Na marginesie tematyki cmentarnej


Katolickie obrzędy pogrzebowe

Pomijając sympatyczną ;-) kolorystykę, pogrzeby nie mają w sobie zbyt wiele uroku: wszyscy udają smutek, upijają się na stypie itp. No i trzeba sterczeć na mszy...

Tak w gruncie rzeczy to te obrzędy tak bardzo "chrześcijańskie" nie są. Wykształciły się z śródziemnomorskich tradycji antycznych. Zatem możemy tu napotkać wystawianie zwłok w domu zmarłego, odprowadzanie ich w orszaku na cmentarz, a także dużą rolę symbolów światła (pochodnie, znicze). Jak doczytacie sobie w Historii ogólnej, większość staropolskich obyczaii jest tylko lekko zmienioną wersją tych, praktykowanych np. w antycznym Rzymie. Poza tym dochodzą też praktyki wiejskie mocno nasiąknięte "rodzimym" pogaństwem.

Jednak katolicyzm pojmuje te sprawy następująco: "Śmierć chrześcijanina jest przejściem z życia doczesnego do wiecznego, wieńczącym pielgrzymowanie z Chrystusem obecnym i działającym w sakramentach. Katechizm nazywa pogrzeb „ostatnią paschą chrześcijanina", ponieważ człowiek wierzący odchodzi z tego świata inaczej niż inni ludzie: nie umiera śmiercią własną, lecz — Jezusa Chrystusa."1 Pogrzeb jest tym samym: "swoistym misterium śmierci i życia, toteż towarzyszące mu obrzędy są przedłużeniem liturgii wielkanocnej."2

Niestety często dzieje się tak, że tzw. "niewierzący" są chowani w obrządku katolickim. Jest to los nader niewdzięczny, nie tylko dla "heretyka", ale kto wie czy i sąsiadujące z nim nieboszczyki nie miałyby coś przeciwko "Lutrom" w okolicy ;-). Autor cytowanego tu często artykułu Nie dla każdego pogrzeb zapatruje się na to nader trzeźwo: "(...) byłoby czymś niestosownym nie liczenie się z wolą zmarłego i pośmiertne uszczęśliwianie go na siłę. Owszem, zdarza się, że bliscy osoby zmarłej nalegają, aby pochówek był ceremonią religijną, ale byłoby to nadużycie. Zdecydowanie bardziej byłyby pożądane zabiegi ze strony bliskich, aby pojednać krewnego z Bogiem jeszcze za życia."3

"...i w proch się obrócisz", abo rzecz o szczątkach doczesnych

W przeciwieństwie do zwyczajów greckich czy rzymskich, Kościół kremacji zabraniał. Powoływano się tu przede wszystkim na przykład pogrzebu Jezusa. Duże znaczenie miała też... - uwaga! uwaga! - wiara w zmartwychwstanie ciała podczas Sądu Ostatecznego (dziwne, że nikt jakoś nie zauważył, iż nawet kości się rozpadają; no, ale...). W XVIII w. wśród szlachty polskiej zapanowała moda na osobne chowanie ciała oraz serca. Te "podwójne pogrzeby" miały dodać splendoru, wiadomo bowiem, że "zwykły" pogrzeb był dosyć kosztowny, a tu jeszcze wyprawia się dodatkowy. W późniejszych czasach często w ten sposób traktowano "zasłużonych" ludzi np. Piłsudskiego, Chopina. Tak więc z jednej strony mamy do czynienia z bezczeszczeniem ciała, a z drugiej z kultem relikwii. Tym niemniej w 1964 r. "przyczyny higieniczne oraz urbanistyczne skłoniły Jana XXIII do wyrażenia zgody na palenie zwłok."4

"Daremne żale", czyli rzecz o żałobie

W Rzymie było to wręcz widowisko - wynajmowano np. płaczki, które darły swoje szaty, tudzież rozdrapywały policzki, wyrywały włosy itp. Jednak wczesne chrześcijaństwo było w zasadzie posłuszne nakazom św. Ambrożego i św. Augustyna, ganiących okazywanie zmartwienia. Tak szczerze powiedziawszy, zgodne jest to z ówczesną nauką Kościoła, traktującą śmierć jako bramę ku życiu wiecznemu (czyli w domyśle czemuś "pozytywnemu". Sądzę, że wampiry miałyby na ten temat nieco inne zdanie ;-) ). Z czasem jednak powrócono do sposobów starożytnych, a w przypadku polskiej szlachty nawet ich przewyższono. Oto np. zapis z tzw. silva rerum Walentego Klichowskiego (1710-1791): "nienasycona życiem ludzkim okrutna śmierć, nową a okrutniejszą i ledwie znośną synowskiemu sercu zadaje punkturę, wielkiemu po serdecznie kochanej matce sierocie, nowę na barki żałobę azali serce kładzie, zabrawszy serdecznie kochanego ojca dobrodzieja." Okazywanie żalu wzmagało się siłą rzeczy w czasie pogrzebu i dużą część ceremonii poświęcano m.in. na mowy wychwalające zasługi zmarłego, podkreślające ból po jego stracie. Co ciekawe, tego rodzaju elegie często wygłaszane były przez dzieci. Jednak w wierzeniach ludowych rozpaczanie przy łożu konającego było wręcz zabronione. Wychodzono bowiem z założenia, że łzy oraz okazywanie bólu "przynależy" życiu. Gdy umierający to słyszy, nie chce odchodzić i zejście z tego świata staje się dla niego cięższe. Płacz pojawiał się krótko zaraz po skonaniu i podczas zamykania trumny.

Żałoba trwała przeważnie rok. Chodzono wtedy częściej do kościoła i noszono czarny strój. Po upływie tego czasu wypadało zamawiać msze za zamarłego w każdą rocznicę jego zgonu. Warto jeszcze dodać, że szlachta w testamencie często zlecała "wspominki" aż na najbliższe 100 lat (najczęściej obowiązek ten spadał na mnichów z ufundowanego przez denata klasztoru, jakkolwiek za odpowiednim datkiem).

Okazywanie żalu z czasem stawało się coraz bardziej osobiste, a mniej na pokaz, tym niemniej wykształciły się pewne dosyć patetyczne zwyczaje np. w romantyzmie popularne było siadanie czy wręcz tulenie się do grobu. Dziś żałoba jest w istocie bardzo prywatna, obchodzona w gronie najbliższej rodziny i niemalże w ukryciu.

"Słowa, słowa, słowa", czyli Śmierć i propaganda

Podczas mów, wypowiadanych już przez księdza, często miało miejsce tzw. pouczenie duszpasterskie dotyczące grozy śmierci. Nie wolno bowiem zapominać, że należy się Jej przede wszystkim bać. Jak wspomniałam, uważano Ją za bramę, po przekroczeniu której przyjdzie się rozliczyć z żywota i powędrować albo do Piekła, Raju lub (od XIII w. tj. specjalnej bulli Innocentego IV) do Czyśćca. Oczywiście dziś te wierzenia "nieco" się zmieniły, ale piszemy o tzw. "wielkiej" religii, teoretycznie "niezmiennej". Zresztą Śmierć ma to do siebie, że nie da się jej ogarnąć czy całkowicie poznać, co się za nią kryje, tak więc nabiera w pewnym sensie charakteru metafizycznego i podobnie nastraja ludzi. Stąd proszę się nie dziwić, iż właśnie podczas pochówku najczęściej i najskuteczniej propagowano doktryny religijne (zwłaszcza sprowadzające się do stwierdzenia: "jeśli nie będziesz postępował tak a tak, czeka cię potępienie"). Tego rodzaju nauki wpływały zresztą na hojność uczestników pogrzebu, o czym wiedziały dziady żebrzące pod cmentarzami.

Ostatnia droga

W zasadzie ogólny schemat chrześcijańskiego pogrzebu przedstawia się następująco: ceremonia w domu zmarłego (wystawienie zwłok, ostatnie pożegnanie), procesja do kościoła, msza (od XVI w), procesja na cmentarz.

W Polsce od XV w. stosowano długi obrzęd karoliński, lecz już w tamtych czasach skracano go. Nastąpiło też pewne zróżnicowanie pogrzebów na: uroczysty (król, biskup, szlachcic), zwyczajny oraz nadzwyczajny (dziecko, położnica, ekskomunikowany). Po soborze trydenckim został wprowadzony nowy ceremoniał, który przetrwał do II soboru watykańskiego.

W chrześcijaństwie pogrzeb powinien się odbyć co najmniej 2 doby od zgonu. Czas, między ostatnim tchnieniem człowieka a złożeniem go do grobu, jest jednak szczelnie wypełniony jak harmonogram buissnesmana (z tą jednak różnicą, że składają się nań głównie modlitwy).

W kulturze wiejskiej obyczaj nakazuje czuwanie przy konającym. Szczerze powiedziawszy jest to bardzo piękne i wzruszające - dziś starzy ludzie odchodzą samotnie, w domach opieki, bez rodziny czy bliskich. Tymczasem wg zwyczaju, wokół konającego gromadzili się domownicy, którzy razem z nim modlili się o łatwe wejście do Raju. Jak wspomniałam wyżej, nie wolno było płakać ani okazywać smutku. Wszyscy przeważnie zdawali sobie sprawę, że śmierć jest nieunikniona, lecz nie chcieli utrudniać umierającemu odejścia. Oczywiście trzeba się liczyć z tym, iż jakkolwiek tak nakazywała tradycja, to świadectwo jej respektowania mamy choćby w Chłopach Reymonta (przykład Agaty) czy po prostu w surowej rzeczywistości.

Ceremonie w domu zmarłego

Zaraz po zgonie modlono się za duszę zmarłego (zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz w ciągu najbliższych 48 godzin). Zasłaniano lustra i okna, zatrzymywano zegar, po czym przystępowano do umycia zwłok (z zasady dokonywały tego osoby tej samej płci co nieboszczyk). Po dokonaniu tej ablucji, palono mydło i ścierki, a wodę wylewano z dala od siedzib ludzkich (ew. do klozetu). Tak "odświeżonego" zmarłego ubierano w jego najlepsze ubranie (przeważnie w kolorach ciemnych; dzieci, które nie zdążyły przystąpić do Pierwszej Komunii, kawalerów i panny - w stroje odpowiednie dla nie dopełnionych sakramentów).

Zwłoki wystawiono czasami w trumnie, czasami na jakimś "podeście", zawsze jednak nogami do drzwi (żeby nie zabłądził w drodze do Nieba ;-)). Ten katafalk otoczony bywał kwiatami, świecami oraz różnorodnymi dewocjonaliami (krzyże, obrazki świętych). W domu odbywały się tzw. "przeprosiny". Kto miał jakiś zatarg ze zmarłym, właśnie wtedy prosił go o wybaczenie. Z kolei w jego imieniu robiła to rodzina względem innych osób.

Wieczorem rozpoczynało się "nocne czuwanie" ("puste noce"). Trwało ono aż do momentu pogrzebu i wypełnione było oczywiście... modlitwą.

Procesja do kościoła i na cmentarz

Obowiązywała w niej pewna hierarchia: ministrant z krzyżem, ksiądz, trumna, najbliższa rodzina, dalsi krewni, znajomi. Podczas drogi nie wolno się było odwracać. Co ważne jeszcze w XIX w. odbywała się przez całą wieś lub miasto tak, aby każdy mógł się dołączyć (patrz analogiczny zwyczaj u Żydów). W ogóle kiedyś śmierć nie dotyczyła tylko najbliższej rodziny, ale całej wspólnoty. Dlatego była wydarzeniem, w którym każdy miał obowiązek wziąć udział.

Msza

"Wtedy właśnie Kościół wyraża swoją skuteczną jedność ze zmarłym, ofiarując Ojcu, w Duchu Świętym, ofiarę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Prosi on wówczas, by jego dziecko zostało oczyszczone z grzechów oraz ich skutków i zostało przyjęte do paschalnej pełni Uczty w Królestwie niebieskim. Przez celebrację Eucharystii wspólnota wiernych, a szczególnie rodzina zmarłego uczy się żyć w łączności z tym, który "zasnął w Panu", przyjmując Ciało Chrystusa, którego zmarły nadal jest żywym członkiem, modląc się za niego i z nim." - cóż... msza jak msza (czyt. długa i nudna w zależności od humoru księdza), rodzina nieboszczyka zobligowana była do przystąpienia do komunii. Ciekawe, że homilia powinna "unikać (...) pochwalnej mowy pogrzebowej".

Na cmentarzu

Hmm... podobnie jak w wypadku mszy, niewiele tu można opowiadać. Warto jednak pamiętać o zwyczaju rzucania grudki ziemi na trumnę. Często towarzyszą temu słowa księdza: "Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz". W wierzeniach ludowych chodzi jednak o symboliczny powrót do łona Matki Ziemi, z którego być może zmarły znów się odrodzi.

Uwagi końcowe

Opisany powyżej schemat jest w zasadzie charakterystyczny dla kultury wsi, ale jego echa znajdujemy chyba w każdej tego typu ceremonii. W miastach i w ogóle współcześnie wygląda to trochę inaczej - przede wszystkim mniej religijnie (jeśli religijnością nazwiemy odklepywanie modlitw).

© Sowa

Przypisy:

  1. M. Gryczyński, Nie dla każdego pogrzeb, "Przewodnik Katolicki" 2002, nr 25.
  2. Ibidem.
  3. Ibidem.
  4. Ibidem.


Do góry