Varia, czyli różności


Tadeusz Kotarbiński

Być albo nie być?

Dobiegają dziś końca nasze gawędy. Krążyło się w nich myślą dokoła Hamletowego pytania: "Być albo nie być?" Co dwa tygodnie wytaczało się jakąś kwestię z repertuaru kwestyj mieszczących się w tym zagadnieniu jawnie lub za pewną może przesłoną. Celem było zawsze: poruszyć jakiś problem cząstkowy i poddać wstępnemu rozważeniu jakiś jego fragment lub aspekt i dać jakąś próbną, w zarysie ujętą, na poruszone zapytanie odpowiedź, aby się Przygotować w pewnej mierze przynajmniej - do rozmowy z Hamletem, jeśliby zechciał skierować do nas pytanie, przypominane widowniom teatrów dramatycznych od trzystu z górą lat w szekspirowskiej farmie słownej, lecz co do treści - bez porównania starsze. Wszak stawiali je sobie zawsze wszyscy ci, których sytuacja życiowa zmuszała do powzięcia decyzji: czy trwać dalej, czy też targnąć się na własne istnienie, a podobne sytuacje wydarzały się od prawieków, odkąd człowiek zaczął zdawać sobie sprawę w sposób pojęciowy z grożących mu przeżyć straszliwych i uświadomił sobie możliwości uwolnienia się od nich drogą samozagłady.

Rozpowszechniony jest pogląd, że samobójstwo, jako czyn przeciwny tak zwanemu instynktowi samozachowawczemu, świadczy zawsze, z racji swej nienaturalności, o jakimś zaburzeniu psychicznym denata, że człowiek o zdrowych zmysłach nigdy nie mógłby się zdobyć na coś podobnego. Pogląd ten, zdaniem_ naszym, nie wytrzymuje krytyki. Brak wszelkich podstaw do mniemania, że np. Seneka, zagrożony egzekucją z rozkazu Nerona, w napadzie pomieszania uzmysłów sam pozbawił się życia. Przeciwnie, uczynił tak w pełni rozeznania. Równie na zimno, wedle racji dziejopisów, odebrała sobie życie Kleopatra, przekładając ten los nad poniżenia, których się mogła spodziewać, gdyby miała żyć dalej. Komu nie wystarczają te przykłady historyczne (czemu zresztą nie umielibyśmy bardzo się dziwić), niechaj zechce rozejrzeć się w liniach życiowych osób z własnego bliższego lub dalszego otoczenia, a niewątpliwie przyzna z ręką położoną na sercu, że zna wypadki, kiedy ktoś skończył z sobą po dojrzałym, rozumnym wedle poważnego rozeznania namyśle.

Równie pozbawiony słuszności jest, wedle naszego rozumienia, sąd odmawiający człowiekowi w ogóle prawa do umyślnego przyspieszenia kresu własnego istnienia, boć tylko o to~ może się toczyć spór, gdy się potępia samobójców jako takich. Kres czeka nas zawsze, niezależnie od naszych czynów, od nas zależy tylko w pewnej mierze jego przyspieszenie oraz rodzaj prowadzącego doń procesu końcowego. Ale chociaż umyślne chroniczne szkodzenie swemu organizmowi ze świadomością, iż skraca się sobie życie w ten sposób (gdy np. artysta narkoman szarpie sobie nerwy podniecając w ten sposób ich wrażliwość i siłę reakcji ekspresyjnych), nie spotyka się z jakimś zasadniczym moralnym lub prawnym potępieniem, to 'przeciwnie, zamach bezpośredni na własne życie potępiają w zgodnym osądzie zarówno, z jednej strony, etyka oparta na wierzeniach tradycyjnych, jak też, z drugiej strony, różne systemy prawa pozytywnego. Pociągają one do odpowiedzialności karnej za próbę złego czynu osoby, którym nie powiódł się usiłowany zamiar skończenia ze sobą. Pod pewnym względem sprzeciw dekalogów i kodeksów jest niewątpliwie uzasadniony. Rzeczywiście, zbyt łatwa droga zrzucenia ze swych ramion zaciągniętych zobowiązań, jeżeli ktoś zamiast podjąć się ciężkiego trudu, by dać własnym dzieciom jeść lub spłacić dług pieniężny, woli ~po prostu palnąć sobie w łeb i .pozbyć się kłopotu. Jednak to nie jest .argument przeciwko samolikwidacji jako takiej: po prostu nie wolno w żaden sposób wymigiwać się od obowiązków, każdy ma prawo robić co chce, lecz w granicach zaciągniętych zobowiązań i pod warunkiem wywiązania się z nich.

Ale w tych granicach i pod tym warunkiem niechaj mu wolna będzie robić ze sobą, co zechce, nawet odebrać sobie życie, jeśli to będzie dla niego złem najmniejszym z możliwych, wedle własnego rozeznania. I niechby wtedy nie potrzebował ani "palić sobie w łeb", jak to się mówi, ani rzucać się pod pociąg, ani wieszać się na powrozie, ani w inny sposób brutalnie się ze sobą obchodzić. Dojrzewa od lat problem eutanazji w ogóle, a eutanazji dobrowolnej w szczególności. Nie tylko nie przeszkadzać bezwzględnie i wszelkimi sposobami osobom, które po rozumnym namyśle chcą przyspieszyć koniec własnego bytu i wyzwolić się z nieuchronnej udręki, lecz przeciwnie, okazać im w tej mierze życzliwą pomoc prawną i techniczną. Niechże nauczy nas wszystkich medycyna, jak to robić, a pono można to robić nie tylko bez męczarni, lecz nawet z .poczuciem euforii. Nadzwyczaj to ważna dla walki z nieszczęściem umiejętność, tym ważniejsza, że dojrzewa również przeświadczenie, iż dobrowolne umyślne zakończenie własnego życia w warunkach eutanazji zdobędzie sobie uznanie jaka forma końca najbardziej godna ludzi rozumnych, bez porównania rozumniejsza niż oczekiwanie na brutalny zwykle akt ze strony czy to przyrody, czy przypadku, czy wreszcie bliźnich działających nie w naszym, lecz własnym interesie. Ludzie boją się nie tyle śmierci, ile umierania. Uwolnić człowieka od tego lęku byłoby czynem wysoce dobroczynnym. Okazałaby się wtedy, w jak wysokim stopniu możność pogodnego myślenia o własnej przyszłości zależy od uporania się z tą zmorą. Dopiero wtedy uroki życia możliwego zajaśnieją wszystkimi nie przyćmionymi barwami przed oczyma każdego z zadających sobie rozważane dzisiaj pytanie.

Jakież są te uroki? Jeżeli kochasz kogoś i możesz być dla niego kimś lub czymś - przedmiotem wzajemnego ukochania, przyjacielem, opiekunem, dobroczyńcą wreszcie, nawet po prostu tylko kimś pomocnym, choćby w ukryciu pomocnym, o, wtedy masz mocny uchwyt, wiesz dlaczego warto istnieć i działać. Bywa, że się kocha jakiś zespół istot i jakiś odrębny styl życia tych swoich, np. gromadę braci roboczej albo tych, co bronią własnej wspólnej z nami mowy, obyczaju i niezależności, a jest się zdolnym do współobrony i utwierdzenia tego zespołu i farmy jago bytu. Ta znowu racja aż nadto dostateczna, by się rwać do działania, a więc trwać, by móc być czynnym. Miejmy oczy i uszy otwarte, a ujrzymy i usłyszymy w sferze własnego zasięgu butę i śmiechy triumfalne pewnej siebie, brutalnej niesprawiedliwości. Och, czy nie warto obstawać przy dalszym własnym istnieniu choćby dlatego, by móc się przyczynić do poskromienia przemożnego zła. A ileż zarysowuje się możliwości robót pociągających bezpośrednio bądź samym powabem sprawności, mistrzostwa, artyzmu, bądź spodziewanym pięknem dzieł, powstać mogących, bądź dostojeństwem możliwego czynu twórczego człowieka, którego cud techniki dorównywa wspaniałości pozaludzkiego wszechświata. Ten partner człowieka we współzawodnictwie o prymat wspaniałości, wszechświat pozaludzki, kryje przed dociekliwym intelektem bezmiar nieskończenie ciekawych tajemnic i zagadek: sfinks niedocieczony! Jest przeto nieskończenie interesujący. Doprawdy, warto istnieć choćby dlatego, by móc poznawać rzeczywistość, dowiadywać się, domyślać, doszukiwać rozwiązań problemów już uprzytomnionych, a po drodze stawać oko w oko z nowymi niespodzianymi. problemami, coraz groźniej wystawiającymi na próbę umysł człowieka nie skłonny do cofania się przed trudnościami dowolnego rzędu komplikacji. Wreszcie, kto lubi po prostu doznawać wrażeń smakowitych, przed tym roztacza się bezmiar możliwości, tylko brać... Istnieje więc tysiąc powodów, by spróbować dalszego ciągu życia i uczynić zeń fabułę godną bogactwa baśni z tysiąca i jednej nocy. To prawda, że którąkolwiek wybrałaby się drogę spośród .rozchodzących się na wszystkie strony z życiowego rozdroża, zawsze, na każdej czyhają zapory i niebezpieczeństwa. Każdy wybór łączy się z ryzykiem.

Od umiejętności działania wiele zależy. Rzeczywistość nigdy nie gwarantuje powodzenia, stwarza tylko bezmiar możliwości, które w oczach ludzi dzielnych zasługują na to, .aby je wypróbować, zanim by się miało udzielić odpowiedzi kapitulanckiej na Hamletowe pytania: "Być albo nie być?".

Źródło:

  • T. Kotarbiński, Być albo nie być? [w:] Medytacje o życiu godziwym, Warszawa 1966.


Do góry