie świadomości.

Miedzińskiemu nie odpowiadała u Żydów żadna orientacja polityczna. Komunistów, którzy w żydowskiej masie byli grupą znikomą (nawet jeśli w KPP odgrywali znaczną i czołową rolę), nazywa on "otwartym wrogiem naszego Narodu i Państwa". Natomiast konserwatywną większość Żydów uważał za "ciała obce, szkodliwe zarówno przez swą liczebność jak i odrębność". Komuniści, tak żydowscy, jak i nieżydowscy, byli pewno otwartymi wrogami ówczesnego państwa (na zasadzie wzajemności zresztą), ale mało kto z nich przyznałby się - nawet przed samym sobą - że jest wrogiem narodu polskiego. Większość z nich - a przynależność do partii wtedy się jeszcze nie opłacała - uważała się pewno za najlepszych przyjaciół narodu polskiego i jego dobroczyńców. Zresztą jest to temat do osobnej dyskusji. Żydowscy komuniści byli przede wszystkim komunistami jak inni, a nie "komunistyczną częścią żydostwa" - jak ich nazywa Miedziński - a mieli więcej wspólnego z Miedzińskim, niż z resztą Żydów, bo podobnie jak on, endecja i chadecja dążyli do usunięcia żydowskich kupców i sklepikarzy oraz żydowskiej religii wraz z jej etyką i rytuałem.

Miedzińskiemu nie odpowiadali Żydzi lewicowi ani prawicowi, "zabobonni" (czyli ortodoksyjni) ani zasymilowani. Twierdził, że "są zagadnienia, w których nie możemy znaleźć wspólnego języka a inteligentami pochodzenia żydowskiego choćby na równi z nami kochali polski krajobraz, a nawet umieli o nim mówić i pisać piękniejszą niż my polszczyzną". Jest to przykład dyskwalifikacji a priori wszelkiego talentu czy walorów u Żyda. Miedziński i OZN uważali, że przymusowa emigracja inteligencji żydowskiego pochodzenia jest jedynym rozwiązaniem i - o dziwo - do takiegoż wniosku doszli wiele lat później komuniści w Polsce. Pułkownik Miedziński powoływał się przy tym wszystkim na rycerskość i etykę chrześcijańską Polaków w traktowaniu Żydów, domagając się w zamian "absolutnej lojalności" zarówno mas żydowskich, jak i ich przywódców w obliczu "potrzeb Państwa Polskiego i Narodu" (zawsze dużą literą).

Koncentrując się cały czas na rozwiązaniu ,,kwestii żydowskiej", OZN doszedł do wniosku, że najlepszym wyjściem będzie przymusowa emigracja Żydów. To znaczy deportacja, czyli rozwiązanie zupełnie identyczne z ówczesnym programem hitlerowców w Niemczech. Rada Naczelna zgłosiła w tym czasie także irracjonalne - jak je określa Wynot - żądania kolonii dla Polski, ale żeby nie było żadnych wątpliwości, natychmiast zaznaczono, że Polsce potrzebne są kolonie "wyłącznie dla jej własnego Narodu, a nie dla Żydów". Wynot wskazuje, że jeszcze pod koniec lipca 1939 roku w obliczu narastającej z dnia na dzień presji hitlerowskiej "Gazeta Polska" reprezentująca ludzi, którzy rządzili, obcesowo odrzuciła żydowską inicjatywę pojednania wobec groźby ze strony wspólnego wroga: "Fakt, że nasze stosunki z Rzeszą pogarszają się, w najmniejszym stopniu nie dezaktywuje naszego programu w kwestii żydowskiej - nie ma i nie może być nic wspólnego pomiędzy naszym wewnętrznym problemem żydowskim, a stosunkami Polski z hitlerowską Rzesza".

Ciekawe, jak mało się zmieniło w trzydzieści lat później. Ten sam judeocentryzm, tyle że znacznie chorobliwszy, bo przy praktycznej nieobecności Żydów i bezwstydniejszy, bo po zagładzie. W jednym i drugim wypadku antysemityzm był przedmiotem licytacji: opozycja (w wypadku PRL nieoficjalna) domagała się więcej antysemityzmu, a rząd ulegał, żeby nie tracić tak skutecznej i popularnej broni na rzecz swych konkurentów do władzy. W jednym i drugim wypadku razy zadawane w tej szermierce zawsze spadały na Żydów. Kampania z lat sześćdziesiątych szczególnie potwierdziła słuszność tezy Aleksandra Hertza, że "kwestia żydowska" w Polsce wcale nie była żydowska, że problemem nie byli Żydzi, lecz antysemici (oraz ogólny kryzys moralny i psychologiczny społeczeństwa).

W 1939 roku Żydzi wykazali o wiele więcej lojalności wobec Polski niż w danych okolicznościach można było od nich żądać czy się po nich spodziewać, ale i Polacy w latach okupacji wypadli lepiej, niż sugerowałaby kampania ozonowsko-endecka z ostatnich lat przedwojennych, a w każdym razie lepiej od wielu innych narodów okupowanych. Propaganda antysemicka lat 1936-39 oraz 1968-70 należy do najbardziej kompromitujących dla Polski epizodów w historii stosunków polsko-żydowskich, ale ucieranie pojęcia tak zwanego "tradycyjnego polskiego antysemityzmu" jest sprzeczne z prawdą historyczną, podobnie jak oskarżanie Polaków o współpracę z hitlerowcami w zagładzie Żydów.

Zarówno w liczbach względnych, jak i absolutnych stanowczo więcej było wypadków mordowania Żydów przez Austriaków (rdzeń kadry hitlerowskiej, zwłaszcza w obozach), Rumunów (pogrom bukareszteński w 1941 roku i eksterminacja Żydów odeskich), Ukraińców, Litwinów i Łotyszy (oddziały policyjne przy likwidacji getta warszawskiego, białostockiego i wileńskiego), Chorwatów (na terenie Serbii zwłaszcza). Mało kto z historyków wspomina dziś, że 100 tysięcy Żydów słowackich deportowano do Majdanka z inicjatywy, a nawet na prośbę autonomicznych władz Słowacji, które w tym celu słały petycje do Berlina i w końcu przeprowadziły całą akcję własnymi środkami policyjnymi. Polski antysemityzm nie miał tego elementu morderczego. Nie był też nigdy bardziej dokuczliwy od rosyjskiego czy francuskiego, węgierskiego czy argentyńskiego. Piętnowanie w tym wypadku Polaków przypomina do złudzenia irracjonalne, antysemickie piętnowanie Żydów. Spadające na Polaków oskarżenia są częściowo skutkiem pamięci o kampanii antysemickich w Polsce oraz tej okoliczności, że w Polsce dokonano największej zagłady w dziejach. Przy akcji na tak wielką skalę siłą rzeczy zapamiętano najwięcej wypadków szantażu czy zdrady, choć było ich mniej niż w innych krajach, nie tylko w liczbach względnych (w stosunku do liczby Żydów), lecz często i absolutnych (np. wspomniane akcje policji francuskiej w Paryżu i Vichy), Oskarżanie Polaków o współudział w ukrzyżowaniu Żydów jest podobnie sprzeczne z prawdą i tendencyjne jak oskarżanie Żydow o ukrzyżowanie Mesjasza czy wręcz Boga. W obu wypadkach podobne jest naginanie okoliczności historycznych.

Pojawienie się "kwestii żydowskiej" świadczy nieodmiennie o odwracaniu związku przyczynowo-skutkowego i o obsesji, jeśli nie wręcz patologii. Do niedawna "kwestia żydowska" była zawsze czyimś "problemem wewnętrznym" (jak to podkreślała nawet "Gazeta Polska"), ale w dzisiejszym, jeszcze bardziej zdezorientowanym świecie obsesja ta i patologia urosła już do wymiarów międzynarodowych. Występowała najpierw pod nazwą "problemu Bliskiego Wschodu", potem coraz częściej jako "kwestia palestyńska" i może dojść do tego, że nazwą ją "kwestią izraelską", żeby wyraźniej zasugerować, że trzeba coś zrobić z Izraelem, którego obecność tak przeszkadza większości państw i narodów. O ciężkim, jeśli nie beznadziejnym, stanie schorzenia świadczy fakt, że dzieje się to w świecie poholocaustowym, który zna swój potencjał bezwzględności i okrucieństwa, a lzrael który niemal wszystkich tak uwiera, jest dziełem i schronieniem tych, którzy cudem uszli przed mordercami.

Powtarza się przy tym prawidłowość historyczna: Żydzi nigdy nie mieli po swej stronie większości. Co wcale o nich nie musi świadczyć źle, bo nie miał jej nigdy po swej stronie także Bóg (ani żydowski, ani chrześcijański). Przynależność do większości nie musi być wcale tytułem do chwały, choćby dlatego, że większość przeważnie nie ma racji. Wiedzieli o tym co nieco Kopernik, Kolumb, Giordano Bruno i inni. Bycie Żydem, czyli mniejszością, nawet jeśli coraz mniejszą, nie jest więc samo w sobie powodem do zmartwienia, a może być powodem do dumy (o wiele o ostrożniejszy powinien być każdy, kto spostrzeże, ze się znalazł w większości). Natomiast powodem do zmartwienia jest każda forma patologii, w skali międzynarodowej, szczególnie w świecie tak niebezpiecznie podatnym na infekcje i zarazy umysłu wskutek nadnaturalnej centralizacji, komunikacji i technologii informacji - a zwłaszcza dezinformacji.

Przypisy:

  1. T. Herford, The ethics of the Talmud, New York 1975.
  2. A. Eban, My people : history of the Jews, New York 1978 i 1979.
  3. E. von Daniken, Miracles of the Gods.
  4. Chrześcijanie pozwalają sobie na wiele dowolności w tłumaczeniu żydowskiego Pisma. I tak w Księdze Hioba w wersji Jakuba Wujka (13, 15) czytamy: "Choćby mię zabił, w Nim ufać będę, a wszakże dróg moich przed obliczem Jego bronić będę. I on będzie zbawicielem moim, bo nie przyjdzie przed oblicze Jego żaden obłudnik". Tymczasem to drugie zdanie powinno brzmieć: "I  t o  (podkr. H.G.) będzie  z b a w i e n i e m  (podkr. H.G.) moim, że nie przyjdzie przed Jego oblicze obłudnik". W tych dwóch zdaniach przedstawiona jest jedna z podstaw judaizmu, że lepsza jest sprzeczka z Bogiem niż hipokryzja. Nie ma tu mowy o żadnym "zbawicielu", lecz o zbawieniu w szczerości uczuć. Hiob nie mówi tu o żadnych innych obłudnikach, lecz o sobie, o tym, że on nie będzie obłudnikiem przed Bogiem.
  5. H. Kremers, Reflections on the Holocaust [w:] "The Annals of the American Academy Political and Social Science", Philadelphia 1980.
  6. A.L. i R. Eckardt, Reflections on the Holocaust [w:] "The Annals of the American Academy of Political and Social Science", Philadelphia 1980.
  7. A. Eban, My People, New York 1978 i 1979.
  8. E.D. Wynot Jr., A necessary cruelty : the emergence of official anti-semitism in Poland, 1936-39 [w:] "The American Historical Review", Oct. 1971.
  9. R. Dmowski, Upadek myśli konserwatywnej w Polsce, Warszawa 1914.
  10. "Gazeta Połska", 22 lutego 1937.
  11. "Gazeta Polska", 22. 25, 26, 27 maja oraz 4, 9, 12 czerwca 1938. Teksty Bogusława Miedzińskiego zostały również opublikowane przez OZN w broszurze pt. "Uwagi o sprawie żydowskiej", Warszawa 1938.

Źródło:

  • H. Grynberg, Altera pars [w:] Prawda nieartystyczna, 1990


Do góry