Varia, czyli różności


Igmar Bergman

Siódma pieczęć

ŚMIERĆ - Bengt Ekerot
RYCERZ ANTONIUS BLOCK - Max von Sydow
MIA - Bibi Andersson
JOF - Nils Poppe
JÖNS - Gunnar Björnstrand

W nocy upał nieco zelżał, ale o świcie nad bezbarwnym morzem przeszedł gorący podmuch wiatru. Rycerz Antonius Block leży utrudzony na posłaniu z gałęzi świerkowych, rozrzuconych na białym piasku. Oczy ma szeroko otwarte, zaczerwienione od niewyspania. Nieopodal głośno chrapie giermek Jöns. Śpi tam, gdzie padł. Zza skraju lasu, między pokrzywionymi wiatrem jodłami. Usta rozdziawia w stronę świtu, a z gardła dobywa piekielne dźwięki. Poryw wiatru budzi konie, które suche nozdrza zwracają ku morzu. Są tak samo wychudłe i zmęczone jak ich panowie.

Rycerz wstaje, wchodzi do płytkiej wody, obmywa spaloną słońcem twarz i spękane wargi. Jöns odwraca się w stronę ciemnego lasu, mamroce coś przez sen, drapie się mocno po ostrzyżonej na jeża głowie. Nad czołem, jak błyskawica na chmurze, jaśnieje mu ukośna blizna.

Rycerz wraca na brzeg i pada na kolana. Z zamkniętymi oczami i pomarszczonym czołem odmawia pacierz poranny. Ręce złożył nabożnie, szepce sowa modlitwy. Twarz ma smutną, pełną goryczy. Otwiera oczy, spogląda na ranne słońce, które jak wzdęta ryba wynurza się z zamglonego morza. Niebo jest szare i nieruchome, prawdziwe sklepienie z ołowiu. Po zachodniej stronie nieba wisi cicha, mroczna chmura. Wysoko, ledwo widoczna, szybuje mewa. Jej krzyk jest pełen niepokoju, złowróżbny.

Rosły siwek rycerza unosi łeb i cicho rży. Antonius Block odwraca się. Za nim stoi postać w czerni. Twarz ma bardzo bladą, ręce skrywa w szerokich fałdach opończy.
RYCERZ: Ktoś ty?
ŚMIERĆ: Jestem śmierć.
RYCERZ: Przyszłaś po mnie?
ŚMIERĆ: Towarzyszę ci od dłuższego już czasu.
RYCERZ: Wiem o tym.
ŚMIERĆ: Jesteś gotów?
RYCERZ: Jeno ciało moje jeszcze się lęka.
ŚMIERĆ: Nie potrzebujesz się tego wstydzić.

Rycerz wstaje z klęczek, drży cały. Śmierć rozwiera poły płaszcza, by ogarnąć ramiona rycerza.
RYCERZ: Wstrzymaj się na chwilę.
ŚMIERĆ: Wszyscy tak mówicie. Nikomu nie udzielam zwłoki.
RYCERZ: Ale grasz w szachy, prawda?

W oczach Śmierci pojawia się błysk zainteresowania.
ŚMIERĆ: Skąd o tym wiesz?
RYCERZ: Widziałem to na obrazach, nasłuchałem się w pieśniach
ŚMIERĆ: Doprawdy, Testem wcale niezłym graczem.
RYCERZ: Nie lepszym jednak ode mnie.

Rycerz grzebie w wielkiej czarnej sakwie, dobywa z niej małą szachownicę. Rozkłada ją starannie na ziemi, zabiera się do ustawiania figur.
ŚMIERĆ: Dlaczego chcesz ze mną grać w szachy?
RYCERZ: Mam swoje powody.
ŚMIERĆ: Twoja sprawa.
RYCERZ: Jeżeli pozwolisz, postawię taki warunek : będę żyć dopóty, dopóki dotrzymam ci kroku w grze. Jeżeli wygram uwolnisz mnie.

Rycerz wyciąga w kierunku Śmierci obie zaciśnięte pięści. Śmierć raptem uśmiecha się, wybiera rękę z czarną figurą.
RYCERZ: Grasz czarnymi.
ŚMIERĆ: Nie uważasz, że w tym kolorze bardzo mi do twarzy?

Pochylają się nad szachownicą. Antonius Block wychodzi królem. Śmierć rozpoczyna grę takim samym ruchem.

Poranna bryza ustaw, ustał też niespokojny ruch morza, fale uciszyły się. Znad lekkiej mgły uniosło się słońce, jego promienie nabrały blasku. Pod ciemną chmurą, marząc w przestworzu, szybuje mewa. Wstał upalny dzień.

Giermek Jöns budzi się, kopnięty w tyłek. Otwiera oczy, chrząka jak prosię, przeraźliwie ziewa. Gramoli się na równe nogi, siodła konia, zbiera ciężkie juki. Rycerz powoli odchodzi od morza w stronę pobliskiego lasu - i dalej ku drodze. Nie ma zamiaru słuchać porannych modłów swego giermka, ale Jöns szybko dogania go.
JÖNS: (śpiewa) Między nogi dziewki hożej
Wszystkie chęci swoje złożę.

Urywa i zerka w stronę swego pana. Rycerz albo nie usłyszał śpiewki, albo udaje, że nie słyszał. Folgując swej irytacji, Jöns śpiewa jeszcze głośniej.
JÖNS: (śpiewa) Pan Wszechmogący wysoko na niebie,
A diabeł, twój brat, skacze wokół ciebie.

Jöns w końcu ściąga na siebie uwagę rycerza, przestaje śpiewać. Rycerz, jego koń, koń Jönsa i sam Jöns wreszcie znają te śpiewy na pamięć. Nawet długa, znojna droga z Ziemi Świętej nie przydała im przyzwoitości.

Posuwają się poprzez wrzosowiska pełne mchów. Ciągną się one aż po horyzont. Połyskujące w słońcu morze zostało za nimi.
JÖNS: W Farjestad gadali o złych wróżbach i innych okropnościach. W nocy dwa konie pożarły się nawzajem, zaś na cmentarzu rozwarły się groby, a potem kości ludzkie walały się po całej okolicy. Wczoraj po południu ukazały się na niebie aż cztery słońca.

Rycerz milczy. W pobliżu skomle wynędzniały pies. Łasi się do swego pana, który śpi na siedząco w upalnym słońcu. Wokół jego głowy i pleców krąży czarna chmura much. Wychudzone psisko merda ogonem, łasi się i skowyczy bez przerwy. Jöns schodzi z konia, zbliża się do śpiocha i grzecznie go pozdrawia, ten jednak milczy, wobec czego Jöns szturchańcem pragnie go zbudzić ze snu. Chwyta go za ramię - ale gwałtownie cofa rękę. Śpiący przewraca się do tylu na wrzosowisko, zwraca się twarzą do Jönsa. To trup, który wytrzeszcza na giermka puste oczodoly i białe zęby.

Jöns dosiada konia, zrównuje się z panem. Popija wodę z bukłaka, po czym wręcza go rycerzowi.
RYCERZ: I co, wskazał ci drogę?
JÖNS: Niezupełnie.
RYCERZ: A co powiedział?
JÖNS: Nic.
RYCERZ: To niemowa?
JÖNS: Raczej nie. W rzeczywistości powiedział mi wiele.
RYCERZ: Co takiego?
JÖNS: Doprawdy wiele mi powiedział, ale to nie było wesołe.
(śpiewa) Dzisiaj masz bystre oczy,
Jutro cię zjedzą robaki,
Fortuna kołem się toczy,
Los człeka byle jaki.

RYCERZ: Musisz ciągle śpiewać?
JÖNS: Nie muszę.

Rycerz podaje Jönsowi ułomek chleba. To go na chwilę ucisza. Słońce praży niemiłosiernie, po twarzach spływają krople potu, spod końskich kopyt wznoszą się tumany kurzu.

Mijają wyschniętą zatoczkę i posuwają się skrajem zielonego lasu.

W cieniu rozłożystych drzew stoi furgon, okryty wzorzystą płachtą. Gdzieś w pobliżu zarżał koń - odpowiedział mu siwek rycerza. Podróżni nie zatrzymują się jednak ani na chwilę, by wypocząć w cieniu. Oddalają się, nikną na koniec za zakrętem drogi.

Kuglarz Jof, śpiąc jeszcze, uslyszał rżenie swego konia i odzew jakiegoś konia z pobliża. Jof miałby ochotę pospać sobie, ale w wozie jest zbyt duszno. Promienie słońca poprzez płótno oświetlają twarz jego żony Mii oraz ich jednorocznego synka Mikaela, pogrążonych w głębokim i spokojnym śnie. Tuż obok chrapie potężnie mężczyzna w sile wieku, Jonas Skat.

Jof wydostaje się z wozu. Wysokie drzewa nadal rzucają cień. Czerpie wadę, płucze sobie gardło, rozprostowuje kości i poczyna przemawiać do swego starego, chudego konia.
JOF: Dzień dobry. Oczywiście już po śniadaniu? Mówi się trudno, ja trawy jeść nie mogę. A może mógłbyś mnie tego nauczyć? Jesteśmy przecież bez grosza. W tej części kraju ludzie nie są zbyt łaskawi dla kuglarzy.

Dobywa kilka piłeczek, wolno nimi żongluje. Potem staje na dowie i gdacze jak hura. Nagle przerywa, siada na ziemi, rozgląda się wokoło z wyrazem wielkiego zdumienia. Wiatr lekko kołysze drzewami, wprawia w ruch liście, szemrze nimi cicho. Kwiaty i trawa pochylają się z wdziękiem, a ukryty gdzieś ptak zanosi się przeciągłym świergotaniem.

Jof uśmiecha się, oczy zachodzą mu łzami. Siedzi na ziemi oszołomiony, podczas gdy trawa delikatnie szumi, a pszczoły i motyle krążą wokół jego gilowy. Niewidoczny ptak cięgnie swoją melodię.

Wietrzyk nagle zamiera, urywa się śpiew ptaka, gaśnie uśmiech Jofa, a kwiaty i trawa więdną w upale. Stary koń jak przedtem skubie trawę i uderzeniami ogona opędza się od much. Jof przytomnieje, biegnie do wozu, potrząsa Mią.
JOF: Zbudź się, Mia. Zbudź się! Widziałem coś, chcę ci to opowiedzieć.

Mia siada przestraszona.
MIA: Co jest? Co się stało?
JOF: Słuchaj, miałem widzenie! Nie, to nie było żadne widzenie. To było prawdziwe, najprawdziwsze.
MIA: Ech, znów miałeś widzenie.

W głosie Mii pobrzmiewa nuta ironii. Jof potrząsa głową, chwyta żonę za ramiona.
JOF: Ja ją widziałem!
MIA: Kogo widziałeś? JOF: Matkę Boską.

Jego zapał udziela się Mii, która zniża glos. MIA: Widziałeś ją naprawdę?
JOF: Była tak blisko, że mogłem jej dotknąć. Na głowie miała złotą koronę, zaś odziana była w niebieską szatę w złote kwiaty. Była foso, w wysmukłych, opalonych ramionach trzymała Dzieciątko, uczyła je chodzić. Gdy mnie tylko dostrzegła - uśmiechnęła się. Aż mi oczy nabiegły łzami. Kiedy je przetarłem, ona już odchodziła. Na ziemi i niebie była wielka cisza. Możesz to zrozumieć...
MIA: Ależ ty masz fantazję.
JOF: Nie wierzysz mi. Mówię ci, to była prawda. Nie z tych powszednich, ale jakaś inna.
MIA: Jak wtedy, gdyś zobaczył diabła, co to własnym ogonem koła naszego wozu malował na czerwono.
JOF: (zakłopotany) Musisz mi to ciągle wypominać?
MIA: A potem się okazało, że za twoimi paznokciami są resztki czerwonej farby.
JOF: Niech ci będzie, to chyba naprawdę byłem ja. Chciałem po prostu, byś uwierzyła w moje widzenia. Te prawdziwe, których nie zmyślam.
MIA: (surowo) Musisz opanować swoją wyobraźnię, inaczej ludzie powiedzą, żeś półgłówek. Choć nim nie jesteś - o ile mi wiadomo. Wiedz jednak, że nie mam co do tego pewności.
JOF: (z gniewem) Naprawdę nie wymyślam sobie tych historii. Nic na to nie poradzę, że słyszę jakieś głosy, że ukazuje mi się Najświętsza Panienka, że aniołowie i diabły upodobały sobie moją kompanię.
SKAT: (siada) Czyż nie wbiłem wam do głowy raz na zawsze, że rano muszę spać? Grzecznie prosiłem, błagałem - wszystko na nic. Więc teraz rozkazuję: zamknijcie się!

Oczy błyszczą mu od wściekłości. Kadzie się na bok i znowu chrapie. Jof i Mia dochodzą do wniosku, że najlepiej uczynią opuszczając wóz.

Siadają sobie na skrzyni. Mia bierze Mikaela na kolana, ale nagi chłopczyk stale się matce wyrywa z rąk. ,sof siedzi tuż przy gonie - wyraźnie załamany, nadal nieprzytomny i osłupiały. Od morza pędzi suchy, gorący wiatr.
MIA: Żeby choć trochę popadało. Wszystko spalone na popiół. W zimie grozi nam głód.
JOF: (ziewając) Jakoś to przeżyjemy.

Mówi to zagadkowo, jakby od niechcenia. Rozprostowuje ramiona, śmieje się z zadowoleniem.
MIA: Chciałabym, by Mikael miał lepsze życie niż my.
JOF: Mikael wyrośnie na wspaniałego akrobatę, albo kuglarza, który wykona tę jedną jedyną sztuczkę.
MIA: Co takiego?
JOF: By jedna z piłeczek zawisła nieruchomo w powietrzu.
MIA: Przecież to niemożliwe.
JOF: Dla nas, ale nie dla niego.
MIA: Znowu bredzisz.

Mia ziewa. Słońce zmorzyło ją nieco, kadzie się więc na trawie. Jof wyciąga się obok, obejmuje ją ramieniem.
JOF: W nocy, kiedy nie mogłem zasnąć, ułożyłem piosenkę. Chcesz posłuchać?
MIA: Oczywiście, zaśpiewaj, jestem bardzo ciekawa.
JOF: Muszę najpierw usiąść.

Siada ze skrzyżowanymi nogami, rękami wykonuje zamaszyste ruchy i śpiewa donośnym głosem.
JOF: Na gałązce lilii
siadła gołąbeczka,
Śpiewa o Jezusie,
Wielka radość w niebie...

Urywa, oczekując pochwał od żony.
JOF: Ty śpisz, Mia?
MIA: To naprawdę urocza piosenka.
JOF: Jeszcze nie skończyłem.
MIA: Wiem, lecz teraz chciałabym się trochę przespać. Dokończysz potem.
JOF: Ty nic, tylko byś spała i spała.

Trochę obrażony spogląda na synka, ten jednak śpi smacznie w wysokiej trawie. Z wozu wyłazi Jonas Skat. Ziewa, jest zmęczony i w podłym humorze. W rękach trzyma prymitywnie wykonaną maskę śmierci.
SKAT: Czy prawdziwemu aktorowi godzi się grać w czymś takim? Gdyby księża nie płacili nam tak dobrze, nie usłyszeliby ode mnie dobrego słowa.
JOF: Masz zamiar występować w roli śmierci?
SKAT: Właśnie obmyślam, jak by tymi bajeczkami nastraszyć poczciwy, ciemny naród.
JOF: Kiedy więc wystąpimy z tą sztuką?
SKAT: Na uroczystości świętych patronów w Elsynorze. Uwierzycie lub nie, ale wystąpimy na stopniach kościoła.
JOF: A czy nie lepiej dać coś sprośnego? Ludzie strasznie za tym przepadają, a poza tym jest to znacznie weselsze.
SKAT: Głupiś. Gadają, że w kraju panuje straszliwa zaraza. Księża przepowiadają ludziom rycńły koniec i wszelkie odmiany duchowych katuszy.

Mia się budzi. Leży spokojnie na plecach, żuje źdźbło trawy i spogląda z uśmiechem na męża.
JOF: A jaką ja otrzymam rolę?
SKAT: Taki dureń jak ty może zagrać tylko jedno : Duszę Człowieka.
JOF: Rzeczywiście, to dość nędzna rola. SKAT: Kto tu właściwie rządzi? Do kogo należy ostatnie słowo ?

Z odrazą wkłada maskę i poczyna recytować z patosem.
SKAT: Głupcy, zapamiętajcie to sobie. Wasze życie wisi na włosku, zaś dni wasze są policzone.
(normalnym już głosem) Czy kobiety mnie zechcą w takim przebraniu ? Czy mogę w nim liczyć na sukces ? Nie, już teraz czuję się jak truposz.

Poklinając gęsto, wlani do wozu. Jof siedzi pochylony do przodu, Mia za nim leży na trawie.
MIA: Jof !
JOF: Co takiego ?
MIA: Siedź cicho, nie ruszaj się.
JOF: Co ty sobie właściwie myślisz ?
MIA: Ani słowa.
JOF: Milczę jak grób.
MIA: Kocham cię.

Fale upału ogarniając kościół z szarego kamienia. Rycerz zsiada z konia i wchodzi do środka. Jons, uwiązawszy konia, podąża powoli za nim. W kruchcie staje olśniony. Na ścianie po prawej stronie widnieje nie dokończony fresk. Na prostym rusztowaniu siedzi malarz w czerwonej czapce na głowie i w szacie poplamionej farba. jeden pędzel trzyma w ustach, zaś drugim maluje przerażona ludzki twarzyczkę, umieszczony pośród morza innych twarzy.
JÖNS: Co to wyobraża ? MALARZ: Taniec śmierci.
JÖNS: A tamta postać, to śmierć?
MALARZ: Tak, ona tańczy wraz z innymi.
JÖNS: Dlaczego namalowałeś tę niedorzeczność?
MALARZ: Żeby ludzie pamiętali o śmierci.
JÖNS: Tak, ale to nie przysporzy im ani odrobiny szczęścia.
MALARZ: Czy ludzie muszą być stale szczęśliwi? Nie uważasz, że trochę strachu dobrze im zrobi?
JÖNS: Ludzie wszak mogą zamknąć oczy, odwrócić się od ciebie.
MALARZ: Przenigdy. Trupia czaszka intryguje ich bardziej niż naga kobieta.
JÖNS: Jeżeli zaczniesz ich straszyć...
MALARZ: Poczną myśleć.
JÖNS: Skoro jednak poczną myśleć...
MALARZ: Będą się bać jeszcze bardziej.
JÖNS: I wtedy wpadną w ręce klechów.
MALARZ: To już nie moja sprawa.
JÖNS: A jakże. Ty tylko malujesz swój taniec śmierci.
MALARZ: Maluję rzeczy takimi, jakimi są. Każdy może to czynić na swój sposób.
JÖNS: Jestem pewien, że wielu ci będzie złorzeczyć.
MALARZ: Być może. Dopiero wtedy namaluję coś, co sprawi im uciechę. Muszę przecież z czegoś żyć - dopóki nie zmoże mnie zaraza.
JÖNS: Zaraza. To brzmi strasznie.
MALARZ: Gdybyś widział te wrzody w gardle dotkniętego chorobą. Gdybyś widział, jak wysycha jego ciało, że nogi wydają się poskręcanymi powrozami - właśnie tak, jak to namalowałem na moim obrazie.

Malarz wskazuje pędzlem. Jöns dostrzega wijący się w trawie nędzny strzęp ludzki; dzikie oczy wywrócone ku górze, pełne przerażenia i bólu.
JÖNS: To straszne.
MALARZ: Rzeczywiście. Próbuje rozdrapać ten wrzód, gryzie palce, paznokciami rozrywa żyły, a jego wycie usłyszysz wszędzie. Czy nie ogrania cię strach?
JÖNS: Strach? Mnie? Ty mnie nie znasz. A co to za okropieństwa namalowałeś po drugiej stronie obrazu?
MALARZ: Zauważ, że te biedne stworzenia przyjmują zarazę jako karę boską. Przez kraj przeciągają gromady ludzi, którzy sami nazywają się niewolnikami grzechu, biczują siebie i innych, a wszystko na chwałę boską.
JÖNS: Oni naprawdę się biczują?
MALARZ: Tak - i jest to straszny widok. Kiedy tylko się zbliżają, wskakuję do rowu.
JÖNS: Czy nie masz choć odrobiny gorzałki? Przez cały czas piłem tylko wodę i teraz jestem spragniony jak wielbłąd na pustyni.
MALARZ: Chyba jednak napędziłem ci strachu.

Jöns siada obok malarza, który stawia dzbanek wódki. Rycerz klęczy przed małym ołtarzem. Wokół cisza i mrok.

W powietrzu unosi się chłód oraz zapach pleśni. Święci z obrazów spoglądają w dół kamiennymi oczami. Chrystus obróci twarz ku górze, usta otworzył jak w krzyku bólu.

Na górnej belce znajduje się malowidło wyobrażające ohydnego diabła, czyhającego na biedną istotę ludzką. Z konfesjonału dobiega jakiś stuk. Rycerz podchodzi, a za kratą ukazuje mu się na chwilę twarz Śmierci, ale rycerz tego nie widzi.
RYCERZ: Chciałbym porozmawiać z tobą jak tylko umiem najszczerzej, serce jednak mam puste.

Śmierć milczy.
RYCERZ: Pustka stała się zwierciadłem zwróconym ku mej twarzy. Dostrzegam w nim swoje odbicie, ogarnia mnie strach i odraza.

Śmierć milczy.
RYCERZ: Obojętność wobec przyjaciół sprawiła, że żyję teraz w samotności pośród zjaw. Zostałem więźniem moicń snów i wyobrażeń.
ŚMIERĆ: I nie chcesz teraz umierać.
RYCERZ: Zgadłaś.
ŚMIERĆ: Na co właściwie czekasz?
RYCERZ: Chcę poznać prawdę.
ŚMIERĆ: Żądasz gwarancji?
RYCERZ: Nazwij to jak chcesz. Czyż jest rzeczą nieprawdopodobną ogarnąć Boga przy pomocy zmysłów? Dlaczego on sam się skrywa za mglistą zasłoną niespełnionych obietnic i cudów, których nikt nigdy nie widział?

Śmierć nie odpowiada.
RYCERZ: Czyż możemy dać wiarę tym, co wierzą, skoro nie potrafimy uwierzyć w samych siebie? Co się stanie z tymi spośród nas, co chcieliby uwierzyć, ale nie są do tego zdolni? A z tymi, co i nie chcą wierzyć i nie są zdolni do wiary?

Rycerz milknie, ale nadaremnie czeka na odpowiedź. Panuje głębokie milczenie.
RYCERZ: Dlaczego nie mogę zabić Boga w sobie? Dlaczego on trwa nadal w poniżeniu i bólu, mimo że złorzeczę mu nieustan nie i pragnę wyrwać go z serca? Dlaczego, mimo wszystko, stanowi on tę trudną do zniesienia rzeczywistość, której nie mogę się pozbyć? Czy mnie słyszysz?
ŚMIERĆ: Tak, słyszę cię.
RYCERZ: Chcę wiedzieć - nie wierzyć, nie chcę gubić się w przypuszczeniach, chcę wiedzieć. Chcę, by Bóg wyciągnął ku mnie ramiona, by objawił mi się osobiście, by do mnie przemówił.
ŚMIERĆ: A on milczy.
RYCERZ: Wołam do niego w ciemności, ale tam chyba nie ma nikogo.
ŚMIERĆ: Być może, że tam rzeczywiście nikogo nie ma.
RYCERZ: W takim razie życie jest niegodnym, pełnym upokorzeń koszmarem. Nie można żyć stale w obliczu śmierci, w prze świadczeniu, że wszystko jest nicością.
ŚMIERĆ: Większość ludzi nie zastanawia się nad tym. Ani nad śmiercią, ani nad bezsensem życia.
RYCERZ: Choć pewnego dnia przyjdzie im wydać ostatnie tchnienie i spojrzeć w mrok.
ŚMIERĆ: Kiedy ten dzień nadchodzi...
RYCERZ: W naszej bojaźni powstaje obraz - i ten obraz nazywamy Bogiem.
ŚMIERĆ: Zadręczasz się...
RYCERZ: Tego ranka odwiedziła mnie Śmierć. Gramy z sobą w szachy. To gra na zwłokę. Pozwoli mi ona załatwić pewną pilną sprawę.
ŚMIERĆ: O jaką to sprawę chodzi?
RYCERZ: Moje życie stało się czczą gonitwą, nieustannym błądzeniem, rozwlekłą mową bez znaczenia. Nie odczuwam z tego powodu goryczy ani wyrzutów sumienia, bo większość ludzi myśli tak samo. Pragnąłbym jednak dzięki tej zwłoce dokonać niezwykłego czynu.
ŚMIERĆ: I to jest ten powód, dla którego grasz w szachy ze Śmiercią?
RYCERZ: Śmierć to przebiegły gracz, ale jak dotąd nie straciłem żadnego pionka.
ŚMIERĆ: W jaki sposób chcesz ją wyprowadzić w pole?
RYCERZ: Kombinacją gońca i konia, której śmierć jeszcze nie odkryła. W następnym ruchu znienacka zaatakuję.
ŚMIERĆ: Zapamiętam to sobie.

Śmierć ukazuje przez chwilę swą twarz za kratą konfesjonału i zaraz znika.
RYCERZ: Użyłaś podstępu, oszukałaś mnie. Ale spotkamy się jeszcze i znajdę na ciebie sposób.
ŚMIERĆ: (niewidoczna) Spotkamy się w gospodzie i gra potoczy się dalej.

Rycerz unosi rękę i ogląda ją w promieniu słońca, który przedostał się do wnętrza przez mafie okno.
RYCERZ: Oto moja ręka. Żywa, pulsująca krwią. Słońce trwa nadal na niebie, a ja, Antonius Block, toczę walkę ze Śmiercią.

Zaciska dłoń w pięść i unosi ją do skroni. Przez ten czas Jöns i malarz zdążyli się napić wódki i toczą ożywioną rozmowę.
JÖNS: Ja i mój pan byliśmy za granicą. Teraz wracamy do domu. Czy ty to rozumiesz, pacykarzu?
MALARZ: Wyprawa krzyżowa?
JÖNS: Właśnie. Przez dziesięć lat przebywaliśmy w Ziemi Świętej. Kąsały nas węże, cięły owady, szarpały dzikie zwierzęta, poganie zarzynali nas, piliśmy zatrute wino, żarły nas wszy, które dostawaliśmy od kobiet, trawiła nas gorączka - a wszystko na chwałę bożą. Nasza wyprawa była szaleństwem, które mógł wymyślić tylko jakiś zatwardziały idealista. To jednak co mówisz o zarazie, jest straszne.
MALARZ: Straszniejsze niż twoje historie.
JÖNS: Biada mi. Jak byś się nie kręcił, zadek mieć będziesz zawsze z tyłu. Oto prawda.
MALARZ: Zadek z tyłu, zadek z tyłu - to głęboka prawda.

Jöns maluje małą postać, która ma wyobrażać jego samego.
JÖNS: Oto giermek Jöns. Szczerzy zęby do śmierci, kpi z Pana Boga, drwi z siebie samego, pożądliwie spogląda na dziewczęta. Żyje we własnym świecie, śmiesznym dla wszystkich, w tym również dla niego, nie ogląda się na niebo i gwiżdże na piekło.

Rycerz przechodzi mimo, przywołuje giermka i wychodzi na pełne słońce. Jöns wytęża wszystkie siły, by samodzielnie zleźć z rusztowania.

Czterech żołnierzy i mnich zakuwają przed kościołem w dyby kobietę. Twarz ma bladą, prawie dziewczęcą, ogoloną głowę, kostki rąk pogruchotane i okrwawione. Oczy ma szeroko otwarte, czyni wrażenie, że już nic do niej nie dociera. Jöns i rycerz stają i przyglądają się jej w milczeniu.

Strażnicy wykonują swą pracę szybko i z wprawą, wyglądają jednak na wystraszonych i przygnębionych. Mnich odczytuje coś, mamrocząc, z malej książeczki. Jeden z żołnierzy bierze z ziemi drewniany cebrzyk wypełniony krwawą mazią i poczyna ją rozsmarowywać na ścianie kościoła tudzież wokół kobiety. Jöns zatyka nos.
JÖNS: Ta twoja zupa piekielnie śmierdzi. Co to za specjał?
ŻOŁNIERZ: Ta kobieta zadawała się cieleśnie z szatanem.

Powiedział to szeptem, z wyrazem strachu na twarzy i powrócił do przerwanej pracy.
JÖNS: A teraz tkwi w dybach.
ŻOŁNIERZ: Jutro zostanie spalona na granicy parafii. Musimy jednak coś zrobić, by szatan trzymał się z dala. od reszty.
JÖNS: (zatykając nos) I odganiasz go tym śmierdzącym paskudztwem?
ŻOŁNIERZ: To najlepszy środek: krew zmieszana z żółcią czarnego psa. Szatan tego nie wytrzyma.
JÖNS: Ani ja.

Jöns odchodzi do koni. Rycerz stoi chwilę bez ruchu i patrzy na dziewczynę, prawie dziecko. Jej wzrok spoczywa na rycerzu.
RYCERZ: Widziałaś diabła?

Mnich przerywa czytanie, unosi głowę.
MNICH: Z nią nie wolno rozmawiać.
RYCERZ: Czy to takie niebezpieczne?
MNICH: Tego nie wiem, obwinia się ją jednak o wywołanie zarazy, która nas nęka.
RYCERZ: Rozumiem.

Zrezygnowany kiwa głową i odchodzi. Moda kobieta poczyna jęczeć, jakby ją dręczyły przeraźliwe mary senne. Jej krzyki towarzyszyły obu jeźdźcom przez znaczną część drogi.

Słońce stoi wysoko na niebie jak czerwona, ognista kula. W bukłaku ukazało się dno i Jöns rozgląda się, gdzie by zaczerpnąć wody. Zbliżyli się do zabudowań na skraju lasu.

Jöns wiąże konie, zarzuca bukłak na ramię i ścieżką wędruje do najbliższej zagrody. Ruchy jego jak zwykle są lekkie i ciche. Drzwi chaty stojąc otworem. Zatrzymuje się przy wejściu, ale gdy nikt się nie pokazuje, wchodzi do środka. Wewnątrz jest bardzo ciemno, jego stopy napotykają coś miękkiego. Spogląda w dół. Obok wybielonego komina twarzą do ziemi leży kobieta.

Na odgłos zbliżających się kroków Jöns szybko chowa się za drzwi. Ze strychu po drabinie schodzi jakiś człowiek, szeroki i krępy. Oczy ma czarne, a twarz bladą i nalaną. Szaty dobrze skrojone, brudne jednak i w strzępach. Taszczy worek od bielizny. Rozglądając się bacznie dokona, wchodzi do środkowej izby, pochyla się nad łóżkiem, chowa coś w worku, skrada się wzdłuż ścian, węszy po półkach, cokolwiek mu się nawinie wrzuca do worka. Powoli przechodzi do zewnętrznej izby, schyla się nad trupem kobiety, szybko ściąga jej obrączkę z palca. W tym momencie wchodzi moda kobieta, staje jak wryta, wpatrując się w intruza.
RAVAL: Czemu tak dziwnie patrzysz? Ostatecznie zabieram rzeczy zmarłej. Teraz można się godziwie wzbogacić.

Dziewczyna czyni ruch, jakby chciała uciec.
RAVAL: Pewnie chcesz umknąć do wioski i narobić krzyku. To by nie miało sensu. Każdy z nas winien dbać o własną skórę, to jasne.
DZIEWCZYNA: Nie dotykaj mnie.
RAVAL: Nie próbuj wrzeszczeć. Wokoło nie ma nikogo, ani Boga, ani człowieka.

Powoli zamyka drzwi. W dusznej izbie zapanował mrok, ale Jönsa widać doskonale.
JÖNS: Poznałem cię, choć dawno się nie widzieliśmy. Jesteś Raval z Akademii Teologicznej w Roskilde - Doctor Mirabilis, Coelestis et Diabilis.

Raval uśmiecha się kwaśno i zerka pilnie dokona.
JÖNS: Czy nie mam racji? Dziewczyna stoi bez ruchu.
JÖNS: To właśnie ty dziesięć lat temu przekonałeś mojego pana o obowiązku przyłączenia się do wyprawy krzyżowej wielmożnych do Ziemi Świętej.

Raval rozgląda się na boki.
JÖNS: Wyglądasz paskudnie. Czyżby cię bolał żołądek?

Raval uśmiecha się z przestrachem.
JÖNS: Gdym cię tu ujrzał, pojąłem nagle sens tych dziesięciu lat, które przedtem uważałem za zmarnowane. Żyło nam się zbyt gładko, popadliśmy więc w samozadowolenie. Pan postanowił nas ukarać za ten stan ducha - i dlatego zesłał nam ciebie, byś wyrzygał ten swój poświęcony jad i zatruł nim rycerza.
RAVAL: Uczyniłem to w dobrej wierze.
JÖNS: Ale teraz już chyba przejrzałeś, prawda? Zostałeś przecież złodziejem. Oto zajęcie odpowiednie dla kanalii, czy nie tak?

Błyskawicznym ruchem wyrywa nóż z ręki Ravala, jednym ciosem powala go na ziemię i już go ma uśmiercić, ale wtedy rozlega się krzyk dziewczyny. Jöns powstrzymuje się, macha pogardliwie ręką.
JÖNS: Prosz4 bardzo, nie jestem krwiożerczy. Pochyla się nad Ravalem.
RAVAL: Nie zabija; mnie.
JÖNS: Nie mam nawet ochoty cię dotknąć, doktorze. Zapamiętaj jednak dobrze: jeżeli się jeszcze raz spotkamy, naznaczę ci gębę jak złodziejowi.

Wstaje.
Przyszedłem tylko napełnić bukłak wodą.
DZIEWCZYNA: Mamy tu głęboką studnię, z zimną orzeźwiającą wodą. Chodź, pokażę ci.

Wychodzą z domu. Raval leży przez chwilę na ziemi, po czym wstaje powoli i rozgląda się wokoło. Gdy widzi, że nic mu już nie zagraża, bierze swój worek i znika.

Jöns gasi pragnienie i przy pomocy dziewczyny napełnia bukłak wodą.
JÖNS: Nazywam się Jöns. Jestem wesołym i rozmownym młodzieńcem, ożywionym wyłącznie szlachetnymi myślami, który spełniał dotąd tylko piękne i godziwe uczynki. Szczególną życzliwością darzę młode kobiety. W tym wypadku moja życzliwość po prostu nie ma granic.

Obejmuje dziewczyn, pragnie ją pocałować, ona jednak wymyka się. Jöns hamuje swoje zapędy, zarzuca bukłak na ramię i całuje dziewczynę w policzek.
JÖNS: Do widzenia, ślicznotko. Mógłbym cię tu zgwałcić bez krzyku, ale z nas dwojga ja jestem bardziej zmęczony tym rodzajem miłości. Na dłuższą metę jest on dość jałowy.

Uśmiecha się dobrotliwie i odchodzi. Gdy po kilku krokach odwraca się, dziewczyna stoi na swoim miejscu.
JÖNS: Coś mi się wydaje, że będzie mi potrzebna gospodyni. Czy umiesz gotować?

Dziewczyna kiwa głową.
O ile mnie pamięć nie myli, nadal jestem mężczyzną żonatym, mam jednak nadzieję, że moja ślubna już nie żyje. Oto dlaczego potrzebuję gospodyni.

Dziewczyna nie odpowiada, podchodzi tylko bliżej.
Chodź ze mną do diabła, i nie wytrzeszczaj tak oczu. Uratowałem ci życie, powinnaś mi więc wdzięczność.

Dziewczyna zbliża się z pochylona głową. Jöns nawet nie idzie w stronę rycerza, który cierpliwie oczekuje giermka.

Gospoda "Pod Dwoma Tchórzami" leży na południu prowincji. Morowe powietrze, rozprzestrzeniając się wzdłuż wybrzeża, tutaj jeszcze nie dotarło. Kuglarze ustawili swój wóz pod drzewem na dziedzińcu gospody. Ubrani w pstrokate kostiumy, odgrywają jakaś farsę. Publiczność z uwagą obserwuje przedstawienie, hałaśliwie je komentując. Są tu kupcy o tłustych spoconych gębach, terminatorzy i czeladnicy, parobcy i dziewki. Czereda dzieciaków buszuje wśród drzew niedaleko wozu. Rycerz i jego giermek usiedli w cieniu pod ścianą gospody. Popija piwo i drzemią w południowym upale. Dziewczyna z opuszczonej wioski śpi u boku Jönsa.

Skat gra na bębnie, Jof na flecie, zaś Mia wykonuje wesoły i żywy taniec. Pocą się w upalnym, rozżarzonym do białości słońcu. Po skończonym występie Skat wychodzi z ukłonem.
SKAT: Szlachetne panie i zacni panowie; dziękuję wam za życzliwość. Zatrzymajcie się wszak jeszcze przez chwilę, albo nawet spocznijcie sobie na ziemi, teraz bowiem ujrzycie tragedię o niewiernej żonie, zazdrosnym mężu i przystojny kochanku - to ja.

Mia i Jof zmienili kostiumy, znów są na scenie, kłaniają się publiczności.
Oto mąż. A oto jego żona. Jeżeli zamilkniecie choć na chwilę, zobaczycie wspaniałego. Jak już rzekłem, mnie przypadła rola kochanka - ale jako taki jeszcze tu nie wszedłem. By to uczynić, zniknę na chwilę i pojawię w odpowiednim momencie.

Ociera pot z czoła.
Co za piekielny upał. Chyba będzie burza.

Stawia nogę przed Jofem, jakby go chciał przewrócić, spódnicę Mii i robi taką minę, jakby tam ujrzał wszystkie cuda świata, po czym znika za kolorową kurtyną. Skat jest bardzo gadki, sam to przecież widzi w odbiciu cynowej miednicy: włosy misternie zaczesane, piękne krzaczaste brwi, błyszczące kolczyki, które blaskiem walczą o lepsze z zębami, no i te różowe policzki. Skat siada w tylnej części wozu, nogi opuszcza w dół, pogwizduje cicho.

W tym samym czasie Jof i Mia odgrywają swoją tragedię, jednak bez większego powodzenia.

Skat nagle odkrywa, że gdy się przegląda w cynowej misce, ktoś go bacznie obserwuje. Stoi za nim kobieta, okazała zarówno we wzroście, jak i w wadze. Skat marszczy brwi, bawi się małym sztyletem i niby przypadkowo rzuca figlarne, ale płomienne spojrzenie na uroczego gościa. Ona raptem spostrzega, że rozwiązał się jej trzewik, schyla się więc, by go poprawić, wyzwalając tym samym z uwięzi swoją obfitą pierś - na tyle jednak, na ile pozwalają honor i dobre obyczaje. Pozostaje chwilę w tej pozie, dzięki czemu aktor doświadczonym okiem szybko ocenia, iż można by tu zdobyć obfite łupy.

Kobieta zbliża się nieco, klęka i rozwiązuje tobołek, zawierający najróżniejsze smakołyki i bukłak z czerwonym winem. Jonas Skat, podniecony, o mało nie spada z wozu, stojąc wszak na jego stopniu, wspiera się o drzewo rosnące obok, krzyżuje nogi i kłania się dwornie.

Kobieta wbija zęby w ociekające tłuszczem udko kurze. Jednocześnie obrzuca aktora promiennym spojrzeniem, pełnym kuszących obietnic. W tej sytuacji Skat podejmuje błyskawiczną decyzję : zeskakuje z wozu i pada na kolana przed zawstydzoną kobietą. Ta niemal mdleje z wrażenia, obdarza go namiętnym spojrzeniem i ciężko wzdycha. Skat nie zapomina wycisnąć na ojej malej pulchnej ręce pocałunku. Słońce świeci jasno, w krzakach świergocą ptaszęta.

Kobieta musi usiąść na ziemi, gdyż nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Oszołomiona dobywa z zawiniątka jeszcze jedno udko i podtyka je pod nos Skatowi gestem pełnym triumfu i wyzwania, jakby w nagrodę ofiarować chciała swoje dziewictwo.

Skat waha się przez chwilę, ale nie zapomina, że to on jest tutaj strategiem. Pozwala, by kurze udko przepadło w trawie, a sam poczyna szeptać do różowego kobiecego uszka. Jego słowa wydaję się odnosić skutek. Kobieta obejmuje go za szyję i przyciąga do siebie z takim zapałem, że oboje tracą równowagę i padają na miękką trawę. Ptaszki podrywają się z przeraźliwą wrzawą.

Jof stoi w upalnym słońcu z zapaloną latarnią. Mia udaje, że śpi na ławce ustawionej z przodu sceny.
JOF: Noc i księżyc, cicho, sza, Tutaj leży żona ma.
GŁOS Z TŁUMU: A czy chrapie?
JOF: Pragnąłbym nadmienić, że to jest tragedia, a w tragediach się nie chrapie.
GŁOS Z TŁUMU: Tak czy owak mogłaby sobie pochrapać.,

Ta opinia zdobywa powszechne uznanie. Jof, zakłopotany, wypada z roli, ale Mia nie traci głowy i poczyna chrapać.
JOF: O, jak cicho, księżyc lśni, Moja żonka smacznie śpi, Popilnuję jej u drzwi.
Strasznie wierna, lecz nie mnie, A gachowi, co tu mknie,
By w niej budzić chęci złe. Jako myszka stanę tam
I na śmierć stłukę go sam, Za te rogi, co je mam.
Jof się kryje, Mia przerywa chrapanie, siada i spogląda w lewo.
MIA: Patrzcie, oto pośród nocy Mój kochanek chyżo kroczy.

Urywa nagle i spojrzenie pełne zdumienia kieruje przed siebie. Tłum na dziedzińcu gospody, mimo upału, zachowywał się dotąd beztrosko. Nagle jednak się coś zmieniło. Ludzie, skorzy dotąd do śmiechu i paplaniny, raptem milkną. Ich ogorzałe twarze bledną, dzieci przerywają zabawę i stają jak wryte ze strachem w oczach.

Jof staje przed kurtyną, na jego umalowanej twarzy jawi się skurcz strachu. Mia podnosi się, trzymając w ramionach Mikaela. Na dziedzińcu kilka kobiet pada na klęczki, inne skrywając twarze, poczynają mamrotać na wpół zapomniane pacierze. Wszyscy zwracają głowy ku białej drodze. Dobiega stamtąd przerażający śpiew, przechodzący w jeden wielki, oszalały krzyk. Na szczycie wzgórza ukazuje się Chrystus na krzyżu, a następnie ci, którzy go niosą - mnisi z zakonu świętego Dominika z twarzami ukrytymi w kapturach. Pojawia się ich coraz więcej, dźwigają mary z ciężkimi trumnami, w kurczowo zaciśniętych i wyciągniętych ku górze rękach niosą święte relikwie. Wokół ich czarnych kapturów wznoszą się chmury kurzu, z rozkołysanych kadzielnic dobywa się gęsty, szary dym i dusząca woń ziół. Po mnichach nadchodzi inna procesja: kolumna mężczyzn, chłopców, starców, dziewcząt i dzieci. W rękach trzymają bicze ze stalowymi kolcami i jęcząc w ekstazie, okładają nimi siebie i innych. Wiję się w bólu, wytrzeszczają oczy, pogryzione usta toczą pianę - wszystkich opanowano szaleństwo. Kąsają własne ręce i ramiona, biczują się nawzajem w dzikich, rytmicznych porywach. To właśnie z ich gardeł, rozdzierających się w nieustannym wyciu, dobywa się ta straszna pieśń. Wielu zatacza się i pada na ziemię, ale natychmiast podnoszą :,się, pomagają wstać innym i coraz mocniej sieką swe ciała.

Na skrzyżowaniu, przed frontem gospody, pochód przystaje. Mnisi padają na kolana, zwierają ramiona, chowając twarze w dłoniach, ale pieśń nie ustaje. Postać Chrystusa na drewnianym krzyżu unosi się nad tłumem. Ten Chrystus nie triumfuje, z cierpi z powodu ran, krwi, wbitych gwoździ, z obliczem skrzywionym w grymasie bólu. Ukrzyżowany Syn Człowieczy cierpi z powodu poniżenia i hańby.

Pokutnicy tarzają się teraz w pyle drogi. Walą się na ziemię tam gdzie stoją, jak dobijane bydło. Ich wycie miesza się z pieśnią mnichów i poprzez chmurę kadzideł wznosi się ku ognistemu słońcu. Potężny i barczysty mnich podnosi się z klęczek i odkrywa swoją spaloną słońcem twarz. Oczy mu błyszczą, a głos zanosi się od bezsilnego szyderstwa.
MNICH: Bóg zesłał na was karę. Wszystkich dosięgnie czarna śmierć. Wy, którzy tu sterczycie, gapiąc się bezmyślnie jak bydło, wy, którzy siedzicie tu pogrążeni w gnuśnym samozadowoleniu - czy wiecie wszyscy, że to wasza ostatnia godzina? Śmierć stoi tuż za waszymi plecami. Już widzę jej błyszczący w słońcu czerep. Kosa skrzy się, gdy wznosi ją nad waszymi głowami. Którego z was najpierw dosięgnie? Czy ciebie, co stoisz tu jeszcze i gapisz się jak kozioł, ale nim wieczór zapadnie, zewrzesz usta w ostatnim, niedokończonym tchnieniu? Czy ciebie, kobieto, co kwitniesz zdrowiem i samouwielbieniem, ale zbledniesz i zgaśniesz przed świtem? A może ciebie, co stoisz tam w tyle z opuchłym nosem i jak głupiec szczerzysz zęby, ale już niebawem przestaniesz kalać tę ziemię? Czy wiecie, kpy zatwardziałe, że umrzecie dziś lub jutro, albo dnia następnego, ponieważ ł wszyscy zostaliście skazani? Słyszycie dobrze, co wam mówię? Czy rozumiecie to słowo? Zostaliście skazani, skazani!

Mnich milknie, spogląda wkoło z zawziętym obliczem, okiem zimnym i pełnym pogardy. Składa ręce, staje na rozkraczonych nogach i wznosi twarz ku niebu.
O Panie, miej litość nad nami w naszym poniżeniu. Nie odwracaj od nas oblicza pełnego odrazy i wzgardy, ale zlituj się nad nami za sprawą swego syna, Jezusa Chrystusa.

Czyni nad tłumem znak krzyża i mocnym grosem intonuje nowa pieśń. Mnisi podnoszą się z ziemi i podejmują śpiew. Poruszeni jakąś nadludzka silą pokutnicy ponownie przystępują do biczowania przy wtórze jęków i puczu. Pochód rusza. Dołączając do niego nowi uczestnicy, ci zaś, co z sił opadli, szlochają, leżąc w pyle drogi.

Jöns pociąga piwo.
JÖNS: Przeklęta mowa o Sądzie Ostatecznym. Czy to ma być pożywka dla myśli nowoczesnego człowieka? Czy oni rzeczywiście przypuszczają, że my to bierzemy poważnie?

Zmęczony rycerz uśmiecha się.
Oczywiście teraz się pan ze mnie śmieje. Jeżeli można, chciałbym jednak zauważyć, że większość tych historyjek, które ludzie sobie opowiadają, to dla mnie żadna tajemnica. Znam je z czytania, ze słyszenia, albo nawet z własnego doświadczenia.
RYCERZ: (ziewa) Tak, tak.
JÖNS: Nawet te historie o duchach i o Bogu Ojcu, aniołach, Jezusie Chrystusie i Duchu Świętym - nawet to przyjmowałem zawsze bez większego entuzjazmu.

Wspiera się na dziewczynie, która kuli się u jego stóp, głaszcze ją po głowie. Rycerz w milczeniu popija piwo.
JÖNS: (z zadowoleniem) Mój skromny żołądek jest moim światem, moja głowa - wiecznością, a moje dłonie - to dwa cudowne słońca. Moje nogi, to cholerne wahadła czasu, a moje brudne stopy, to doskonałe punkty oparcia dla mojej filozofii. Wszystko przypomina mi czkawkę, z tą tylko różnicą, że czkawka w końcu daje człowiekowi jakąś uciechę

W kuflu pokazało się dno. Jöns, wzdychając, staje na równe nogi, a dziewczyna towarzyszy mu jak cień. Na dziedzińcu z wrzaskiem zastępuje mu drogę potężne chłopisko o ponurym wyglądzie i twarzy umorusanej sadzą.
JÖNS: Czemu robisz tyle hałasu?
PLOG Jestem kowal Plog, a ty jesteś giermek Jöns.
JÖNS: Wszystko możliwe.
PLOG Czy widziałeś moją żonę?
JÖNS: Nie widziałem. Gdybym ją jednak widział i okazałoby się, że ona jest podobna do ciebie - chciałbym o niej jak najprędzej zapomnieć.
PLOG W porządku, czyli jej nie widziałeś.
JÖNS: A może ona ci uciekła?
PLOG Wiesz coś o tym?
JÖNS: Wiem to i owo, ale nie o twojej żonie. Idź do gospody, może tam ci pomogą

Kowal ciężko wzdycha i wchodzi do gospody. Małe wnętrze pełne jest ludzi, którzy jedzą i piję, by zapomnieć o dopiero co wzbudzonym strachu przed wiecznością. Nad paleniskiem obraca się wbite na rożen prosię. Przez okno prześwieca słońce, jego ostre promienie przenikają mrok izby pełnej dymu i wyziewów.
KUPIEC: Tak, to prawda, zaraza wędruje zachodnim wybrzeżem. Ludzie padają jak muchy. O tej porze roku robi się zwykle dobry interes, teraz jednak, niech Bóg mnie skarze, nie sprzedałem ani jednej sztuki z mej trzody.
KOBIETA: Mówią o Sądzie Ostatecznym. Pojawiły się złe znaki. Z pewnej starej kobiety poczęły wyłazić robaki, odrąbane ręce i inne paskudztwo, zaś na końcu wsi inna kobieta urodziła głowę cielaka.
STARZEC: Tak, to już koniec świata.
WIEŚNIAK :Nie padało od miesiąca. Z pewnością przepadną nam zbiory.
KUPIEC: Mówię wam, ludzi ogarnia szaleństwo. Porzucają rodzinne strony i roznoszą ze sobą zarazę.
STARZEC: Oto Dzień Sądu, nic innego tylko Dzień Sądu!
WIEŚNIAK :Jeżeli jest tak, jak mówią, najlepiej zamknąć się w domu i radować się życiem do syta.
KOBIETA: Ale są jeszcze rzeczy tak okropne, że strach je nazwać po imieniu. Tak jest, strach o nich mówić. Księża gadają, że kobieta nosi je między nogami oto więc dlaczego musi się sama oczyścić.
STARZEC: Dzień Sądu. A Jeźdźcy Apokalipsy czekają już na skraju polnej drogi. Myślę, że pojawią się tu o zachodzie słońca, na sądną noc.
KOBIETA: Wielu oczyściło się w ogniu i zmarło, lecz księża mówią, że lepiej umrzeć czystym, niż żyć dla piekła.
KUPIEC: Tak, to już chyba koniec. Nikt tego nie mówi głośno, ale wszyscy dobrze wiedzą, że to już koniec i wszyscy ze strachu popadają w szaleństwo.
WIEŚNIAK Widzę, że i ty jesteś w strachu.
KUPIEC: Masz rację, boję się.
STARZEC: Sąd nastąpi w nocy. Aniołowie zejdą z wysokości, otworzą się groby aż strach będzie patrzeć.

Plog przepycha się w stronę Jofa, nadal przebranego w kostium. Naprzeciwko siedzi Raval, pochylony lekko do przodu, a z twarzy ścieka mu pot. Bawi się jakaś bransoleta.
RAVAL: Chcesz tę bransoletę? Sprzedam ją tanio.
JOF: Nie stać mnie na to .
RAVAL: Ale to czyste srebro.
JOF: Jest piękna, ale dla mnie z pewnością za droga.
PLOG Wybaczcie mi ludzie, ale czy ktoś z was nie widział mojej żony ?
JOF: A co, zginęła ci ?
PLOG Tak mówią.
JOF: I opuściła cię?
PLOG Tak jest, z aktorem.
JOF: Z aktorem ? Jeżeli ma tak zły gust, to już lepiej dać jej spokój.
PLOG Masz rację, jednak moją pierwszą my ślą było ją zabić.
JOF: Och, morderstwo, to straszna rzecz.
PLOG Chcę również zabić aktora.
JOF: Jakiego aktora ?
PLOG Tego, z którym ona zbiegła.
JOF: A co on takiego ci zrobił?
PLOG Pytasz się, jakbyś był stuknięty.
JOF: Ach, aktor ! Teraz rozumiem. Jest ich tylu, że nawet gdyby nie zrobił nic szczególnego, to chcesz go po prostu zabić dlatego, że jest aktorem.
PLOG Wiesz, moja żona zawsze przepadała za teatralnymi sztuczkami.
JOF: I to sprowadziło na nią nieszczęście.
PLOG Na nią owszem, ale nie na mnie, bo kto się już urodził pod złą gwiazdą, nie może stać się jeszcze bardziej nieszczęśliwy. Czy nie mam racji?

Do rozmowy włącza się Raval. fiest podpity, głos ma ostry i zły.
RAVAL: Siedzisz tu sobie i tak okłamujesz tego kowala.
JOF: Ja okłamuję?
RAVAL: Jesteś przecież aktorem i to niechybnie twój towarzysz uprowadził starą Ploga.
PLOG To ty jesteś aktorem?
JOF: Ja i aktor, nigdy mi to nie przyszło do głowy.
RAVAL: Powinniśmy cię zabić, to jasne.
JOF: (śmiejąc się) Jesteś naprawdę zabawny.
RAVAL: Zbladłeś nagle, czy to nie dziwne? Powiedz-no, co tam masz na sumieniu?
JOF: Jesteś zabawny. Nie uważasz, że on jest naprawdę zabawny, no nie?
RAVAL: Naznaczymy cię nożem jak zwykłego łotrzyka.

Plog wali pięściami w stół, że podskakują półmiski, wstaje.
PLOG (krzyczy) Co zrobiłeś z moją żoną?

W izbie zalega cisza. Jof rozgląda się bacznie, lecz nie widzi możliwości ucieczki. Kładzie ręce na stół. W powietrzu błysnął rzucony nóż, który wbija się w stół między palcami kuglarza.

Jof cofa gwałtownie ręce i unosi głowę. Wygląda jakby się czemuś dziwił, jakby dopiero zaczął pojmować o co chodzi.
JOF: Chcecie mnie skaleczyć? Dlaczego? Czy obraziłem kogoś, albo wszedłem komuś w drogę? Chcę tylko wyjść - i nigdy tu już nie wrócić.

Wodzi oczami po twarzach zgromadzonych, nie zwidzi jednak, by ktoś chciał mu pomóc albo wystąpić w jego obronie.
RAVAL: Wstań, by wszyscy mogli cię słyszeć. I mów głośno.

Jof, trzęsąc się, wstaje. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, nie dobył jednak z siebie ani sowa.
RAVAL: Stań na głowie, by każdy mógł ocenić, jak dobrym jesteś aktorem.

Jof włazi na stół i staje na głowie. Ktoś go popycha i Jof wali się na ziemię. Plog podrywa się i jedną ręka stawia go na równe nogi.
PLOG Co zrobiłeś z moją żoną?

Uderza go z wściekłością, Jof przelatuje wzdłuż stołu.
RAVAL: Nie jęcz tyle. Wstań i zatańcz przed nami.
JOF: Nie chcę tańczyć. Nie umiem.
RAVAL: Pokaż nam tylko jak naśladujesz niedźwiedzia.
JOF: Nie potrafię udawać niedźwiedzia.
RAVAL: Pokaż nam, czy rzeczywiście nie umiesz.

Raval ukuł go końcem noża. Jof podnosi się zlany cały zimnym potem i ledwie żywy ze strachu. Zaczyna podrygiwać, wskakiwać na stołki, wymachuje rękami i nogami, stroi zabawne miny. Ten i ów wybucha śmiechem, pozostali jednak milczą. Jof traci oddech, jakby za chwilę miał postradać płuca. Osuwa się na kolana, ktoś oblewa go piwem.
RAVAL: Na nogi! Bądź grzecznym niedźwiedziem!
JOF: Nie zrobiłem nikomu nic złego. Nie mam nawet sił, by udawać niedźwiedzia. W tym momencie otwierają się drzwi i wchodzi Jöns. Jof dostrzega szansę ucieczki, wymyka się. Raval chce go złapać, lecz staje jak wryty. Jöns i Raval spotykają się twarzą w twarz.
JÖNS: Pamiętasz, co ci obiecałem, gdy znów wpadniesz w moje ręce?

Raval cofa się bez słowa.
Jestem z tych, co dotrzymują słowa.

Jöns wyciąga nóż i piętnuje nim Ravala od czoła do policzka. Raval zatacza się pod ścianę.

*

Upalny dzień dobiega końca. Z gospody dochodzą śpiewy i pohukiwania. W kotlinie pod lasem jest jeszcze dość jasno. Ukryte w trawie i zaroślach śpiewają słowiki, ich głosy niosą się w ciszy.

W małym wąwozie stoi wóz kuglarzy, a nie opodal na suchej trawie pasie się koń. Na ziemi przed wozem siedzi Mia z synkiem w ramionach. Baraszkują ze sobą i śmieją się wesoło.

Szczyty pagórków ogarnia łagodna jasność, ostatni odblask czerwonych chmur nad morzem. W pobliżu wozu przy szachownicy siedzi rycerz. W pewnym momencie unosi głowę. Ostatni odblask oświetla ciężkie koła wozu, kobietę i dziecko.

Rycerz wstaje. Mia dostrzega go i uśmiecha się. W wyciągniętych ramionach unosi rozbrykanego synka, jakby jego widokiem chciała rozweselić rycerza.
RYCERZ: Jak mu na imię ?
MIA: Mikael.
RYCERZ: A ile ma lat ?
MIA: O, niebawem już dwa.
RYCERZ: Jest duży jak na swój wiek.
MIA: Naprawdę? Bo ja też tak uważam.

Kładzie dziecko na ziemi, unosi się nieco, by otrzepać czerwoną spódnicę. Kiedy znów siada, rycerz podchodzi bliżej.
RYCERZ: Po południu występowałaś w przedstawieniu ?
MIA: Uważasz, że było bardzo złe ?
RYCERZ: Gdy nie masz umalowanej twarzy, jesteś o wiele piękniejsza, a w tej sukni jest ci szczególnie do twarzy.
MIA: Wyobraź sobie, uciekł nam Jonas Skat. Postawił nas w trudnej sytuacji.
RYCERZ: Czy to twój mąż?
MIA: (śmieje się) Jonas ? Ależ nie, moim mężem jest ten drugi, Jof.
RYCERZ: Ach tak !
MIA: A teraz zostaliśmy sami. Musimy przecież dalej pokazywać nasze sztuczki, co przyjdzie nam z wielkim trudem.
RYCERZ: To wy i sztuczki pokazujecie?
MIA: Oczywiście, Jof jest bardzo zręcznym kuglarzem.
RYCERZ: Mikael także będzie akrobatą ?
MIA: Jof bardzo tego pragnie.
RYCERZ: A ty?
MIA: (uśmiecha się) Sama nie wiem. Kto wie, może zostanie rycerzem.
RYCERZ: Wierz mi, to żadna uciecha.
MIA: A wyglądasz na człowieka szczęśliwego.
RYCERZ: Mylisz się.
MIA: Jesteś zmęczony?
RYCERZ: Tak.
MIA: Z jakiego powodu?
RYCERZ: Mam nudne towarzystwo.
MIA: Chodzi o twego giermka?
RYCERZ: Nie, to nie o niego chodzi.
MIA: O kogo więc?
RYCERZ: O mnie samego.
MIA: Teraz już wiem.
RYCERZ: Doprawdy?
MIA: Chyba tak. Zawsze się zastanawiałam, dlaczego ludzie sami zadręczają się tak często. Bo czy nie jest tak?

Energicznie kiwa głową, a rycerz uśmiecha się gorzko. Od strony gospody wzmagają się krzyki. Na tle pokrytego trawą pagórka pojawiają się jakieś ciemne postacie. Ktoś upada, powstaje i biegnie dalej. To Jof. Mia chwyta go w wyciągnięte ramiona. Jof zatacza się, przykłada jej ręce do swej twarzy, szlocha jak dziecko. Mia tuli go do siebie i przestraszona zasypuje krótkimi pytaniami.
MIA: Co się stało? Co z tobą? Co to wszystko znaczy? Jesteś ranny? Znęcali się nad tobą?

Mia biegnie po szmaty, macza je w wodzie i troskliwie obmywa brudną i skrwawioną twarz męża. W końcu ukazuje się oblicze, prawdę powiedziawszy, dość bolesne. Z rany na czole i z nosa cieknie mu krew, obluzował się jakiś ząb, większych jednak obrażeń nie widać.
JOF: Och, jak boli!
MIA: Po coś tam właściwie łaził? I do tego piłeś.

Przestrach Mii przemienia się w łagodny gniew. Ociera męża ręką bardziej szorstko niż trzeba.
JOF: Nie wypiłem ani kropelki.
MIA: W takim razie przechwalałeś się znów swoją znajomością z aniołami i diabłami. A ludzie nie znoszą takich, co mają za dużo pomysłów i fantazji.
JOF: Przysięgam, że o aniołach nie pisnąłem nawet słówka.
MIA: Ale skorzystałeś na pewno z okazji, by śpiewać i tańczyć. Ani przez chwilę nie przestajesz być aktorem. Ludzie tego również nie lubią - i ty o tym wiesz.

Jof nie odpowiada, szuka bransolety. Wręcza ją żonie z obrażoną miną.
JOF: Zobacz, co ci kupiłem.
MIA: Przecież nie stać cię na to.
JOF: A jednak ci przyniosłem.

Bransoleta lekko błyszczy w mroku. Mia zakłada ją na rękę. Przypatruje się jej w milczeniu, ich twarze rozjaśniają się. Patrzą na siebie, chwytają się za ręce. Jof tuli się do Mii i wzdycha.
JOF: Och, jak mnie strasznie potłukli.
MIA: A dlaczegoś im nie oddał?
JOF: Byłem przestraszony i zły, a poza tym nigdy nie umiałem oddawać z nawiązką. Ale że potrafię być zły, to ty wiesz już najlepiej. Ryczałem jak lew.
MIA: I zlękli się ?
JOF: Wprost przeciwnie, śmiali się.

Mikael raczkuje w ich stronę. Jof kładzie się na ziemi i sadowi synka na sobie. Mia klęka, opiera się na rękach i żartobliwie obwąchuje malca.
MIA: Zauważyłeś jak on cudownie pachnie?
JOF: A jaki postawny! Jest bardzo silny. Prawdziwy akrobata.

Podnosi Mikaela i trzyma go wysoko za nogi. Mia ogląda się nagle, przypomina sobie obecność rycerza.
MIA: Oto Jof, mój mąż.
JOF: Dobry wieczór.
RYCERZ: Dobry wieczór.

Jof wstaje, jest wyraźnie zakłopotany. Cala trójka obserwuje się w milczeniu.
RYCERZ: Właśnie mówiłem twojej żonie, że macie wspaniałego syna. Przysporzy wam wiele radości.
JOF: Tak, jest wspaniały.

I znów zapada milczenie.
JOF: Czy nie mamy czym gościa poczęstować?
RYCERZ: Dziękuję, niczego mi nie brak.
MIA: (z zapraszającym gestem) Po południu uzbierałam koszyk poziomek. Mamy też trochę świeżego mleka od krowy...
JOF: Gdybyś więc zechciał zasiąść z nami do skromnego posiłku, bylibyśmy naprawdę zaszczyceni.
MIA: Siadajcie, proszę, zaraz coś przyniosę. Siadają, Mia odchodzi wraz z Mikaelem.
RYCERZ: Dokąd się teraz udajecie?
JOF: Do Elsynoru, na uroczystość świętych patronów.
RYCERZ: Nie radziłbym wam jechać w te okolice.
JOF: Dlaczego, jeśli można wiedzieć?
RYCERZ: Zaraza rozszerza się właśnie w tym kierunku, wzdłuż południowego wybrzeża. Mówią, że giną tam dziesiątki tysięcy ludzi.
JOF: No tak, życie bywa czasami okrutne.
RYCERZ: Chciałbym wam coś doradzić...

Jof spogląda na niego zdziwiony.
...byście tej nocy udali się wraz ze inną drogą przez las, a jeśli zechcecie byście zatrzymali się u mnie w gościnie. Moglibyście też posuwać się wschodnim wybrzeżem, tam jest bardziej bezpiecznie.

Mia powraca z półmiskiem poziomek i z mlekiem. Wręcza każdemu łyżkę.
JOF: Życzę wam dobrego apetytu. RYCERZ: Pokornie dziękuję.
MIA: Te poziomki pochodzą z pobliskiego lasu. Nie widziałam jeszcze tak dużych. Rosną na zboczu pagórka. Przekonajcie się jak pachną.

Z uśmiechem bierze łyżkę. Rycerz kiwa głowa, jakby się głęboko nad czymś zastanawiał. Jof zajada z apetytem.
JOF: Twoje rady są dobre, muszę to jednak przemyśleć.
MIA: Byłoby rzeczą rozsądną przebyć ten las wspólnie. Mówią, że pełno tam skrzatów, duchów i opryszków. Tak słyszałam.
JOF: (z przejęciem) Nie powiem, żeby to była zła myśl, ale to przede wszystkim moje zmartwienie. Teraz, gdy Skat nas opuścił, odpowiadam za całą trupę. Ostatecznie ja zostałem głową całego zespołu.
MIA: (naśladuje męża) Ostatecznie to ja zostałem głową całego zespołu.

Od strony wzgórza powoli zbliża się Jöns w towarzystwie dziewczyny.
MIA: (zachęcająco) Skosztujecie moich poziomek?
JOF: Ten człowiek uratował mi życie. Siądź przyjacielu i zostań z nami.
MIA: (przeciąga się) Och, jakie życie jest piękne.
RYCERZ: Niestety, nie zawsze.
MIA: No, prawie zawsze. Dni są do siebie bardzo podobne. I nic w tym dziwnego. Lato oczywiście jest lepsze od zimy, bo ciepło. Najpiękniej jednak jest wiosną.
JOF: Napisałem wiersz o wiośnie. Pewnie chcielibyście go usłyszeć. Przyniosę tylko moją lirę. Szybko biegnie do wozu.
MIA: Proszę cię, Jof, nie teraz. Twoja śpiewka może naszym gościom nie przypaść do gustu.
JÖNS: (dwornie) Ależ proszę bardzo, sam układam piosenki. Na przykład ucieszną piosenkę o rozpustnej rybce. Pewnie jej jeszcze nie znacie?

Rycerz strofuje go wzrokiem.
JÖSNS Tym razem jednak jej nie zaśpiewam. Są tu osoby, które nie doceniają mej sztuki, a ja nie chciałbym nikogo urazić. Jestem istotą wrażliwą.

Podchodzi Jof z lirą, siada na kolorowej skrzynce, brzdąka w struny i przypomina sobie melodię. Jöns, ziewając, wyciąga się na ziemi.
RYCERZ: Ludzie mają wiele zmartwień.
MIA: Ale znoszą je lepiej we dwoje. Czy ty nie masz kogoś bliskiego ?
RYCERZ: Tak, chyba miałem kogoś.
MIA: A teraz co się z tą osobą dzieje?
RYCERZ: Nie wiem.
MIA: Jesteś jakiś smutny. Czy to była kochana kobieta ?
RYCERZ: Byliśmy świeżo upieczonym małżeństwem, dni upływały nam na zabawie. Cieszyliśmy się naszym szczęściem. W pieśniach opiewałem jej oczy, nos, jej piękne, małe uszy. Chodziliśmy razem na polowania, a noce spędzaliśmy na tańcach. Cały dom był pełen życia...
MIA: Masz jeszcze ochotę na poziomki?
RYCERZ: (zaprzecza ruchem głowy) Wiara jest udręczeniem, rozumiesz mnie ? To tak, jakby się kochało kogoś, co przebywa gdzieś w ciemności i nigdy nie stanie przy tobie, choćbyś nie wiem jak głośno go wzywał.
MIA: Nie rozumiem, co masz na myśli.
RYCERZ: Kiedy tak siedzę z tobą i z twoim mężem, wszystko to, co tu opowiadałem, staje się jakieś nierealne i bez znaczenia.

Bierze miskę z mlekiem i pociąga kilka dużych łyków. Troskliwie stawia naczynie na ziemi i spogląda na nich z uśmiechem.
MIA: Teraz już nie jesteś taki smutny.
RYCERZ: Zapamiętam tę chwilę. Tę ciszę, ten zmierzch, naczynia wypełnione poziomkami i mlekiem, wasze twarze w świetle wieczoru, śpiącego Mikaela i Jofa z lirą. Chciałbym też zapamiętać, cośmy tutaj mówili. Pamięć o tym chciałbym troskliwie ująć w ręce, jak miskę napełnioną po brzegi świeżym mlekiem.

Odwraca głowę, spogląda na morze i bezbarwne, szare niebo.
No, na mnie już czas.

Wstaje, kiwa im głową na pożegnanie i odchodzi w stronę lasu. Jof w dalszym ciągu gra na lirze. Mia wyciąga się na trawie. Rycerz zabiera szachy i udaje się na brzeg morza. Jest cicho i pusto, na morzu panuje spokój.
ŚMIERĆ: Czekałam na ciebie.
RYCERZ: Wybacz mi. Zatrzymałem się na chwilę. Odkryłem ci moją taktykę, znajduję się więc w odwrocie. Teraz twój ruch.
ŚMIERĆ: Z czegoś taki zadowolony?
RYCERZ: To tajemnica.
ŚMIERĆ: Oczywiście. Zabieram ci konia.
RYCERZ: Niech będzie.
ŚMIERĆ: Zwiodłeś mnie?
RYCERZ: A jakże. Wpadłaś w pułapkę. Szach!
ŚMIERĆ: Z czego tak się cieszysz?
RYCERZ: Nie zwracaj uwagi na mój śmiech, za troszcz się raczej o swego króla.
ŚMIERĆ: Jesteś dość arogancki.
RYCERZ: Ta gra sprawia mi przyjemność.
ŚMIERĆ: Twój ruch. Pospiesz się, zależy mi trochę na czasie.
RYCERZ: Rozumiem, że masz co nieco do zrobienia, ale nie wolno ci przerywać gry. To wymaga czasu.

Śmierć pragnie coś odpowiedzieć, wstrzymuje się jednak i pochyla nad szachownica. Rycerz uśmiecha się.
ŚMIERĆ: Czy nie zamierzasz przypadkiem przeprowadzić przez las kuglarza i jego żony ? Nazywają się Jof i Mia, mają małego synka.
RYCERZ: Dlaczego się pytasz ?
ŚMIERĆ: Ot, tak sobie.

Rycerz przestaje się uśmiechać. Śmierć spogląda nań z pogardą.

*

Tuż po zachodzie słońca na dziedzińcu gospody stanęła gromadka ludzi : rycerz, Jöns z dziewczyną, a w wozie Jof i Mia. Ich synek Mikael nadal śpi. Nie zjawił się tylko Jonas Skat. Jöns wchodzi do gospody, by zaopatrzyć się w żywność i pociągnąć ostatni łyk piwa. W gospodzie jest cicho i pusto, jedynie w kącie gromada parobków i folwarcznych dziewek spożywa wieczerzę. Pod małym oknem przy dzbanie wódki samotnie siedzi przygnębiony jegomość. Na twarzy sama rozpacz. Raz po raz wstrząsa nim potężne tkanie. To kowal Plog siedzi tak sobie i szlocha.
JÖNS: Jak mi Bóg miły, czy to nie kowal Plog ?
PLOG Dobry wieczór.
JÖNS: Tak sobie beczysz w samotności?
PLOG Tak, przyjrzyj się kowalowi, który tu jęczy tak jak królik.
JÖNS: Na twoim miejscu byłbym raczej szczęśliwy, że w tak prosty sposób mogłem się pozbyć żony.
Jöns klepie kowala po plecach, siada przy nim i piwem gasi pragnienie.
PLOG A ty jesteś żonaty?
JÖNS: Ja? Po stokroć i więcej. Nie mogę się już moich żon doliczyć. Dla mężczyzny, który dużo podróżuje, to normalne.
PLOG Wierz mi, jedna żona jest gorsza od stu, chyba że mnie spotkał gorszy los niż jakiegokolwiek innego nieszczęśnika na tym nędznym świecie - co nie jest wcale wykluczone.
JÖNS: Tak, z kobietami piekło, ale bez nich - też piekło. Jakby więc nie było, najlepiej uśmiercać je w najprzyjemniejszym momencie.
PLOG Babskie zrzędzenie, wrzask dzieciarów, mokre pieluchy, ostre pazury i ostre słowa, bicie i szturchańce oraz ciotka diabła jako teściowa. A potem, kiedy masz ochotę zasnąć po znojnym dniu, inna melodia : łzy, łkanie i lamenty tak głośne, że mogą zbudzić umarłego.

Jöns przytakuje skwapliwie. Jest już porządnie zalany, odzywa się głosem staruchy.
JÖNS: Dlaczego nie całujesz mnie na dobranoc?
PLOG (idzie w jego ślady) Dlaczego nie zaśpiewasz mi jakiejś piosenki?
JÖNS: Dlaczego nie kochasz mnie tak mocno jak za pierwszym razem?
PLOG Dlaczego nie zauważasz mojej nowej koszuli?
JÖNS: Odwracasz się do mnie plecami i chrapiesz.
PLOG Do wszystkich diabłów!
JÖNS: Do wszystkich diabłów! A teraz sobie poszła. Co za radość!
PLOG (z wściekłością) Szczypcami poucinałbym im uszy, młotkiem pogruchotałbym ich klatki piersiowe, a wielkim młotem postukałbym po głowach.

Plog zaczyna wrzeszczeć, a jego ciałem wstrząsa potężny atak rozpaczy. Jöns przygląda mu się bacznie.
JÖNS: Ludzie, on znowu wyje.
PLOG Kto wie, może ją kocham.
JÖNS: No oczywiście, pewnie ją kochasz. Mówię ci więc, ty głupia nogo wieprzowa, że miłość to nic innego jak żądza, żądza i tylko żądza. Cholerna mieszanina oszustwa, fałszu, kłamstwa i wszelkich możliwych błazeństw.
PLOG No tak, ale to boli.
JÖNS: A jakże. Miłość to najczarniejsza z plag i szczęśliwy ten, kogo ona od razu zabija. Ale ty chyba to przeżyjesz ?
PLOG Nie, nigdy w świecie.
JÖNS: Tak jest, przeżyjesz to. Tylko nielicznych biedaków miłość zabija natychmiast. Jest zaraźliwa jak katar nosa. Niszczy twe siły, twą niezależność i twoje zasady oczywiście jeżeli je posiadasz. Jeżeli na tym niedoskonałym świecie wszystko jest niedoskonałe, to miłość jest najbardziej doskonała w swej doskonałej niedoskonałości.
PLOG Tobie to dobrze. Trawisz same gładkie słowa i nawet wierzysz w te brednie.
JÖNS: Wierzę ? Kto ci to mówił ? Ja prostu lubię dawać dobre rady. Jeżeli zwrócisz się do mnie po dobrą radę, to za jedną jedyną opłatą dam ci aż dwie rady, bo poza wszystkim jestem naprawdę wykształconym człowiekiem.

Jöns podnosi się ze stołka i rękami przeciera twarz. Plog bardziej jeszcze pogrąża się w nieszczęściu, chwyta się za pas.
PLOG Słuchaj, Jöns! Czy mogę pójść z wami przez las? Czuję się taki opuszczony, a nie chcę wracać do domu, bo wszyscy będą się ze mnie śmiać.
JÖNS: Stawiam ci tylko jeden warunek: w lesie nie będziesz beczeć. Inaczej wszyscy od ciebie uciekną.

Plog staje i ściska Jönsa. Pijani, dwaj nowi przyjaciele, zmierzają w stronę drzwi. Na dziedzińcu dostrzega ich Jof. Wpada w złość i krzykiem ostrzega Jönsa.
JOF: Uważaj, Jöns, ten typ ma w głowie tylko bijatyki. Jest chyba stuknięty.
JÖNS: Teraz jednak płacze jak dziecko.

Plog postępuje w kierunku bladego ze strachu sofa i podaje mu rękę.
PLOG Wybacz mi, jeśli cię skrzywdziłem. Byłem jednak, jak wiesz, w piekielnym nastroju. Podaj mi więc dłoń.

Jof skwapliwie acz ze strachem wyciąga prawicę, którą Plog potrząsa ż miażdży. W czasie gdy Jof próbuje rozprostować palce, Plog, ożywiony przypływem serdeczności, otwiera ramiona.
PLOG Pójdź braciszku w moje ramiona.
JOF: Dzięki, dzięki, może jednak później. Teraz naprawdę nie mamy czasu.

*

Jof szybko wdrapuje się na wóz i cmoka na konie. Gromadka podróżnych wstępuje na drogę do lasu, w stronę nocy. W lesie panują ciemności. Na przedzie, na swym rosłym koniu podąża rycerz, potem sof i Mia, przytuleni do siebie na wozie. Mia w ramionach tuli synka. Za nimi, na objuczonym koniu posuwa się Jöns, który na linie prowadzi kowala. Dziewczyna siedzi na koniu za Jönsem, kiwa się jak we śnie.

Odgłosy kroków, ciężkie stąpanie koni po piaszczystej drodze, oddechy ludzi, wszystko niemal w ciszy. Potem zza chmur wypływa księżyc, las ożywa w swej nocnej baśniowości. Przez gęste listowie buków .przenikają jasne promienie ruchliwy, rozedrgany świat blasków i cieni.

Podróżni zatrzymuje się. Ich oczy pociemniały od lęku i złych przeczuć. W migotliwym świetle twarze mają blade i nierzeczywiste. Panuje głęboka cisza.
PLOG Księżyc już wyszedł zza chmur.
JÖNS: To dobrze, oświetli nam drogę.
MIA: Nie podoba mi się księżyc tej nocy.
JOF: Drzewa stoją zupełnie bez ruchu.
JÖNS: To dlatego, że nie ma wiatru.
PLOG Jemu chodziło chyba o to, że drzewa stoją zbyt spokojnie.
JOF: I jest zupełnie cicho.
JÖNS: Można by nawet usłyszeć odgłos skradającego się lisa.
JOF: Albo sowy.
JÖNS: Lub, poza własnym, głos drugiego człowieka.
DZIEWYCZYNA Podobno to niebezpieczne stać bez ruchu w świetle księżyca.

Wtem z ciszy i bladego światła, oświetlającego leśną drogę, wylania się wóz widmo. To czarownica odbywa swą drogę na stos. Otacza ją ośmiu żołnierzy, którzy wloką się ociężale, z lancami na plecach. Dziewczyna siedzi na wozie, spętana wokół szyi i ramion żelaznymi łańcuchami. Stale wpatruje się w jasność księżyca. Obok niej siedzi czarna postać - mnich z opuszczonym na twarz kapturem.
JÖNS: Dokąd idziecie?
ŻOŁNIERZ: Na miejsce straceń.
JÖNS: Tak, teraz poznaję. To dziewczyna, która czyniła te rzeczy z diabłem. To wiedźma?

Żołnierz przytakuje ponuro. Wędrowcy ruszają niezdecydowanie. Rycerz kieruje swego konia w stronę wozu. Czarownica wydaje się na wpół przytomna, oczy ma szeroko otwarte.
RYCERZ: Widzę, że poranili ci ręce?

Czarownica kieruje swą bladą, dziecięcą twarz ku rycerzowi i potakuje głową.
RYCERZ: Mam tutaj lekarstwo, które uśmierzy twój ból.

Dziewczyna ponownie kiwa gzową.
JÖNS: Dlaczego zamierzacie ją spalić właśnie w nocy? Ostatnio ludzie mają tak mało rozrywek.
ŻOŁNIERZ: Na miłość boską, milcz! Mówią, że gdziekolwiek się udaje, szatan jest zawsze z nią.
JÖNS: Jest was w końcu ośmiu chłopa na schwał.
ŻOŁNIERZ: Mamy co prawda dobry żołd, ale tę pracę wykonujemy na ochotnika.

Mówi to szeptem, spoglądając z przestrachem na czarownicę.
RYCERZ: (do wiedźmy) Jak się nazywasz?
TYAN: Tyan, mój panie.
RYCERZ: Ile masz lat ?
TYAN: Czternaście, mój panie.
RYCERZ: Prawda to, że trzymasz z diabłem ?

Tyan przytakuje ruchem głowy i spogląda przed siebie. Zbliżają się do granic parafii. U stóp pagórka widać rozstaje. Na środku leśnej polany wznosi się stos. Podróżni zatrzymują się, pełni wahania i ciekawości. Żołnierze uwiązują konia, z wozu zdejmują dwie belki, przybijają do nich poprzeczne szczeble. Powstaje coś w rodzaju drabiny, do której przywiązują dziewczynę jak rozpiętą do wysuszenia skórę węgorza. W całym lesie słychać odgłosy wbijanych gwoździ. Rycerz zsiada z konia i podchodzi do wozu. Ponownie próbuje spojrzeć dziewczynie w oczy, dotyka jej lekko, jakby chciał ją zbudzić. Tyan obraca ku niemu swą twarz.
RYCERZ: podobno trzymałaś z diabłem.
TYAN: Czemu o to pytasz ?
RYCERZ: Nie z ciekawości, lecz z powodów bardzo osobistych. Chciałbym go również spotkać.
TYAN: Dlaczego ?
RYCERZ: Chciałbym go spytać o Boga. On przecież musi wiedzieć.
TYAN: Możesz go ujrzeć w każdej chwili.
RYCERZ: W jaki sposób ?
TYAN: Uczyń, co ci każę.

Rycerz tak silnie chwyta kratę wozu, że aż bieleją mu napięstki. Tyan po chyla się do przodu i spogląda mu w oczy.
TYAN: Spójrz mi w oczy.

Rycerz napotyka jej wzrok. Długo wpatrują się w siebie.
TYAN: Czy widzisz go ?
RYCERZ: W twoich oczach widzę tylko strach. Pusty, obezwładniający strach i nic więcej.

Rycerz milknie. Żołnierze krzątają się przy stosie, odgłosy ich motków rozchodzą się po lesie.
TYAN: Nic, naprawdę nic?
RYCERZ: ( przeczy ruchem głowy) Nic.
TYAN: Mnie zaś on towarzyszy na każdym kroku. Wystarczy tylko, że wyciągnę rękę przed siebie, a już mnie dotyka. Teraz też mnie nie opuścił. Będzie mnie chronić od złego.
RYCERZ: Obiecał ci to?
TYAN: Sama to wiem.
RYCERZ: Obiecał ci?
TYAN: Wiem, wiem to sama. Koniecznie musisz go tu gdzieś dojrzeć. Księża nie mają żadnych trudności, by go wypatrzeć, żołnierze również. Tak się go boją, że nie odważą się mnie dotknąć.

Stukot młotków ustaje. Żołnierze stoją jak czarne cienie wrośnięte w podściółkę lasu. Grzebią się z łańcuchami, wloką żelazną obrożę. Tyan jęczy z cicha, jej glos dochodzi jakby z oddali.
RYCERZ: Dlaczego pogruchotaliście jej ręce?
ŻOŁNIERZ: (szorstko) To nie my.
RYCERZ: A kto?
ŻOŁNIERZ: Spytaj mnicha.

Żołnierze zakładają dziewczynie obrożę i łańcuchy. Ogolona głowa Tyan kiwa się, jaśnieje w świetle księżyca. Sczerniałe usta otwierają się do krzyku, ale żaden dźwięk z nich się nie wydobywa. Ściągają ją z wozu i wiodą w stronę stosu. Rycerz zwraca się do mnicha, który nadal siedzi na wozie.
RYCERZ: Coście zrobili z tym dzieckiem?
ŚMIERĆ: (odwraca się i spogląda rycerzowi w oczy) Czy nigdy nie przestaniesz zadawać pytań ?
RYCERZ: Nie, nigdy.

Żołnierze przywiązuje Tyan łańcuchami do drabiny. Dziewczyna poddaje się z rezygnacji, skomli cicho jak zwierzę, jej ciało zwisa bezwładnie. Żołnierze odchodzi, by podpalić stos. Rycerz pochyla się nad dziewczyn.
JÖNS: Przez chwilę myślałem o tym, by pozabijać żołnierzy, ale to by nie miało sensu. Ona już kona .

Zbliża się jeden z żołnierzy. Ze stosu dobywają się kłęby dymu, ogarniaj milczące cienie u stóp pagórka, na rozstaju dróg.
ŻOŁNIERZ: Ostrzegałem cię przecież. Nie zbliżaj się do niej .

Rycerz nie słucha ostrzeżeń. Ze skórzanego worka bierze w garść wody i podaje Tyan. Podaje jej również jakąś miksturę.
RYCERZ: To uśmierzy ból.

Ogarniają ich kłęby dymu, wszyscy poczynają kaszleć. Żołnierze podnoszą drabinę, opierając ją o pobliską jodłę. Tyan zwisa bezwładnie z szeroko otwartymi oczami. Rycerz prostuje się i staje nieruchomo. Za nim stoi Jöns, którego głos drży od gniewu.
JÖNS: Co ona widzi ? Możesz mi to powiedzieć ?
RYCERZ: (przeczy ruchem głowy) Ona nie czuje już bólu.
JÖNS: Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Kto troszczy się o to dziecko ? Aniołowie czy Bóg ? Albo szatan ? A może istnieje tylko pustka. Pustka, mój panie.
RYCERZ: To niemożliwe.
JÖNS: Spójrz w jej oczy, panie. Jej biedny umysł już dokonał odkrycia: pustka wobec księżyca.
RYCERZ: Nie.
JÖNS: Stoimy tu bezsilnie z opuszczonymi rękami, widzimy bowiem, co ona widzi - i jak ona jesteśmy bezsilni. To biedne, małe dziecko ! Nie mogę, nie mogę.

Głos zamiera mu w gardle. Jöns szybko odchodzi na bok. Rycerz dosiada konia. Podróżni mijają rozstaje. Tyan zamyka oczy. W lesie panują głębokie ciemności. Droga wije się między drzewami. Wóz sofa skrzypi i podskakuje na kamieniach i wykrotach. Krzyczy nocny ptak. Jof budzi się i unosi głowę. Spał, trzymając Mię w objęciach.

Postać rycerza rysuje się wyraziście na tle drzew. Jego milczenie czyni go jeszcze bardziej nierzeczywistym. Podchmieleni Jöns i Plog spierają się nawzajem. Nagle Plog siada na ziemi, zakrywa twarz rękami i poczyna rozdzierająco beczeć.
PLOG Ojej, znów mnie to nachodzi!
JÖNS: Nie rycz. Co ci się znów stało?
PLOG Moja żona, do cholery! Taka piękna, jest tak piękna, że nie sposób jej opisać bez towarzyszenia liry.
JÖNS: No tak, znów się zaczyna.
PLOG Jej uśmiech jest jak woda życia. Jej oczy błyszczą jak jeżyny...

Szuka stosownych wyrażeń, gestykuluje bezładnie potężnymi łapami.
JÖNS: Stawaj, ty łzami sikająca świnio. Gotowiśmy jeszcze zabłądzić.
PLOG Masz rację, tak jest. Jej nos - różowy pomidorek, a tyłeczek jak soczysta gruszka. A cała jest jak zagon truskawek. Widzę ją ciągle przed sobą, z rękami jak cudowne ogórki.
JÖNS: O święci pańscy, zamilknij ! Chociaż zalałeś się zdrowo, poeta z ciebie paskudny. A ten twój ogród warzywny po prostu mnie mdli.

Wędrują przez otwartą łąkę. Jest tu nieco widniej. Księżyc błyszczy jasno na czystym niebie. Nagle Plog wskazuje coś paluchem na skraju lasu.
PLOG Spójrz.
JÖSNS Co tam widzisz?
PLOG Tu, o tu !
JÖNS: Nic nie widzę.
PLOG Trzymajcie się przyjaciele ! Wasza godzina wybiła. Kogóż to ja widzę tam pod lasem? Czyżby to moja ślicznotka ze swoim gachem?

Kochankowie dostrzegają Ploga, ale niestety za późno. Nie ma drogi odwrotu. Skat próbuje wzuć nogi za pas. Plog ściga go, wymachuje młotem, ryczy jak wściekły odyniec. W ciągu tych pełnych napięcia chwil przeciwnicy potykają się o kamienie i krzaki na tle mrocznego lasu. Pojedynek zapowiada się wręcz sensacyjnie, obaj bowiem są jednakowo przestraszeni. Podróżni w milczeniu obserwują to pasjonujące widowisko. Liza piszczy od czasu do czasu, bardziej z obowiązku niż z konieczności.
SKAT: (zziajany) Ty nędzny, łysy bękarcie siedmiu parszywych suk. Gdybym to ja znajdował się w tych wszawych łachmanach, ogarnąłby mnie taki wstyd z powodu mego oddechu, mego głosu, moich rąk i nóg z powodu całej mojej powierzchowności, że natychmiast uwolniłbym naturę od swego haniebnego jestestwa.
PLOG (wściekle) Pilnuj się, ty łajzo perfumowana, iżbym nie pierdnął, by tym sposobem zdmuchnąć cię w krąg piekła dla aktorów, gdzie będziesz mógł siedzieć i wygłaszać swoje monologi dopóty, dopóki zły z uszu siarki ci nie puści.

Liza rzuca się mężowi na szyję.
LIZA Przebacz mi, mężulku kochany, nigdy więcej tego nie zrobię. Okropnie mi przykro, ale nie wyobrażasz sobie, jak strasznie mnie ten człowiek oszukał.
PLOG Zatłukę go, choćby nie wiem co.
LIZA Tak jest, zabij go. To istny potwór!
JÖNS: To tylko aktor, u diabła.
LIZA Ma sztuczną brodę, sztuczne zęby, sztuczny uśmiech, wyuczone słówka, a jest pusty jak garnek. Najlepiej go zabij.

Poczyna łkać w zdenerwowaniu i rozpaczy. Plog rozgląda się bezradnie, Skat wykorzystuje jego wahanie, wyjmuje sztylet i kieruje go prosto w swoją pierś.
SKAT: Ona ma rację! Zabij mnie! Mylicie się, sądząc, że próbowałem się wywyższać nad innych.
LIZA Spójrz, jaki on wstrętny, jak robi z siebie idiotę, jakie stroi miny. Kochany Plog, zabij go !
SKAT: Wystarczy jeden cios przyjaciele, a to co było we mnie nierzeczywiste, przemieni się niebawem w nową, solidną rzeczywistość. W namacalną rzeczywistość trupa.
LIZA Zrób coś, zabij go !
PLOG (zakłopotany) Musi walczyć, inaczej nie potrafię go zabić.
SKAT: Nić twego życia rwie się na strzępy. Twój dzień idioto, ma się ku końcowi. PLOG Jeszcze trochę, a znów wpadnę we wściekłość.
Skat obrzuca wszystkich spojrzeniem pełnym bólu, a następnie wznosi oczy ku nocnemu niebu.
SKAT: Wybaczam wam. Zmówcie czasem za mnie pacierze.

Wbija sobie sztylet w pierś i wolno osuwa się na ziemię. Podróżni stoją oniemiali. Plog próbuje go ratować.
PLOG O rany boskie, nie myślałem tak źle ! Patrzcie, on już całkiem nie żyje. A już zaczynałem go lubić. Nie ma co, Liza była chyba zbyt mściwa.

Jof pochyla się nad kompanem.
JOF: Martwy, całkowicie i kolosalnie martwy. Faktycznie, nigdy jeszcze nie widziałem tak martwego aktora.
LIZA Chodźmy, nie ma nad czym rozpaczać. Sam był sobie winny.
PLOG I pomyśleć, kogo ja poślubiłem. JÖNS: Musimy już iść.

Skat leży ze sztyletem w piersi. Podróżni oddalają się, mijają łąkę i wchodzi w ciemny las. Kiedy Skat ma już pewność, że nikt go nie widzi, siada i wyjmuje sztylet z piersi. Ten sztylet, to kuglarski rekwizyt, którego ostrze chowa się w rękojeści. Skat śmieje się do siebie.
SKAT: To była doskonała scena. Naprawdę dobry ze mnie aktor. Czyż to w końcu nie powód do zadowolenia? Ale dokąd tu pójść? Najlepiej poczekam aż się rozwidni, a potem znajdę krótszą drogę z lasu. Teraz jednak wdrapię się na drzewo, by jakiś niedźwiedź, lub wilk, lub duch nie mógł mnie dosięgnąć.

Wybiera odpowiednie drzewo, wdrapuje się na sam wierzchołek, usadawia się możliwie wygodnie i sięga do zawiniątka z pożywieniem.
SKAT: (ziewa) Jutro odszukam Jofa i Mię i już razem udamy się na uroczystość świętych patronów do Elsynoru. Zarobimy tam dużo pieniędzy. A teraz zaśpiewam sobie dla otuchy piosenkę.
Jestem sobie ptaszę małe, Śpiewam swoją piosnkę,
A gdy wpadnę gdzieś w kabałę, Posikuję troszkę.
SKAT: (mówi) Nudno samemu w lesie pośród nocy.
SKAT: (śpiewa) Ta straszna noc nie trwoży mnie...

Urywa nagle, nadsłuchując. W ciszy słychać wyraźnie odgłos piły.
SKAT: Oho, jacyś drwale. Wszystko w porządku.
(śpiewa) Ta straszna noc nie trwoży mnie... Hej, do diabła, to przecież ścinają moje drzewo.

Wynurza głowę z gałęzi. W dole dostrzega ciemną postać, która żwawo macha pile tuż u nasady pnia. Skata ogarnia strach i gniew.
SKAT: Hej, ty ! Słyszysz mnie, przeklęty bękarcie? Co wyprawiasz z moim drzewem ?

Piłowanie nie ustaje. Skata ogarnia coraz większy lęk.
SKAT: Czy możesz mi wreszcie odpowiedzieć ? Grzeczność wiele nie kosztuje. Kto ty właściwie jesteś ?

Śmierć prostuje plecy i zerka z ukosa. Skat wydaje okrzyk przerażenia.
ŚMIERĆ: Ścinam to drzewo, bo już nadszedł twój czas.
SKAT: To przecież niemożliwe. Jestem bardzo zajęty.
ŚMIERĆ: Doprawdy nie masz czasu ?
SKAT: Tak jest, śpieszę się na występy.
ŚMIERĆ: Zostały odwołane z powodu śmierci.
SKAT: A moja umowa ?
ŚMIERĆ: Umowa została rozwiązana.
SKAT: Moje dzieci, moja rodzina.
ŚMIERĆ: Nie wstyd ci Skat ?
SKAT: O tak, strasznie się wstydzę.

Śmierć powraca do piłowania. Drzewo poczyna trzeszczeć.
SKAT: Czy nie ma jakiejś drogi wyjścia ? Czy aktorzy nie mają jakiegoś przywileju?
ŚMIERĆ: Nie w tym wypadku.
SKAT: Żadnej ulgi, żadnego wyjątku ?

Śmierć piłuje.
SKAT: A może wzięłabyś łapówkę ?

Śmierć piłuje.
SKAT: Ratunku!

Śmierć piłuje.
SKAT: Ratunku ! Ratunku !

Drzewo pada. W lesie zalega cisza.

*

Noc przechodzi w świt. Podróżni dotarli do polany i zmęczeni ułożyli się na mchu. Leżą bez ruchu, wsłuchując się we własne oddechy, bicie serc i szum wiatru pośród drzew. Las tutaj dziki i gęsty. Potężne głazy tkwią w ziemi jak głowy czarnych olbrzymów. Zwalone drzewo swoim ogromnym pniem tworzy granicę między światłem a cieniem.

Mia, Jof wraz z dzieckiem usiedli nieco na boku. Spoglądają na księżyc, którego promienie nie są już tak przenikliwe i zimne, ale nadal tajemnicze i migotliwe. Rycerz siedzi pochylony nad szachownicą. Liza pojękuje cicho za plecami Ploga. Jöns leży na ziemi i patrzy w niebo.
JÖNS: Niebawem nastąpi świt, ale skwar ciągle wisi nad nami jak gęsta chmura.
LIZA Tak się boję.
PLOG Czuję, że coś się wydarzy, nie wiem tylko co.
JÖNS: Kto wie, może Dzień Sądu.
PLOG Dzień Sądu...

Coś się poruszyło za zwalonym drzewem. Jakiś szelest i skomlenie jakby zranionego zwierzęcia. Wszyscy zwracają głowy w tamtym kierunku. Te odgłosy dobiegają z ciemności.
RAVAL: Czy macie choć kroplę wody?

Ukazuje się na chwilę spocona twarz Ravala, znika natychmiast, ale jego głos nadal słychać.
RAVAL: Czy możecie mi dać choć odrobinę wody? Dosięgła mnie zaraza.
JÖNS: Nie podchodź bliżej, bo poderżnę ci gardło.
RAVAL: Boję się śmierci.

Nikt mu nie odpowiada, zalega głęboka cisza. Raval chwyta z trudem powietrze. Każdy jego ruch powoduje szelest liści.
RAVAL: Nie chcę umierać ! Nie chcę...

Nikt nie odpowiada. Twarz Ravala ponownie ukazuje się na tle pnia : oczy wybałuszone, z ust toczy się piana.
RAVAL: Zlitujcie się, pomóżcie mi ! Powiedzcie choć słowo !

Słychać jeno szum drzew.
RAVAL: Ludzie, przecież ja umieram ! Co ze mną będzie ? Nikt mnie nie pożałuje ? Ani krzty litości ? Czy nie widzicie...

Jego słowa przechodzą w charkot. Znika za pniem drzewa. Przez chwilę zalega cisza.
RAVAL: (szeptem) Czy nikt... choć kropelkę wody...

Na te słowa dziewczyna powstaje, porywa bukłak z wody i biegnie w stronę pnia. Jöns dopada ją i mocno chwyta.
JÖNS: Nie wolno! Naprawdę nie wolno! To nie przyda się na nic. To nie ma sensu. Mówię ci, że to naprawdę nie ma sensu. Słyszysz mnie? Chciałbym cię pocieszyć.
RAVAL: Ratunku! Ratujcie mnie!

Wszyscy milczą i stoją bez ruchu. Szloch Ravala, jak u przestraszonego dziecka, staje się coraz bardziej spazmatyczny, jego nagły krzyk urywa się w połowie. Znów zalega cisza. Dziewczyna osuwa się na ziemię, Jöns kadzie jej ręce na ramiona.

Rycerz nie jest już sam. Śmierć stoi znów przy nim.
ŚMIERĆ: Skończymy wreszcie tę grę?
RYCERZ: Twój ruch.

Śmierć unosi rękę i bije rycerzowi królową. Antonius Block wpatruje się w Śmierć.
ŚMIERĆ: Właśnie zabrałam ci królową.
RYCERZ: Nawet nie zauważyłem.

Pochyla się nad szachownicą. W świetle księżyca figury wyglądają jak żywe.

Jof zapadł w drzemkę, szybko jednak się budzi. Spostrzega rycerza w towarzystwie Śmierci. Ogarnia go strach, budzi więc Mię.
JOF: Mia !
MIA: Tak, co się stało?
JOF: Widzę coś strasznego. Coś, o czym boję się mówić.
MIA: Co takiego?
JOF: Tam rycerz gra w szachy.
MIA: Też to widzę, ale co w tym strasznego?
JOF: Nie widzisz z kim on prowadzi tę grę?
MIA: Jest przecież sam. Proszę cię, nie strasz mnie.
JOF: Ależ nie, on nie jest sam.
MIA: A kogo tam jeszcze widzisz?
JOF: Śmierć, on gra w szachy ze Śmiercią.
MIA: Co też ty pleciesz.
JOF: Musimy uciekać.
MIA: To niemożliwe.
JOF: Trzeba jednak spróbować. Są tak zajęci grą, że w ogóle nie zauważą, jak się po cichu wymkniemy.

Jof znika w ciemności za drzewem. Mia stoi porażona strachem. Spogląda uporczywie to na rycerza, to na szachownicę. W ramionach tuli synka. Jof szybko wraca.
JOF: Zaprzągłem już konia. Wóz stoi za tym wielkim drzewem. Idź pierwsza, ja poznoszę toboły. Uważaj tylko, żeby Mikael się nie obudził.

Mia wypełnia polecenia męża. W tym momencie Rycerz unosi głowę znad szachownicy.
ŚMIERĆ: Teraz twoja kolej, rycerzu.

Antonius Block milczy. Widzi jak Mia podchodzi do wozu, a Jof zbiera tłumoki i podraża za nią.
ŚMIERĆ: Czy ta gra nic cię już nie obchodzi? Spojrzenie rycerza staje się bardzo czujne. Śmierć przygląda mu się z uwagą.
RYCERZ: Nie obchodzi mnie ? Wprost przeciwnie.
ŚMIERĆ: Czynisz wrażenie, jakbyś się czegoś lękał. Może ty coś ukrywasz ? RYCERZ: Czy to w ogóle możliwe, by coś mogło ujść twej uwagi?
ŚMIERĆ: Nikt i nic mi nie ujdzie.
RYCERZ: Oto dlaczego jestem niespokojny.

Niby od niechcenia połą płaszcza przewraca figury.
RYCERZ: Niestety, nie pamiętam, jak one stały.
ŚMIERĆ: (śmieje się zadowolona) Ale ja pamiętam. Tak ci to łatwo nie ujdzie.

Śmierć schyla się i na nowo ustawia figury. Rycerz spogląda ponad nią w stronę drogi. Mia właśnie wspięta się na wóz, ,sof trzyma konia za uzdę i prowadza go ku drodze. Śmierć tego nie widzi, bez reszty zajęta odtwarzaniem gry.
ŚMIERC No tak, teraz widzę coś ciekawego.
RYCERZ: Co takiego?
ŚMIERĆ: Że w następnym ruchu dostaniesz mata, rycerzu Block.
RYCERZ: To prawda.
ŚMIERĆ: Czy zwłoka, jakiej ci udzieliłam, zadowoliła cię?
RYCERZ: Nawet bardzo.
ŚMIERĆ: Bardzo miło to słyszeć. A teraz cię opuszczę, kiedy jednak ponownie się spotkamy - nastąpi koniec twój i twoich towarzyszy.
RYCERZ: I wtedy wyjawisz swoją tajemnicę?
ŚMIERĆ: Nie ma żadnych tajemnic.
RYCERZ: Nic więc nie wiesz.
ŚMIERĆ: Nie mam nic do powiedzenia.

Rycerz gotuje odpowiedź, ale Śmierć znika.

Pośród drzew rodzi się szum. Wstaje świt - blade światło bez życia, czyniące las złym i nieprzyjaznym. Jof wiedzie wóz pełną zakrętów drogą. Mia siedzi obok niego.
MIA: Taka dziwna jasność.
JOF: Jakby się zanosiło na burzę o świcie.
MIA: Nie, to coś innego. Coś, co przeraża. Słyszysz ten łoskot w lesie?
JOF: To chyba deszcz.
MIA: To nie deszcz. Ona z pewnością nas dojrzała i teraz nas ściga. Jest tuż za nami.
JOF: Jeszcze nie, Mia, jeszcze nie.
MIA: Tak się boję, tak mocno się boję.

Wóz podskakuje na korzeniach, kolebie się i skrzypi. Koń staje jak wryty, kładzie uszy po sobie. Las faluje ociężale i szumi.
JOF: Zejdź do wozu, Mia. Schowaj się jak najgłębiej. Połóżmy się, a Mikaela weźmy między siebie.

Wczołgują się do środka i kulą się wokół śpiącego dziecka.
JOF: Tuż obok przechodzi chyba anioł śmierci. Tak jest, to nic innego jak potężny anioł śmierci.
MIA: Czujesz ten chłód? Marznę, jest mi przeraźliwie zimno.

Trzęsie się jak w gorączce. Nakrywaj się kołdrami i przytulają mocno do siebie. Płócienny dach wozu trzepoce głośno na wietrze. Odgłosy z lasu są jednak mocniejsze, przerażające jak ryk olbrzyma.

*

Na tle ponurego świtu zamek rysuje się jak czarna skala. Nad okolicy przewala się burza, która z wścieklością atakuje zamkowe skarpy i mury. Niebo ciemnieje, zapada iście nocny mrok.

Antonius Block wprowadza swoich towarzyszy do zamku, który czyni wrażenie opuszczonego. Mijaj komnatę za komnat, ale wszędzie panuje pustka, odpowiada im tylko echo. Z zewnątrz słychać nieustający szum ulewy. W pewnej chwili rycerz staje twarzy w twarz z żona. Patrzy na siebie w milczeniu.
KARIN: Słyszałam od powracających z wyprawy, że jesteś już w drodze do domu, czekałam więc tu na ciebie. Wszyscy inni uciekli przed zarazą.

Rycerz wpatruje się w nil w milczeniu.
KARIN: Już mnie nie poznajesz ?

Rycerz potakuje milcząc.
KARIN: Ty też się zmieniłeś.

Podchodzi bliżej, przygląda mu się badawczo. W jej oczach zapala się wesołość, lekko dotyka ręki rycerza.
KARIN: Teraz widzę, że to ty. Gdzieś w twoich oczach, gdzieś w twojej twarzy, skrywany i nieśmiały, tkwi ów chłopiec, który wyjechał stąd przed laty.
RYCERZ: Wszystko to minęło i teraz jestem trochę zmęczony.
KARIN: Widzę to.
RYCERZ: Przed drzwiami stoją moi przyjaciele.
KARIN: Poproś ich do środka. Niech siądą z nami do stołu.

Wszyscy siadają za stołem w komnacie oświetlonej pochodniami. W milczeniu spożywają czerstwy chleb i solone mięso. Karin siedzi na poczesnym miejscu i głośno czyta z grubej księgi.
KARIN: "A gdy Baranek otworzył siódmą pieczęć, stało się milczenie na niebie, jakoby przez pół godziny. I widziałem siedem onych Aniołów, którzy stają przed obliczem Bożym, a dano im siedem trąb. A inszy Anioł..."

Od bramy dychać trzy mocne uderzenia. Karin przerywa czytanie i unosi głowę znad księgi. Jöns wstaje pośpiesznie, idzie otworzyć drzwi.
KARIN: "I zatrąbił pierwszy Anioł, i stał się grad i ogień zmieszany ze krwią; i zrzucono to na ziemię, a trzecia część drzew zgorzała, i wszelka trawa spalona jest".

Deszcz nagle ustaje. W mrocznej komnacie panuje wielka cisza. Blask pochodni rzuca na ściany i powałę tajemnicze cienie. Wszyscy wsłuchują się w tę ciszę.
KARIN: "Potem zatrąbił wtóry Anioł, a jakoby góra wielka ogniem pałająca wrzucona jest w morze, i obrócona jest w krew trzecia część morza..."

Słychać już kroki na schodach. To wraca Jöns, siada milcząc na swoim miejscu, nie kwapi się jednak do jedzenia.
RYCERZ: Kto tam był ?
JÖNS: Nikt, mój panie.

Karin na chwilę unosi głowę, zaraz jednak pochyla się nad księgą.
KARIN: "I zatrąbił trzeci Anioł, i spadła z nieba gwiazda wielka, gorejąca jako pochodnia, i upadła na trzecią część rzek, i na źródła wód. A imię onej gwiazdy zowią piołunem..."

Wszyscy unoszą głowy, a kiedy już widzą, kto ku nim zmierza poprzez mrok rozległej komnaty podnoszą się od stołu i stają jedno obok drugiego.
RYCERZ: Dzień dobry, szlachetna pani.
KARIN: Jestem Karin, żona rycerza. Witam cię uniżenie w moim domu.
PLOG A ja z zawodu jestem kowalem, raczej dobrym kowalem, jeżeli godzi się tak o sobie mówić. A to moja żona Liza, ukłoń się Lizo możnej pani, chwilami trudna do współżycia, przez co, by tak rzec, sprzeczaliśmy się trochę, ale nie bardziej przecież niż inni ludzie.

Rycerz skrywa twarz w dłoniach.
RYCERZ: Z ciemności wołamy do Ciebie, o Panie. Zlituj się nad nami, bo jesteśmy mali, drżący i ciemni.
JÖNS: (z goryczą) W ciemności, w której ponoć przebywasz i w której wszyscy prawdopodobnie żyjemy... W tej ciemności nikt nie usłyszy Twego krzyku, ani nie wzruszy się Twoim cierpieniem. Osusz więc łzy i przejrzyj się w swej obojętności.
RYCERZ: Boże, gdziekolwiek jesteś, bo przecież musisz gdzieś być, zmiłuj się nad nami.
JÖNS: Chciałem podarować wam ziele, które by mogło oczyścić was z udręki wieczności - ale teraz jest już na to za późno. Mimo to jednak wzbudźcie w sobie wielkie uczucie triumfu w tej ostatniej minucie, kiedy jeszcze możecie toczyć oczami wokoło, kiedy wasze członki nie są jeszcze martwe.
KARIN: Milcz, milcz.
JÖNS: Milknę, ale pod przymusem.
DZIEWCZYNA: (klęka) Oto spełniło się.

*

Jof i Mia leżą przytuleni do siebie i wsłuchują się jak krople deszczu uderzają o dach wozu. Wygrzebują się ze swej kryjówki. Ich wóz stoi u szczytu wzgórza, osłoniętego olbrzymim drzewem. Widać stąd inne pagórki, lasy, rozlegle równiny oraz morze, co lśni w promieniach słońca, przechodzących przez chmury.

Jof prostuje ramiona i nogi. Mia wyciera deskę i siada obok męża. Mikael wspina się na kolana ojca. Samotny ptak próbuje głosu po burzy. Drzewa i krzaki ociekają kroplami deszczu. Od morza zrywa się silny, orzeźwiający wiatr. Jof ręką wskazuje wstępującą, czarną chmurę, na tle której letnie błyskawice lśnią jak srebrne igły.
JOF: Widzę ich, Mia! Widzę ich! O tam, na de burzowej chmury. Są wszyscy. Kowal, Liza, rycerz, Raval, Jöns i Skat. A Śmierć, sroga pani, zaprasza ich do tańca. Mówi im, by się ujęli za ręce i rzędem poszli w tany. Sama kroczy na czele pochodu, w rękach trzyma kosę i klepsydrę, na końcu podryguje Skat z lirą. Idą korowodem od wschodu ku ciemności, a deszcz obmywa ich twarze, oczyszcza ich lica z zakrzepłych w sól łez.

Jof milknie i opuszcza rękę. Mikael przez chwilę jakby wsłuchiwał się w jego słowa, teraz jednak sadowi się na kolanach matki.
MIA: (z uśmiechem) Ach, te twoje widzenia i sny.

Z angielskiego przełożył: Kazimierz Młynarz

Źródło:

  • I. Bergman, Siódma pieczęć [w:] Scenariusze, Warszawa 1987.


Do góry