Na marginesie tematyki cmentarnej


Obrzędy pogrzebowe w średniowieczu

Najchętniej ponudziłabym Wam, jak wyglądały "imprezy" pogrzebowe w Polsce, lecz jakoś tak niewiele materiałów udało mi się zgromadzić na ten temat :-( Choć z drugiej strony, odkąd w naszym kraju okrzepło chrześcijaństwo, zapewne także pogrzeby nie różniły się zbytnio od tych z "cywilizowanej" części kontynentu. Będzie więc przede wszytkim o umieraniu, grzebaniu i żałobie w Europie w ogóle, a gdzie się da, to ze szczególnym uwzględnieniem naszych słowiańskich tradycji. Niestety ograniczę się raczej do opisów pogrzebów możnych tego świata, bo o maluczkich źródła zazwyczaj milczą:-/

Ars moriendi

Na pewno wszytkie dziatki słyszały o tzw. sztuce dobrego umierania (łac. ars bene moriendi). Jest to temat bardzo obszerny1, tu przypomnę tylko, że śmierć w średniowieczu nie była błahą sprawą - była bardzo ważną ceremonią.

Zacząć należy od tego, że zejść z tego świata można było albo dobrze, albo źle, przy czym nie chodziło tu o "estetykę" pozostałych szczątków. Owa "dobra śmierć" to ta zapowiedziana, poprzedzona znakami (np. chorobą lub... zaćmieniami słońca itp.2) i co tu dużo mówić - powolna. Konający musiał bowiem mieć czas, aby przygotować się do spotkania z Bogiem lub... Szatanem. Właśnie podczas tych ostatnich chwil o duszę człowieka toczyła się zawzięta walka między Światłem a Ciemnością. Można było naturalnie wspomóc siły niebieskie, prowadząc pobożny, bogobojny tryb życia, a na śmiertelnym łożu oddając się modlitwie. Radziły o tym właśnie dziełka określane wspólnym tytułem Ars moriendi.

Potoczna opinia o średniowiecznym stosunku do śmierci głosi, że ówcześni ludzie byli pogodzeni z losem, powtarzali sobie, jak jakąś mantrę memento mori i nie bali się Kostusi, bo wiedzieli, że i tak umrzeć muszą. Nie było jednak tak różowo, była śmierć, która przerażała tj. mors repentina, czyli nagła i niespodziewana3. Jej groza polegała właśnie na tym, że człowiek nie miał czasu na pogodzenie się z losem. Został mu odebrany ów przywilej uczestniczenia w specyficznym misterium, jakim była wspomniana walka o jego duszę. Śmierć nagłą, ale także tajemniczą, co do której istniało podejrzenie, że nie została poprzedzona sakramentami, uznawano więc za hańbę lub widomy znak, że nieboszczyk czymś obraził Boga, który w akcie sprawiedliwości pokarał go... dajmy na to gromem z jasnego nieba. Trafnie podsumował to Philippe Aries: "W świecie tak spoufalonym ze śmiercią nagła śmierć była szkaradna i nieprzystojna, budziła strach, wydawała się czymś dziwnym i potwornym, o czym nie śmiano wspominać."4

Co to wszytko ma wspólnego z pogrzebem? Z samym pochówkiem może i niewiele, choć tłumaczy, dlaczego nie wszyscy zasługiwali na wylewną i wystawną żałobę. Pozwala nam również podejrzewać, jak wyglądały ostatnie chwile jakiejś statecznej białogłowy czy też męża pobożnego.

Ostatni scenariusz

Jak zatem wyglądała droga chrześcijańskiego nieboszczyka zanim trafił "do piachu"?

Cóż, jeśli miał komfort umierania "po bożemu", trwało to niewątpliwie długo. Weźmy tu przykład arcybiskupa Walterda z Kroniki Thietmara. Umierającemu arcybiskupowi towarzyszyli więc inni duchowni, którzy gorąco modlili się "o duszę chorego"5. Kiedy stało się jasne, że biskup znajdował się już na granicy życia i śmierci "wszyscy udzielili mu błogosławieństwa i odpuszczenia grzechów", a sam Thietmar namaścił go "olejem świętym w miejscach najbardziej bolesnych". Mamy w tej relacji także wspomnianą walkę o duszę chorego. Oto w pewnym momencie arcybiskup zerknął w lewo6 i uczynił "dla obrony potężny znak krzyża świętego".

Niemniej dramatyczne były ostatnie chwile krewnej kronikarza Ludgardy. Zmożona ciężką chorobą odmawiała psalmy, w których upatrywała jedynego lekarstwa, nie tyle jednak dla ciała, co dla duszy. Jak inaczej można bowiem interpretować wers "Podtrzymuje mnie twoja prawica, Panie, a oni próżno szukali duszy mojej" (Ps. 63, 9-10), zwłaszcza gdy konająca wspomniała o "pięknym młodzieńcu" (anioł) po prawej stronie łoża. Ludgarda wiedziała, że umrze i jej choroba zakończy się śmiercią, a przy życiu podtrzymywało ją tylko pragnienie dostąpienia sakramentu namaszczenia chorych.

Walterdowi i Ludgardzie w ostatnich chwilach towarzyszyli bliscy, których głównym zadaniem była modlitwa "o śmierć szczęśliwą", zarówno przed samym faktem zgonu, jak i po. Na średniowiecznych miniaturach, wokół łoża śmierci często widać nie tylko rodzinę, ale imponujący wianuszek wszelakiej maści duchowieństwa, jak widzimy to np. w Spinola Hours7 (patrz obrazki).

Dla co bardziej ekscentrycznych śmiertelników zgon i pogrzeb stawał się okazją do ukazania własnej hmm... nazwijmy to "pobożności". Liczne przykłady przytacza m.in. Johan Huizinga:

Święty Piotr Thomas, serdeczny przyjaciel i duchowy przewodnik Filipa de Mezieres, czując zbliżającą się śmierć, każe się włożyć do worka, opasać liną szyję i położyć na ziemi. Naśladuje tu przykład świętego Franciszka, który także w godzinie śmierci rozkazał, aby ułożono go na ziemi. "Pogrzebcie mnie - mówi Piotr Thomas - u wejścia na chór, żeby wszyscy ludzie musieli deptać po moich zwłokach, a nawet kozy i psy, gdy do tego dojdzie." Mezieres, uczeń pełen podziwu, chce także i fantastyczną pokorą przewyższyć swego mistrza. Oto w ostatniej jego godzinie założą mu na szyję ciężki łańcuch żelazny. Skoro wyzionie ducha, zawloką go nagiego za nogi do chóru; tam, póki nie złoży się go do grobu, ma leżeć z rękami rozkrzyżowanymi, mocno przywiązany przy pomocy trzech lin do deski, która zastąpi kosztownie ozdobiony sarkofag, a na której powinien być wymalowany jego marny, świecki herb - "gdyby Bóg go aż tak znienawidził, że zdarzyłoby mu się umrzeć na dworach książąt tego świata". Deska, pokryta dwoma łokciami kanwy albo grubego czarnego płótna, ma być w ten sam sposób zawleczona do dołu, do którego należy wrzucić "padlinę biednego pielgrzyma" w całej jej nagości. Na grobie ma być położony niewielki kamień. Nikt poza Marcinem, jego dobrym przyjacielem w Bogu i wykonawcą jego ostatniej woli, nie powinien być powiadomiony o śmierci Mezieres'a.8

W przytoczonym przypadku Filipa de Mezieres była to jednak jedna z "pogrzebowych zachcianek", o której nie wspominał już w następnych testamentach (których było ponoć kilka). Ostatecznie, kiedy nasz bohater zmarł w 1405 r., urządzono mu zwykły pogrzeb.

No dobrze, jak więc wyglądał ów "zwykły pogrzeb"? Zazwyczaj ciało było obmywane, zawijane w całun, składane do trumny i... marsz na cmentarz. Zazwyczaj, im bowiem znaczniejsza persona, tym bardziej komplikował się ów scenariusz.

I tak w przypadku naszego Walterda najpierw dokonano małej profanacji, gdyż wyjęto wnętrzności i pochowano je w jednym miejscu, podczas gdy resztę ciała, po uroczystych egzekwiach przewieziono do Koennern. Podobnie zresztą postąpiono ze szczątkami cesarza Ottona I, którego wnętrzności pochowano w kościele Marii Panny w Memleben, a zwłoki "z wielkimi honorami i żałobą" zostały przewiezione do Magdeburga, gdzie złożone je do sarkofagu po czym odprawiono nabożeństwo pogrzebowe9.

Przyznaję, że mocno mnie to zdziwiło, gdyż naruszenia całości zwłok dopuszczalne było tylko w wypadku świętych (w celu pozyskania relikwii). Tymczasem w Kronice Thietmara nawet przestępca Wirinhar (co prawda szlacheckiego pochodzenia) został pokrojony: jego wnętrzności (na rozkaz samego Thietmara) pochowano obok kościoła, a zwłoki przewieziono do Walbek, gdzie spoczęły wraz ze szczątkami żony, czyli wspomnianej Ludgardy (Kronika..., VII, 7). Tym niemniej Johan Huizinga stwierdza:

Było powszechnym zwyczajem, że zwłoki dostojników, zmarłych z dala od ojczyzny krajano i gotowano tak długo, póki mięso nie oddzieliło się od kości, następnie kości czyszczono i przysyłano w kufrze w celu odprawienia uroczystego pogrzebu, podczas gdy wnętrzności i pozostałe resztki grzebano na miejscu.10

Tego rodzaju praktyki były szeroko rozpowszechnione w XII i XIII w. i dopiero papież Bonifacy VIII w 1299 r. i 1300 r. zakazał ich kultywowania. Tym niemniej jeszcze w XIV i XV w. była to dosyć częsta metoda pochówku, zwłaszcza wśród Anglików przebywających we Francji11

Specjalny ceremoniał funrealny miała też zapewniona... wysoka kadra uniwersytecka12. Jak podaje Leo Moulin w konduktach pogrzebowych bolońskich doktorów udział brali szkolarze, inni doktorzy oraz pokaźna liczba zakonników (dominikanie, eremici od św. Jakuba, serwici, karmelici z San Martino, opat z San Procule wraz z mnichami). Z kolei o poważaniu, jakim cieszyli się uczeni świadczy fakt, iż podczas pogrzebu niejakiego Odofredusa w 1300 r. zarządzono zamknięcie sklepów, ratusza oraz odroczenie wydawania wyroków do momentu, póki ludzie nie wrócą z cmentarza. Nie mogło przy tym zabraknąć pompatycznych mów pogrzebowych. Po śmierci Giovanniego de Legano za trumną postępowali "wedle obyczaju" kardynał Caraffa, podesta13 i bolońscy rajcy, a także ludność Bolonii i cudzoziemcy. Autor wspomina nawet: "Nigdy żaden doktor nie poprosił o skromny pochówek (było to w średniowieczu pojęcie nieznane)."14

Wyjaśnienia wymagają tu dwie rzeczy: oddzielne chowanie wnętrzności i ciała oraz sam kształt nabożeństwa.

To pierwsze częściowo tłumaczy sam Thietamar przy okazji pogrzebu Wirinhara15. Wspomina bowiem, że ciało zaczęło się już psuć, a zamierzano przetransportować je do "rodzinnego" grobowca w Walbeck. Biorąc pod uwagę, iż doczesne szczątki Ottona I czekała aż 127 kilometrowa "wycieczka" do Magdeburga, te "bezbożne" zabiegi wydają się być całkiem usprawiedliwione. Jak czytamy przy okazji transportacji zwłok Waltreda, kondukty pogrzebowe stawały się wcale ciekawą manifestacją. Nie było to zresztą nic nadzwyczajnego (przynajmniej u możnych tego świata). Autorzy Encyklopedji kościelnej podają np.:

"Jeszcze w wiekach średnich noszono zwykle ciała umarłych do grobu, bez względu na odległość miejsca. Ciało ś. Brunona [925-965], arcbpa kolońskiego, przez dni ośm niesiono z Reims do Kolonji; podobnie ś. Germana [378-448], bpa z Auxerre, niesiono z Rawenny do jego katedry mil 20, a  t ł u m y  l u d u  t o w a r z y s z y ł y  t y m  p r a w d z i w i e  t r y u m f a l n y m  p o c h o d o m
[podkreśl. Sowa]."16

Co ciekawe, ponoć przy większych świątyniach utrzymywano nawet specjalny personel (najczęściej z kleru), zajmujący się przewożeniem i pochówkiem zmarłych (tzw. parabolani, copiatae, lecticarii, laborantes, fossarii, sandapilarii, decani)17.

Laikowi (np. mnie) pewien kłopot sprawiło zorientowanie się w nabożeństwach pogrzebowych. Często określano je albo jako egzekwie, albo po prostu jako mszę. Jak się jednak okazało, pod tym pierwszym terminem rozumiano w zasadzie dwie rzeczy. Z jednej strony były to więc wszytkie czynności liturgiczne związane z pochówkiem (a więc przeniesienie ciała do kościoła (dawniej zwane exportą), nabożeństwo żałobne, przeniesienie na cmentarz i pogrzebanie zwłok), a z drugiej - tylko część mszy za zmarłych18. Trwać one mogły nawet trzy dni i w zależności od pobożności (i zasobności sakiewki) winny być powtórzone (patrz niżej Żałoba...). Bywało i tak, że mszy nie można było odprawić w kościele, gdyż np. wypadało jakieś ważne święto. Ofiarowanie odbywało się wtedy następnego dnia po pogrzebie19.

Bardzo plastyczny opis takiej uroczystej mszy za duszę Kazimierza Wielkiego przekazał potomności Jan z Czarnkowa. Uderza w nim przede wszytkim przepych (w końcu grzebano króla), połączony z hojnym rozdawnictwem jałmużny, tak klerowi, jak ludowi. Ta "pogrzebowa dobroczynność" wywodziła się zresztą z dawnych czasów (patrz Pogrzeb w starożytnym Rzymie) i jak przekazuje autor kroniki nie była całkiem bezinteresowna - obowiązkiem obdarowanych było bowiem "tym goręcej" modlić się za duszę króla20. Szczególnie interesująca jest również obecność owego rycerza, odzianego "w złocistą szatę królewską, na pięknym stępaku królewskim, purpurą pokrytym, osobę zmarłego króla wyobrażający" oraz kruszenie chorągwi, co przetrwało aż do czasów sarmackiego "pompa funebris".

Z cytowanych relacji trudno określić czas między zgonem a pochówkiem. Zazwyczaj wynosił on ok. dwóch-trzech dni, chyba że trzeba było zwłoki gdzieś przewieść.

Niestety nie udało mi się dotrzeć do tekstów opisujących pochówek szarego człowieka. A szkoda, wartoby się dowiedzieć, ile z opisanego wyżej ceremoniału zostało dla zwykłych ludzi.

Posługi funrealne

Jak widać wyprawienie pogrzebu (zwłaszcza, że pojęcie skromnej ceremonii ponoć nie istniało21) wymagało ogromnego zaangażowania. Zazwyczaj organizacją pochówku zajmowali się najbliżsi, ale nie tylko. Dla ówczesnych ludzi ogromne znaczenie miała bowiem przynależność do jakiejś grupy: rodu, duchowieństwa, cechu. Każda z nich zobowiązana była do zorganizowania godnego spoczynku swoim członkom.

I tak, duchowieństwo musiało zapewnić nie tylko "krześcijański" spoczynek swym braciom i siostrom, ale także kultywować ich pamięć. To ostatnie dotyczyło zwłaszcza zakonów, gdzie prowadzono specjalne księgi zmarłych zwane necrologia (patrz Nekrolog : "mroczne wieki"). Z kolei statut kapituły22 katedry krakowskiej z XIV w. zobowiązywał wszystkich członków kapituły do udziału w pogrzebie ich zmarłego brata.

W gildiach organizacją pogrzebów zajmowała się odpowiednia "komórka" cechu. Warto tu zauważyć, że dbała ona o należytą oprawę pochówku nie tylko konkretnego członka wspólnoty, ale także jego bliskiej rodziny. Nawet w tym ostatnim wypadku do uczestnictwa w uroczystościach żałobnych zobowiązani byli wszyscy mistrzowie cechu.

U szlachty kondukt żałobny tworzyła przede wszystkim rodzina i to ona głównie dbała o zachowanie pamięci przodków. Ale nie tylko. Jak wiemy w średniowieczu modne było zakładanie klasztorów, budowanie kościołów i w ogóle fundowanie różnorakich rzeczy, które nie tylko miały podnieść prestiż donora, ale również (a może przede wszytkim) zapewnić mu życie wieczne w niebie oraz pamięć u potomnych. Była to więc pewna kalkulacja, gdzie wyjściową była zwykła, ludzka chęć wywyższenia się ponad innych. Taki rycerzyk, wyrżnąwszy parę pruskich (tzn. pogańskich) wiosek, a zyskawszy tym samym zaszczytny tytuł "obrońcy chrześcijaństwa", nie życzył sobie z pewnością spoczywać w jednej ziemi z jakąś przekupką. Dlatego też, jakkolwiek z ciężkim sercem, budował kościółek czy nadawał dobra jakiemuś zakonowi wymagając od niego "tylko" odmawiania wspominków przez najbliższe 100 lat (stąd w zakonnych nekrologiach można znaleźć także nazwiska dobroczyńców klasztoru). Co więcej we "własnym" kościele mógł być pochowany nawet w prezbiterium i żaden proboszcz czy biskup nie mógł mu tego odmówić, bo to przecież on wybudował świątynię.

Podobna solidarność panowała wśród żaków. No..., przynajmniej w teorii. Jakkolwiek we wspomnianych wyżej konduktach bolońskich doktorów (patrz Ostatni scenariusz) udział brali szkolarze, to dokumenty niektórych francuskich uczelni obnażają pewną niesubordynację kadry uniwersyteckiej. W Montpellier musiano np. wprowadzić kary za nie przyjście na pogrzeb "choćby studenta prostego", które dotyczyły zarówno bakałarzy23 (2 sou), jak i doktorów (4 sou) czy samego rektora (10 sou)24. Z kolei w Lowanium uznano za konieczne przypomnieć studentom, aby uczestniczyli w pogrzebie nauczyciela "in habitu honesto" (łac. w stroju godnym), zatem nie było to chyba zbyt powszechne i oczywiste25.

Istniały również stowarzyszenia trudniące się pochówkiem ubogich i ofiar klęsk żywiołowych. Los takich zmarłych bywał bowiem nie do pozazdroszczenia. Często nie trudzono się z zakładaniem jakiegoś cmentarza dla zadżumionych, a nawet zwykłe trupy wyrzucano po prostu na śmietnik (znajdujący się zazwyczaj poza miastem ). W XVI - XVIII w. powstawało więc szereg bractw zapewniających tym odrzuconym ostatnią posługę26.

Chociaż więc nie było zakładów pogrzebowych, jakoś sobie radzono. Należy przy czym tym podkreślić, że odpowiednia oprawa pogrzebu była kwestią prestiżu, a przynależność do wspólnoty gwarantowała (w mniejszym lub większym stopniu) właśnie tak rozumiany godny pochówek.

Żałoba i modlitwy za zmarłych

Na kształt żałoby przez długi czas wywierały wpływ zarówno tradycje pogańskie, jak i zwykła ludzka psychika, nie godząca się łatwo z faktem śmierci.

Tym niemniej chrześcijaństwo piętnowało dawne obyczaje, związane z ostentacyjnym okazywaniem żalu, gdyż wobec wyroku boskiego trzeba przecież okazać pokorę. No a poza tym śmierć była/jest przejściem do lepszego świata (choć to też rzecz nie zawsze oczywista ;-)). Wincenty Kadłubek pisał więc: "Wprawdzie zbożnie bolejemy, niezbożnie jednak tracimy rozum od boleści"27. Tego rodzaju reakcja mogła być wywołana widokiem pogańskich pogrzebów, które obok igrzysk i uczt miały też... hmmm... jakby to powiedzieć, bardzo rozbudowaną część "stricte żałobną" (no wiecie: płaczki, rozdzierane szat i te sprawy ;-)). Cóż, jak widać w cytowanych wyżej relacjach, średniowieczne pogrzeby niewiele ustępowały w przepychu i ceremoniale.

Nietrudno się domyślić, że nie udało się całkowicie usunąć ostentacyjnego okazywanie żalu, co widać właśnie podczas pochówków możnych tego świata. Jan z Czarnkowa tak opisał reakcję zgromadzonych na pogrzebie Kazimierza Wielkiego: "powstał taki krzyk żałosny, taki płacz i jęk wszystkich obojga płci obecnych w katedrze krakowskiej, że od tego płaczu i jęku wszyscy, osoby możne i niskie, starzy i młodzi ledwo się utulić mogli". W tym jednak wypadku, podobnie jak w Pieśni o śmierci Bolesława Chrobrego Galla Anonima, jest to usprawiedliwione. Tłumy oraz Gall nie opłakują śmierci zwykłego człowieka, ale dobrego króla-opiekuna, po którym złoty wiek, zmieniał się w srebrny.

No ale wróćmy na ziemię. W ówczesnej doktrynie chrześcijańskiej śmierć była czymś... hmm... pozytywnym, gdyż przybliżała do Boga. Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia, aby od razu dostać skrzydełka i aureolkę. Niektórzy musieli swoje odczekać w czyśćcu. To właśnie dla nich przeznaczone były liczne nabożeństwa, które od IX w. ustalono na 3, 7 i 30 dzień po zgonie28. Poniekąd miały one zastąpić dawne święta poświęcone duszom przodków. O wiele dawniejszy był z kolei zwyczaj święcenia rocznicy śmierci (naturalnie również modlitwą)29.

Z rozwojem organizacji kościelnej oraz klasztornej związany jest natomiast obyczaj tzw. wspominków. To właśnie w zakonach i świątyniach parafialnych zaczęto prowadzić specjalne księgi (tzw. necrologia - patrz Nekrolog : "mroczne wieki"), gdzie zapisywano zgony braci bądź fundatorów, aby było wiadomo, kiedy i komu poświęcić nabożeństwo.

Do Zaduszek i Wszystkich Świętych, jakimi je dzisiaj znamy, było jeszcze daleko. Pierwszy ślad święta z 2 listopada w Polsce pojawił się w kalendarzu z XII w. We Wrocławiu polegało ono wtedy na odprawieniu uroczystej mszy i obejściu cmentarza przy wtórze śpiewanych psalmów oraz modlitw za zmarłych, co miało pomóc przede wszytkim duszom czyśćcowym.

Główną rolą średniowiecznej żałoby (jak zresztą w ogóle chrześcijańskiej) było więc nie tyle uczczenie pamięci zmarłych, jak to miało miejsce w pogaństwie, ale zazwyczaj ulżenie ich pośmiertnym losom.

Słowiańskie tradycje

Po części ogólnej, dla urozmaicenia, przyjrzyjmy się naszym rodzimym, dawno zapomnianym i niepraktykowanym zwyczajom.

Oczywiste jest, że chrzest Polski (roku 966 jakby kto zapomniał ;-)) nie przekreślił definitywnie praktyk pogańskich. Co więcej, nie można mówić, że w 2 poł. XI w. nastąpiła reakcja pogańska - nic nie wygasło, więc nie musiało też wracać!

Praktycznie do Soboru Trydenckiego (1545-1563) nie istniał "nadzór" nad religijnością neofitów polskich. Oprócz elity władzy niewiele osób kwalifikowało się na chrześcijan (przemilczmy kwestię mentalności, bo to już całkiem inna bajka). Do znaczących postanowień Soboru należało m.in. utworzenie sieci parafialnej, która miała jakoś zorganizować oraz kontrolować poczynania proboszczów i naturalnie również wiernych. Jednak ostateczne jej uformowanie to dopiero XVII wiek.

Dlatego też, mówiąc o obrządku pogrzebowym w średniowiecznej Polsce, musimy zdawać sobie sprawę, że była to w istocie mała wojna podjazdowa między pogaństwem a chrześcijaństwem z wyraźną przewagą tego pierwszego.

Zacznijmy może od tego jak było. Ano, podobnie jak u Greków i Rzymian, czyli z dużą pompą, płaczkami, igrzyskami i w ogóle hałasem ;-).

U Słowian ceremonia pogrzebu nosiła nazwę tryzny. Składało się na nią spalenie zwłok, złożenie ich do urny, a potem do grobu. Naturalnie kremacja nie była jedyną metodą stosowaną w dawnych czasach. Warto jednak zaznaczyć, że prochy czy zwłoki chowane były przy drogach, w polach albo lasach. Zwyczaj ten, z którym Kościół zawzięcie walczył, praktykowany był do X w., a nawet do czasów Bolesława Chrobrego.

Razem z ciałem grzebano także przedmioty, które mogły się zmarłemu przydać w zaświatach. Zresztą nie tylko przedmioty, bo również (tak przecież "użyteczne", a i wdzięczne) niewiasty, które nieraz kończyły palone wraz ze zwłokami męża. Należy się tu jednak małe sprostowanie: były to przeważnie kobiety niewolne (chociaż to akurat z niczego nie usprawiedliwia) lub też po prostu tak pijane, iż nie wiedziały, co czynią, tym bardziej, że "atmosfera" takiego pogrzebu przypominała trochę bachanalia.

Obok zwyczajowej uczty, suto zakrapianej alkoholem oraz tańców (sic!), urządzano także igrzyska na cześć zmarłego. Brali w nich udział najlepsi wojowie, którzy swymi zmaganiami oddawali część poległemu towarzyszowi. Jednym słowem było wesoło.

Po pogrzebie w oznaczonych porach roku, bliscy odwiedzali grób i, jakby powtarzając obrzęd tryzny, zostawiali jadło i napitek.

Pogrzebowe "reformy"

Z owa radosną atmosferą nie do końca zgadzał się Kościół.

Ostro występował przede wszytkim przeciwko paleniu zwłok oraz ich grzebaniu poza miastem (czyli na niepoświęconej ziemi). Tym niemniej dopóki nie było dość kościołów, a tym samym cmentarzy, dopóty na prawowierny pochówek mógł sobie pozwolić tylko nieliczny krąg osób związanych z dworem książęcym bądź królewskim. Dopiero od XII w. możliwe było przeprowadzanie prawdziwie chrześcijańskich pogrzebów, w których uczestniczył katolicki duchowny. Taka impreza nie była jednak darmowa, gdyż za miejsce na przykościelnym cmentarzu oraz posługę liturgiczną trzeba było zapłacić.

Warto tu zauważyć, że owa opłata ta nie była prawnie usankcjonowana tzn. prawo kościelne zabraniało wręcz pobierania jakiejkolwiek sumy np. za odprawienie mszy za duszę zmarłego (jak zresztą i dziś). Dopuszczalne natomiast były dobrowolne ofiary na ten cel (tzw. "co łaska" - znów brzmi znajomo ;-)), co stanowiło wymarzoną wprost okazję do nadużyć, zwłaszcza kiedy chrześcijaństwo już porządnie okrzepło i nie było innej alternatywy pochówku.

Nowe miejsce grzebania zmarłych, tj. przykościelny cmentarz, uniemożliwiał z kolei pogańską uroczystość tryzny (było tam bowiem za ciasno, a i do jakiegoś grobu niechcący wpaść było można - patrz Cmentarze średniowieczne (ok. V-XVI w.) : Cmentarze przykościelne). Tym niemniej obyczaj stypy zachował się praktycznie do dziś, lecz odprawia się ją w domu, a nie na cmentarzu.

No to Schluss

Jak więc widać, średniowieczny pogrzeb był zazwyczaj nie lada imprezą, zwłaszcza jeśli zmarło się komuś bogatemu.

Chociaż Kościół walczył z pogaństwem i promował cokolwiek inne pojmowanie śmierci, to oprawa pochówków w gruncie rzeczy zbytnio się nie różniła. Zabawne, że owa skłonność do wystawnego grzebania zmarłych zakorzeniła się w kulturze na tak długo i zanikła dopiero w ciągu XX w. wraz... z laicyzacją społeczeństwa. Jeszcze pod kon. XIX w. ów przepych uzasadniano, powołując się na autorytet św. Tomasza z Akwinu, według którego służyć on miał: "(...) do oddania czci zmarłemu, do podniesienia jego zasług i pobudzenia żywych do modlitwy; zatykają usta szemrzącym, żeś zabrał majątek po rodzicach, a nie dał im czci w pogrzebie; przecinają mowy o nieboszczyku, iż nie zostawił na uczciwe swe pogrzebanie; zaspokajają uczucia rodziny, która rada, że zmarłym swoim ostatnią posługę przyzwoicie oddaje; zadawalają i obecnych dając im pociechę, iż sami podobny pogrzeb mieć mogą, a nadto upominają ich o śmieci i zmartwychwstaniu."30

Śmierć i pogrzeb nie były jednak prywatną sprawą rodziny. Angażowały zarówno krewnych, jak i członków wspólnoty, do której należał zmarły oraz całkiem obcych ludzi, którzy mogli, a nawet powinni uczestniczyć np. w kondukcie pogrzebowym.

© Sowa
10.08.2008

Przypisy

  1. Patrz choćby pomnikowe dzieło: Ph. Aries, Człowiek i śmierć, Warszawa 1989 czy o węższym zakresie: M. Włodarski, Ars moriendi w literaturze polskiej XV i XVI w., Kraków 1987.
  2. Patrz np. Einhard, Życie Karola Wielkiego:

    "Wiele znaków zapowiadało zbliżający się koniec, tak że nie tylko inni ludzie, ale i on sam czuł, co mu grozi. W ciągu trzech ostatnich lat życia zdarzały się częste zaćmienia słońca i księżyca, a na słońcu widziano przez siedm dni jakieś plamy czarnej barwy. Krużganek, który zbudował z olbrzymim trudem między bazyliką a pałacem, runął nagle aż do fundamentów (...). Również i most drewniany na Renie, pod Moguncją, który pod jego okiem dziesięć lat budowano, (...) objęty niespodzianym pożarem spłonął w trzy godziny (...). Jeszcze i pałac w Akwizgranie zatrząsł się wielokrotnie, a w domach, w których przebywał, dawało się słyszeć nieustanne trzeszczenie pułapu. Niebo poraziło bazylikę, w której później został pochowany, a złote jabłko zdobiące szczyt dachu piorun zerwał i odrzucił poza dom biskupi, przyległy do bazyliki. W tej samej bazylice, między górnymi a dolnymi łukami, biegnie wieniec wokół wewnętrznej części świątyni, brzegiem zaś wieńca idzie czerwony napis, w formie epigramatu, objaśniający, kto jest twórcą kościoła, i kończący się słowami: Karolus Princeps. Otóż zauważono, że w tym roku, na parę miesięcy przed jego śmiercią, litery wyrazu: Princeps uległy zniszczeniu i przestały być widoczne." - Einhard, Życie Karola Wielkiego, przeł. [z łac.] J. Parandowski ; wstępem i objaśnieniami. opatrzył A. Gieysztor, (Biblioteka Narodowa. Seria 2 , nr 59), Wrocław [1950].

    Karol domyślał się, że czas na niego, gdyż po tych znakach zaczął pisać testament.

  3. Ph. Aries, Człowiek i śmierć, Warszawa 1989, s. 24.
  4. Ph. Aries, p. cit., s. 24.
  5. Cytaty, do których nie ma przypisu, pochodzą z załączonych tekstów źródłowych.
  6. O symbolice stron nie trzeba chyba przypominać. Każdy wie, że "prawica" jest "ok", a lewica jest "be". Zwłaszcza obecnej sytuacji politycznej ;-).
  7. Spinola Hours nie są w zasadzie średniowieczne, gdyż pochodzą z l. 1510-1520. Tym niemniej ukazane "zabiegi pogrzebowe" nie odbiegają zbytnio od wcześniejszych. Polecam dokładne przeanalizowanie kart, które wykorzystałam w niniejszym opracowanku.
  8. J. Huizinga, Jesień średniowiecza, Wyd. 4, Warszawa 1992, s. 217.
  9. Patrz. Kronika..., II, 43(27).
  10. J. Huizinga, op. cit., s. 174-175.
  11. Ibidem, s. 175.
  12. Akapit o uniwersytetach opracowałam na podstawie: L. Moulin, Średniowieczni szkolarze i ich mistrzowie, tłum. H. Lubicz-Trawkowska, Gdańsk; Warszawa 2002, s. 148.
  13. Podesta - w XII-XVI w. naczelnik niektórych miast i republik wł., sprawujący władzę adm. i wojsk.; powoływany przez cesarza, później przez władze miejskie spośród książąt lub rycerzy, nie związanych ze zwalczającymi się, lokalnymi stronnictwami. - Hasło podesta [w:] Encyklopedia powszechna PWN, www.encyklopedia.pwn.pl.
  14. L. Moulin, op. cit., s. 148.
  15. Kronika..., VII, 7.
  16. Hasło Pogrzeb [w:] Encyklopedja kościelna podług teologicznej encyklopedji Wetzera i Weltego, z licznemi jej dopełnieniami : T. 20: Poczytanie, poczytalność - poznanie, przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób wydana przez M. Nowodworskiego, Warszawa 1894, s. 126.
  17. Hasło Pogrzeb [w:] Encyklopedja kościelna..., s. 126.
  18. Por. hasło Egzekwie [w:] Encyklopedia katolicka : T. 4 : Docent - Ezzo, kom. red. W. Granat [et al.].; [aut.: Z. Abramowiczówna et al.], Wyd. 1 dodruk 2, Lublin 1989, kol. 730-731; Podręczna encyklopedya kościelna : 12: E-F [Engel Krzysztof - Fussola], oprac. pod kierunkiem: S. Galla [et al.], Warszawa 1907, s. 153-154.
  19. Hasło Pogrzeb [w:] Encyklopedja kościelna..., s. 127.
  20. Autorzy Encyklopedji kościelnej pod kon. XIX w. nazywają tę jałmużnę "nieodłącznymi towarzyszkami modlitw" - hasło Pogrzeb [w:] Encyklopedja kościelna..., s. 127.
  21. L. Moulin, op. cit., s. 148.
  22. No tak tu potrzebne jest małe wyjaśnienie. Zacznijmy zatem od tego, kim jest kanonik? W skrócie mówiąc: jest to duchowny stojący o szczebel niżej od biskupa, jednak wyżej niż proboszcz. Kanonicy stanowili ciało doradcze biskupa, dzięki czemu cieszyli się dodatkowym prestiżem i naturalnie uposażeniem. Rezydowali przy kościołach zwanych kolegiatami.
  23. Najniższy stopień naukowy, nadawany po ok. dwóch latach studiów. - J. le Goff, Inteligencja w wiekach średnich, tłum. E. Bąkowska, Warszawa 1966, s, 105.
  24. L. Moulin, op. cit., s. 30.

    Zapłatę 5 sou dostawał ponoć kat za doprowadzenie skazańca pod pręgierz, choć trudno mi powiedzieć czy to dużo.

  25. L. Moulin, op. cit., s. 30.
  26. Ph. Aries, op. cit., s. 206.
  27. Podaję za: Kultura Polski średniowiecznej X-XIII w., pod red. Jerzego Dowiata, Warszawa 1985.
  28. Encyklopedja kościelna..., s. 127.
  29. Encyklopedja kościelna..., s. 127.
  30. Encyklopedja kościelna..., s. 128.

Źródła

  • Ph. Aries, Człowiek i śmierć, Warszawa 1989.
  • Encyklopedia katolicka : T. 4 : Docent - Ezzo, kom. red. W. Granat [et al.].; [aut.: Z. Abramowiczówna et al.], Wyd. 1 dodruk 2, Lublin 1989.
  • Encyklopedja kościelna podług teologicznej encyklopedji Wetzera i Weltego, z licznemi jej dopełnieniami : T. 20: Poczytanie, poczytalność - poznanie, przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób wydana przez M. Nowodworskiego, Warszawa 1894.
  • Kultura Polski średniowiecznej : X-XIII w., pod red. Jerzego Dowiata, Warszawa 1985.
  • Kultura Polski średniowiecznej : XIV - XV w., pod red. Bronisława Geremka; aut. Jacek Banaszkiewicz [et al.]., Warszawa 1997.
  • Kronika Thietmara, tłum. z tekstu łacińskiego, wstęp i przypisy M. Z. Jedlicki, posłowie, K. Ożóg, Kraków [2005].
  • Kronika Jana z Czarnkowa, tłum. J. Żerbiłło; oprac. tekstu i przypisów M. D. Kowalski, Kraków [2006].
  • L. Moulin, Średniowieczni szkolarze i ich mistrzowie, tłum. H. Lubicz-Trawkowska, Gdańsk; Warszawa 2002.
  • Podręczna encyklopedya kościelna : 12: E-F [Engel Krzysztof - Fussola], oprac. pod kierunkiem: S. Galla [et al.], Warszawa 1907.


Do góry