Na marginesie tematyki cmentarnej


Tadeusz Maciej Ciołek, Jacek Olędzki, Anna Zadrożyńska

Uoczystości rozstania

"W epoce kiedy już mieszkałem w Warszawie na stałe - pisze Jarosław Iwaszkiewicz - i kiedy przedstawienia teatralne stały się dla mnie chlebem powszednim, 'brałem udział w szeregu spektakli narodowych, które też miały swoje widowiskowe znaczenie. Były to przede wszystkim pogrzeby. Na przykład pogrzeb Sienkiewicza. W pogodny październikowy dzień 1923 roku towarzyszyłem marszałkowi Ratajowi przy tym obrzędzie, a więc byłem, bardzo blisko trumny, rodziny, biskupów. Był to obrządek spokojny, wielkich rozmiarów, ale nie odznaczający się jakimś specjalnym nastrojem. Tyle tylko, że chowanie Sienkiewicza w podziemiach katedry warszawskiej było czymś nowym i osobliwym. Omijało się Kraków. Natomiast nie był spektaklem w parę lat później pogrzeb Słowackiego. Przybicie statku do nabrzeża wiślanego przy moście Poniatowskiego z malutką trumienką na pokładzie i z Or-Otem i Janem Lechoniem, stojącymi przy trumnie na warcie, zostało w moich oczach na całe życie. I ta krótka czerwcowa noc warszawska, pełna tłumów i kwiatów, kiedy trumna stała w katedrze a wszyscy tłoczyli się przez noc całą, aby przechodząc koło niej rzucić na nią garść czerwonych kwiatów {...]. I śmiesznie pomyśleć, że brałem w nim udział odziany we frak i w pożyczonym cylindrze, bo tak wymagał ceremoniał pogrzebowy. Pogrzeby Żeromskiego i Reymonta były jesienne, późno jesienne. Ale cała Warszawa szła za tymi trumnami. Wtedy szło się piechotą na Młynarską czy na Powązki i pochód ten trwał godzinami. Na pogrzebie Żeromskiego nieśliśmy z Lechoniem i Wierzyńskim (byliśmy jednego wzrostu) poduszkę z orderami pana Stefana. Dzisiaj mi się wydaje, że tych orderów było bardzo mało, jak na takiego pisarza. Aleśmy sali od Zamku do Młynarskiej całe trzy godziny noga za nogą, tak jak szły kryte kirem rumaki wiozące trumnę. Pogrzeb Reymonta, który odbył się w dwa tygodnie później, był inauguracją alei zasłużonych na Cmentarzu Powązkowskim, tej biegnącej bezpośrednio za katakumbami. Jednocześnie był to pierwszy pogrzeb, na którym przemawiałem nad trumną Od tego czasu wygłosiłem tych przemówień żałobnych tyle, że mógłbym z nich stworzyć osobną książkę jak Bossuet: oddawałem warszawskiej ziemi Kruczkowskiego i Dąbrowską, i Morstina i Jana Dembowskiego, i Ostapa Dłuskiego, i Brzechwę, i Gojawiczyńską, i ukochanych moich poetów Tuwima i Gałczyńskiego, i Zawieyskiego i Horzycę. Stałem się czymś w rodzaju warszawskiego biskupa, grzebiącego co wybitniejszych warszawiaków!"
("Kultura" 1974 nr 5).

Niezbyt nawet tak odległe czasy, jakie wspomina Jarosław Iwaszkiewicz, okryło zapomnienie. "Kirem kryte rumaki wiozące trumnę" nie pojawiają się na ulicach naszych miast. Rokokowe karawany, czarne lub białe, zależnie od wieku wiezionej osoby, zastąpione zostały początkowo wyłącznie czarnymi, a obecnie prawie wcale nie wyróżniającymi się - bo malowanymi na szaro - autobusami. Nie do pomyślenia jest, aby miasto przez trzy godziny przemierzał kondukt, krok za krokiem. Zmienia się również treść ceremonii.

Obecnie już nie tylko można, ale nawet trzeba zastanowić się nad świecką formą obrzędu pogrzebowego. Początkowo, w pierwszych powojennych latach, wyeliminowano po prostu z całej ceremonii gesty i słowa wyrażające treści religijne. Przede wszystkim zniknęły z przemówień i nekrologów wszelkie sformułowania o znaczeniu wierzeniowym (jak konwencjonalne ,,Świętej pamięci"). Zastąpiono je słowami nawiązującymi do świeckiej formuły życia - humanizmu socjalistycznego. Zupełnie nowym składnikiem tych uroczystości miał być zbiorowy śpiew żegnających zmarłego, wprowadzony w miejsce dawnego tradycyjnie wymaganego milczenia. W repertuarze znalazły się pieśni robotnicze i rewolucyjne, którymi żegnano nieżyjących bohaterów wojny, ruchu oporu, walk o ludową władzę podczas uroczystości organizowanych przez Partię, Rząd i administrację terenową. Taka forma pogrzebu przyjęła się jednak na okres bardzo 'krótki i tylko w szczególnych przypadkach chowania osób zasłużonych, gdy nawiązywano do przeszłości, kiedy to pogrzeby ludzi, którzy poświęcali życie wielkiej sprawie, przekształcały się w manifestacje polityczne, Wtedy to właśnie wspólny śpiew rewolucyjnych pieśni miał określone ważne znaczenie. Lecz kontynuowanie tej tradycji w sytuacji utrwalającej się stabilizacja, tak ekonomicznej, jak politycznej, nie znajdowało żadnego uzasadnienia. Wszelkie jej późniejsze podtrzymywanie przybierało smutne i żałosne formy, odzierające z powagi to ostateczne światło człowieka. Mówi jeden z kieleckich przedstawicieli Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej: "Urząd mamy gustowny i obszerny [...]. Działalność jednak u nas kuleje. No bo jakże śpiewać na pogrzebie pieśni masowe. Trochę orkiestry, sztandarów, a idzie za trumną paru tylko smutnych ludzi".

Niemniej jednak potrzeba określenia świeckiego rytuału uroczystości pogrzebowych stawała się w miarę upływu lat coraz bardziej istotna i wymagała jakiegoś rozstrzygnięcia. Pierwsze próby w tym zakresie podjęto w roku 1967 we Wrocławiu, gdzie ustanowiono po raz pierwszy w kraju urząd świeckiego mistrza ceremonii pogrzebowej. Nieco później przyznano mu insygnia pełnionej funkcji: naszyjnik z godłem państwa oraz łopatkę służącą do symbolicznego rzucania (zgodnie z tradycją) ziemi na grzebaną trumnę. Przyznano mu prawo do korzystania z nowoczesnych środków technicznych podczas pełnienia obowiązków (posługiwanie się aparaturą nagłaśniającą). Zaprojektowano też stroje dla mistrza ceremonii, jego asysty i (skromniejsze) dla personelu pomocniczego (grabarzy). Specjalny strój (toga z renesansową kryzą pod szyją) przysługiwał również tym uczestnikom uroczystości, którzy zadeklarowali chęć 'wygłoszenia nad grobem przemówienia. Przewidziano też dekorację (palmy, paprocie itd.) domu przed pogrzebowego. Zaprojektowano i wykonano samobieżny karawan o nowoczesnych kształtach. Opracowano drobiazgowy scenariusz ceremonii. I on to jest podstawą organizowania nowoczesnego, świeckiego pogrzebu (zainteresowanych Czytelników odsyłamy do Aneksu książki, gdzie załączamy ten dokument w niewielkim skrócie).

Scenariusz ten opublikował po raz pierwszy tygodnik "Argumenty" w roku 1971 (nr 44), co wywołało reakcję jednego z publicystów na j wrażliwszych na sprawy istotne. Jerzy Urban pisał wtedy m.in.:

"Z całego "ceremoniału" nie rozumiem tylko niektórych zajęć mistrza ceremonii [...]. Na czele konduktu idzie mistrz ceremonii. Czyli w pogrzebie świeckim zajmuje on miejsce księdza. Ksiądz krocząc przed (czy za?) trumną załatwia interesy pomiędzy zmarłym a Panem Bogiem. Świecki jego imitator też ma przykazanie chodzić, ale tylko chodzić [...]. Wydaje mi się, że religijność polega właśnie na tym, że pewne miejsca zostają puste. Gdy zaś zapełnia się je tylko kimś lub czymś innym, nie jest to ateizm, lecz zaledwie herezja albo schizma."

Sugestia autora dotycząca "pustego miejsca", chociaż brzmi przekonywująco i może być bliższa naszym odczuciom niż wydumany rytuał, nie wytrzymuje konfrontacji z życiem i potrzebami dosyć licznego odłamu społeczeństwa. Jest też rola mistrza ceremonii pogrzebowej konieczna ze względu na organizację i "sprawny przebieg" uroczystości. Być może, poza nawiązaniem (czy powtórzeniem?) do tradycji religijnej (i nie tylko, o czym pisze w przytoczonym fragmencie J. Iwaszkiewicz), wyraża się w tym również jakaś ogólnoludzka potrzeba wymagająca istnienia w rytualnym orszaku postaci najistotniejszej, która byłaby odpowiedzialna za prawidłowość obrzędu, gwarantowałaby jego skuteczność, symbolizowałaby wszystkich innych żyjących w obliczu pożegnania, inicjowałaby odchodzącego człowieka do pamięci pozostających.

Natomiast zastanawiające są dla nas inne "puste miejsca" wypełniane zastępczymi treściami.

Otóż w większości doktryn i praktyk religijnych ludzie stają się sobie równi w obliczu śmierci. Wtedy to odnajdują pełne podstawy świadomości przynależności do świata doczesnego i oczekują ogólnego zbratania "w tamtym" wymiarze świata. Założenie to (mimo zasadniczych nieraz różnic w splendorze ceremonii) pozwala mniemać, że śmierć (jedynie i na pewno) czyni wszystkich równymi wobec Boga. Te same więc formuły pożegnalne (np. namaszczenie olejami świętymi i "requiescat in pace") przysługują każdemu człowiekowi zmarłemu naturalną śmiercią. W rytuale religijnym nie ma nic, co mogłoby wyróżniać bogatych od biednych, dostojników od nędzarzy. Natomiast w świeckiej ceremonii pogrzebowej, będącej tylko pożegnaniem człowieka, który odszedł (już odszedł, bo śmierć skończyła jego jedyne realne bytowanie, podczas gdy w tradycji odchodził do innego życia), nie ma dotychczas sposobności do wypowiedzenia tej formuły równości. Niewierzącemu pozostaje którejś kategorii pogrzeb świecki, podczas którego mistrz ceremonii będzie przestrzegał "scenariusza" swoich zadań, godnie stał nad grobem i przemawiał z namaszczeniem. I wtedy nieodparcie nasuwa się natrętna myśl, że najmniej wyrobiony w swoim "zawodzie" kapłan dystansuje swymi możliwościami swego świeckiego następcę. Albowiem dysponuje błogosławieństwem i uniwersalną formułą, czyniącą wszystkich równymi wobec śmierci. Mistrz ceremonii świeckiej nie może zarządzić odegrania nad grobem Mazurka. Świecki pogrzeb w naszym kraju jeszcze nie dopracował się takiej formuły obrzędowej, która uwzględniałaby generalne założenia laickiego światopoglądu o równości.

Ceremonia świecka jest zastąpieniem innej, dawniejszej ceremonii religijnej. Wszystko poza nią nie uległo zmianom. Prawie nie znany jest w Polsce zwyczaj kremacji i związane z nim formy przechowywania (na przykład w urnach) prochów. Pozostaje zatem trumna, W naszym kraju obowiązuje jeden jej zasadniczy standard - pseudomieszczańska "trumna-sarkofag". Nie stosuje się już na ogół prostych trumien z sosnowych desek. W najskromniejszym nawet zakładzie rzemieślniczym wymyślnie profiluje się deski, a niekiedy preparuje tak, by do złudzenia przypominały marmurowy sarkofag, malując lub przylepiając do nich fałszywe okucia. Często rzeźbi się trumienne wieka w ludowe wzorki. Lecz dawna forma sarkofagu uzasadniona była tworzywem. W miarę szlachetny kamień pozwalał na dokładne dopasowanie obu części tego szczególnego futerału, dzięki czemu odpowiadał on wymogom bezpieczeństwa sanitarnego. Dzisiejsze drewniane "sarkofagi" albo od razu są nieszczelne, albo ulegają wypaczaniu po bardzo krótkim czasie. Również w całym kraju produkuje się (może według jakiejś ogólnopolskiej normy) politurowane drewniane krzyże. Gdy ktoś żąda wyłącznie tablicy z informacją o zmarłym, otrzymuje ją często umocowaną na słupku, który jest krzyżem z odciętymi ramionami.

Czy rzeczywiście społeczeństwo, które zaczyna wymagać estetycznego kształtu widelca, odkurzacza, butelki plastykowej (nad którymi dyskutują wieloosobowe komisje urzędów projektanckich) oczekuje jedynie, by podrobione deski trumienne wyglądały jak płyty z cennego kamienia albo jak ozdobne maglownice ludowe?

Bo przecież często przygnębiającym uzupełnieniem marnoty trumien (i krzyży) jest atmosfera groteski wprowadzana przez grabarzy podczas przewlekłych godzin koniecznych do pochowania zmarłego (nie mamy nic przeciwko grotesce i drwinie, satyrze i poczuciu humoru - szczególnie nawet z gatunku "czarnego" - ale nigdy w sytuacji prawdziwej powagi). Spuszczenia trumny do grobu, prace murarskie wykonuje "służba cmentarna" (zdarza się - nietrzeźwa i ordynarna), jak dotychczas, zawsze na oczach żałobników, którym nadal przysługuje (tak jak niegdyś) prawo do rzucenia na trumnę grudki ziemi. Dziś gest ten jest mało czytelny, jest symbolem-tajemnicą, pożegnaniem tylko, któremu nie przypisuje się żadnej mocy magicznej. Lecz wykonuje się go w najlepszej wierze, a towarzyszą temu, jakby na drugim równoległym, lecz widocznym planie, rubaszne zachowania grabarzy. Na ten to temat napisano wiele słów poważnych, gorzkich, rozdzierających i proszących. Upatruje się przyczyn w marnym wynagrodzeniu, w ciężkiej pracy, prymitywnych narzędziach, lecz do tej pory nie udało się odnaleźć rozwiązania jednego z najważniejszych problemów, chociażby tylko w sferze wykonawczo-organizacyjnej współczesnych uroczystości pogrzebowych.

Dalszym ciągiem tego smutku pogrzebowego jest mogiła, na ogół trwała inwestycja rodziny zmarłego, wykonana przez fachowców-kamieniarzy. Niegdyś były to inwestycje drogocenne, budowane pieczołowicie, realizujące jakieś artystyczne ambicje. Przejawy tych ambicji - jako trwały dokument epoki - można oglądać na każdym polskim cmentarzu, bo przecież w każdej epoce istniały integralne związki między aktualnymi osiągnięciami w sztuce a tym, co stawiano na cmentarzach.

Jest w Rumunii, w miejscowości Sapinta, cmentarz. Zwą go wesołym. Stanowi on miejsce twórczości tamtejszego znakomitego artysty - malarza, rzeźbiarza i poety - Iona Stana Patrasa. Drewniane kolorowe krzyże, z wymalowanymi postaciami i apokryfami, przyciągają nie tylko ptaki, ale i ludzi. Każdy z mieszkańców okolicznych wsi chce mieć taki krzyż i taki grób, który stanie się dowodem jego życia i tego, co w tym życiu było dobre. Bo Ion Patras, wyrysuje postać człowieka zawsze tak, jakby żył on jeszcze, i zawsze tak, jakby robił to, czym się przed śmiercią zajmował. I napisze wiersze, co dobrego dla ludzi i świata czynił. A jeżeli niczym się nie zasłużył, to przecież urodziło mu się sześciu synów, z których dwóch skończyło szkoły, jeden cudownie śpiewa, a trzech dobrze gospodarzy. Można więc i dzisiaj ze śmierci uczynić życie.

Zapewne jest to możliwe wówczas, gdy pogrzebami nie zajmują się przedsiębiorstwa, których nazwy przywołują na myśl działalność asenizacyjno-kanalizacyjną, porządkową, oczyszczającą (jak Miejskie Przedsiębiorstwo Usług Komunalnych, które zastąpiło poprzednie, o uznanej za gorszą - nie wiadomo dlaczego - nazwie Miejskiego Przedsiębiorstwa Pogrzebowego). Opieka nad ciałami ludzi zmarłych, ich los i los pogrążonych w żałobie, szczytne pojecie ludzkiej śmierci zaklasyfikowano dziś (nie tylko w Polsce) do kategorii spraw pospolitych.

W żadnej kulturze śmierć nie jest sprawą zwykłą ani pospolitą. Pisaliśmy o tym w poprzednich rozdziałach. Tak też jest i w naszej tradycji. Świadczą o tym zachowania utrwalone chociażby w wojsku, gdzie ceremoniał pogrzebowy cechuje do dziś niekłamany splendor, uznawany nawet przez najsurowszych krytyków obyczaju. Dowodem poszanowania śmierci jest również przetrwała w języku ludzi związanych z wsią tradycja pewnych określeń. Oto mówiono: "pszczoła umarła, spadła", "koń przepadł", "krowa padła", "człowiek umarł". Powiadano też, że zdechł, "zdechła mi mateczka". Ale w tym drastycznie dziś brzmiącym wyrażeniu, kryła się zarówno wielka czułość, jak też niedopowiedzenie, które mogłoby ostatecznie i okrutnie zamknąć ziemski los człowieka. Bo określenie to oznaczało, że człowiek utracił tylko "dech", tchnienie, możliwość poruszania się, rozstał się z tym tylko, ale nie rozstał się z żyjącymi. Znaczyło to, że nadal istnieje, że trwa wśród nich po wieczne czasy. I takie też pierwiastki ukrywała dawna koncepcja obrzędów komemoracyjnych. Jesteśmy przekonani, że dzisiejsze nasze odczucia w obliczu niedawnego ludobójstwa i wielu śmierci najbliższych ludzi nie odbiegają od niej aż tak daleko, może nawet wzmacniają ją świadomością tragedii ogólnoludzkiej, wstydu i protestu. Dlatego niezrozumiałe są współczesne poczynania odzierające ten najbardziej uroczysty z rytuałów, jakim jest rozstanie, z przysługującego mu od wieków szacunku i piękna.

Wszystko to, co powiedzieliśmy w tym rozdziale, stało się powodem wyodrębnienia rozstania spośród pozostałych uroczystości. Rozstanie... Taki właśnie termin. Jedyny i wyłączny. Nie wiążący się z innymi rozlicznymi, przypisanymi już tradycyjnie śmierci, które, jeśli nie wzbudzają magicznej grozy, to wzbudzają niepotrzebną, i tak już wielką, boleść...

Źródło:

  • T.M. Ciołek, J. Olędzki, A. Zadrożyńska, Wyrzeczysko : o świętowaniu w Polsce, [Warszawa] 1976, s. 242-249.


Do góry