Epitafia


Wiktor Gomulicki

Karta z marmurowej kroniki

Pewnego lata zbudziły się w mej piersi ambitne pragnienia Kolumbów i Wespucjuszów i postanowiłem odkryć... Warszawę1.

Zamiar udał mi się w zupełności - jakkolwiek bowiem nie byłem pierwszym z odkrywców (uprzedzili mię już, niestety, niemieccy kuglarze, włoskie śpiewaczki i francuscy koncertanci), zbogaciłem jednak geograficzną wiedzę warszawiaków z Krakowskiego Przedmieścia i placu Teatralnego mnóstwem zadziwiających szczegółów, o których dotąd nie mieli najmniejszego pojęcia.

Pomnę, żem odkrył wówczas, pomiędzy innymi, malownicze spadzistości nadwiślańskie, a na nich strome i karkołomne uliczki wyglądające, jak by je żywcem przeniesiono z Konstantynopola lub Rzymu - w prawdziwość jednak mych odkryć nie uwierzono dopóty, dopóki artysta pewien2 w szeregu mistrzowskich szkiców nie pokazał ich wszystkim - na obrazku.

Nie stygnąc w szlachetnym zapale, przeniosłem następnie swe aparaty na przeciwległy kraniec miasta; tam mianowicie, kędy szereg odrapanych i suchotniczych topoli, zwanych przedłużeniem Alei Jerozolimskiej, stanowi rodzaj chińskiego muru, oddzielającego Warszawę ucywilizowaną od... krain nieznanych.

I w tej stronie udało mi się dokonać kilku ważnych zdobyczy.

Odkryłem najprzód gatunek ludzi półdzikich, którzy nie tylko obchodzą się zupełnie bez chustek do nosa, ale nawet nie czytują historycznych powieści pana Sienkiewicza, przy czym jednak cieszą się dobrym zdrowiem, a na brak apetytu skarżą się jedynie - po obiedzie.

Dalej, po raz pierwszy od opuszczenia asfaltów Krakowskiego Przedmieścia, ujrzałem in natura pewne zwierzę szczecinowate, z pyskiem wydłużonym, a ogonkiem skręconym fantazyjnie - na kształt modnej dziś w literaturze "arabeski" - zwierzę, które wielkie miasta tolerują u siebie jedynie w cywilizowanej przeróbce, to jest pod postacią schabu z kapustą, wędzonej szynki lub kiełbas wielkanocnych.

Dalej, ucieszyłem serce widokiem dzieci prawdziwych, a mianowicie: chłopców w dziurawych i przewiewnych spodniach, podtrzymywanych jedną szelką, zapiętą na żołnierski, błyszczący guzik, z gołymi głowami i nogami, oraz dziewczynek w matczynym kaftanie lub ojcowskiej kamizelce, z głowami i nogami jak wyżej.

Dzieci te, zamiast skakać przez obręcz, skakały przez płoty; zamiast stawać na odciskach przechodniów, stawały na własnych głowach; zamiast przewracać meble w ciasnym mieszkaniu, przewracały kozły na murawie, a w braku murawy - na samym środku niebrukowanych uliczek.

Upatrzywszy najtłuściejszego malca z tej gromadki filozofów, wierzących bardziej systemowi natury niż Froeblowskiemu, przyklasnąłem mocno jego poglądom, na co odpowiedział okrzykiem; zapewne tryumfu.

Po tych wszystkich wreszcie przyjemnych wrażeniach spotkałem się z rzeczą smutną, z rzeczą, na którą zawsze w końcu, we wszystkich bliższych i dalszych wycieczkach, natknąć musimy, a mianowicie ze śmiercią.

Odkryłem stare, chwastami zarosłe cmentarzysko i odkryłem mur wyłożony w całej swej długości szczątkami marmurów, podjętymi z zapomnianych grobowców...3

O tym murze chcę dziś wspomnieć szczegółowiej, gdyż najprzód: jest on jakby kartą wydartą z kroniki miasta, której wyrazy do połowy już prawie zatarł niszczący palec czasu; po wtóre zaś: kruszy się on, sypie w gruz i rozpada, i może za lat kilkanaście pozostanie zeń tylko - wspomnienie.

Pióro literackie trwałej niekiedy pisze od rzeźbiarskiego dłuta, papier zaś drukowany skuteczniej opiera się wpływowi czasu niż marmury...

Ludzie łatwiej by się obeszli bez chleba i odzienia niż bez pięknych, okrągłych i mile drażniących nerwy słuchu - frazesów.

Z tego to źródła powstało między innymi nazwanie cmentarza "miejscem wiecznego spoczynku".

Jakże ironicznym jest to określenie! - i jakże krótkotrwałą jest ta wieczność!

Kilka dziesiątków lat wystarcza niekiedy, aby ślady śmierci zatarły się i zniknęły, a obiecywany zmarłym spoczynek zakłócony i sprofanowany został wrzawą powszedniej walki o byt...

A gdy cmentarz straci swe uświęcenie, poważny duch żałoby ulata zeń bezpowrotnie, a "matka ziemia", tuląca do łona szczątki swych ukochanych dziatek, staje się wówczas pospolitym, na łokcie kwadratowe sprzedawanym "gruntem".

Ze starego cmentarzyska, o którym mówię, praktyczny duch czasu uczynił - ogród warzywny.

Jedna tylko kamienna płaczka z obtrąconymi rękoma oparła się zniszczeniu i stoi w kącie, rozmyślając ponuro o znikomości życia i... śmierci.

Zresztą nic tam nie przypomina cmentarza, a na gruncie, starannie wyrównanym i w symetryczne grządki pokreślonym, bujnie i niefrasobliwie rozkładają się mięsiste liście buraków, tępe głowy kapusty oraz w misterną koronkę dzierzgana marchew i pietruszka.

A jednak nad cmentarzem tym nie przewiało nawet jedno całkowite stulecie.

Cycero w jednej ze swych gawęd oratorsko.-filozoficznych (De senectute) rzuca śmiałą hipotezę o nieśmiertelności.

Nieśmiertelnością ducha ludzkiego - mówi - jest ta jego cząstka, która po zgonie zostaje pomiędzy ludźmi i trwa w pamięci następujących po sobie pokoleń...

O Rzymianinie ambitny! mówiąc tak, miałeś z pewnością na myśli siebie tylko i sobie podobnych, zapominając, że poza wami jest - ludzkość!

Pamięć o człowieku zwyczajnym - takim, z jakich tworzą się miliony - częstokroć już w trzecim pokoleniu, pośród wnuków, wygasa; ślad zaś, jaki po nim w życiu publicznym pozostaje, bywa mniej znacznym niż kręgi na wodzie po rzuconym do niej kamyku...

A czyżby Bóg chował nieśmiertelność dla wyjątków tylko - niby cukierek dla grzecznych dzieci lub czerwono oprawną książkę dla celujących uczniów?

* * *

Umarłych nie można poruszać bezkarnie...

Gdym w lipcowe, ogniem ziejące południe, wśród brzęku pszczół obsiadujących świeżo zakwitłe lipy i krzyku dziatwy bawiącej się w mrocznych kątach cmentarzyska, odczytywał i notował napisy na nagrobnych, kruszących się kamieniach, przejął mnie chłód wewnętrzny tak silny, że mimo upału drżałem wszystkimi członkami...

Każdy kamień i każdy napis budziły w głowie tłumne myśli, przywoływały przed oczy wir obrazów, a z tych myśli i z tych obrazów tworzył się długi i ponury korowód, opasujący mnie na kształt splotu kościotrupów, który średnie wieki "tańcem śmierci" nazywały...

Z marmurów tych, popękanych, do połowy zatartych i osadzonych nieforemnie w długim a niskim murze okalającym kościelny cmentarzyk4, wyłaniał się koniec zeszłego stulecia i początek minionego - wraz z całym tłumem mar, które się roją w mrokach doby minionej.

Jedne z napisów odsłaniały poważny majestat śmierci, inne - jej stronę obrzędową, sztywną, bezduszną, częstokroć nawet trywialną...

Prawie każdy kamień prosił przechodnia o modlitwę, o westchnienie - prośba jednak rzucana była w głuchą przestrzeń, drzewom tylko, słońcu i chmurom, zakątkowi bowiem temu trudniej o przechodniów niż o rajskie ptaki.

Nawet robotnicy fabryczni, przybywający do ciasnego kościółka Świętej Barbary, przy murze nagrobnym nie zatrzymują się i krzyku marmurów nie słyszą...

Jeden z kamieni przemawia do... nicości mową wiązaną. Początek napisu jest, przy prostocie swej, wzruszający. Brzmi on:

"Babka z wnuczką razem tu spoczywa.
Pamięć ich związków trwa pod jednym głazem;
Śmierć nie rozłączy serc czułych ogniwa...
Babka i wnuczka w jednym grobie!"

Rzecz jest sama w sobie dziwnie poetyczna; choć smętna. Babka i wnuczka - to niby uschła gałąź pospołu ze świeżo rozzielenionym pączkiem, w jednym uścisku śmierci zduszone...5

Ale całą elegijną powagę obrazka psuje zaraz i obraca w pospolitość sztywne i stereotypowe zakończenie rymów:

"Mąż żonie, siostra siostrze - przy tym razem
Oboje babce hołd ten wińmy znaczą
I w ich utracie samych siebie płaczą."

O! stokroć lepsze zapomnienie nad hołdy wyrażone niedołężnymi rymami!

Nie opodal od tego wykrzyku muzy pogrzebowej widnieje krótki, jak by rzucony od niechcenia napis:

"Wola Boża.
Spoczywaj,
Ignasiu."

Z daty przekonywamy się, że "Ignaś" był dzieckiem jednorocznym. Jeżeli prawdą jest, że "styl to człowiek", autorowi tego napisu - niewątpliwie ojcu dziecięcia - zazdrościć można tej obojętnej i już nie filozoficznej, ale bezmyślnej po prostu rezygnacji...

Gdyby rodzic "Orszulki" miał serce równie łatwo na wolę bożą przystające, oszczędziłby sobie długoletnich bólów i płaczu krwawego. Ale on na mogile dziecka swego pisał inaczej. On pisał:

"Orszula Kochanowska tu leży - kochanie
Ojcowe, albo raczej płacz i narzekanie;
Przeciwnie-ś to, niebaczna śmierci, udziałała:
Nie ja córki, ale mnie ona płakać miała!"

Jakby na potwierdzenie prawdy, iż nie ma na świecie rzeczy tak uroczystej, której by nie zdołało sprofanować i ośmieszyć nieśmiertelne głupstwo ludzkie - to głupstwo, które Flaubert "la betise universelle" nazywa - niektóre z kamieni przemawiają nonsensami stylowymi i logicznymi zdumiewających rozmiarów.

"Tu spoczywają - czytamy na przykład - szanowne zwłoki Marianny X. Pozostały mąż tę pamiątkę wdzięczności kładzie."6

Wdzięczności? - za co?

Wyobraźnia czytającego nie może opędzić się przypuszczeniu, iż owa Marianna była rodzajem słowiańskiej Ksantypy i że nieszczęśliwy małżonek razem z nią zakopał w ziemi swe udręczenia i swą mękę domową...

A kto wie, czy nie była to właśnie kobiecina potulna i cicha!

Cóż za dziwny znowu styl i dziwniejszą jeszcze pisownię spotykamy na następującym hrabiowskim nagrobku:

"Ur.(odzony) Adam Chrabia [tak!] Dambski Wojewodzie Brzesko-Kujawski, pozostałej Chrystyny [tak!] z Ryxińskich mąż umarł dnia itd. itd."7

I na co się zdało mieć tytuł jaśnie oświecony, jeżeli rodzina czyni zeń po śmierci ortograficzny dziwoląg?

Lepiej już być dobrym i wiernym sługą i mieć na grobie wypisane świadectwo tej treści:

"Tu spoczywa Rajmund Szeliga Magier8.
Żona, dzieci y Ten, przy boku którego 50 lat zostawał, dla wiecznej pamięci zaświadczają, iż był dobrym mężem, dobrym ojcem y dobrym sługą. Żył lat 75."

Ci, co kamień ten staremu słudze kładli, wyobrażali sobie widocznie, iż życie przyszłe urządzone jest zupełnie tak samo, jak doczesne; że duchy dzielą się na "panów" i "służbę" i że wystawienie zmarłemu świadectwa o dobrym spełnieniu obowiązków dopomoże mu w wynalezieniu korzystnego miejsca...

Wśród miliona innych fikcji o życiu zagrobowym i ta bezpiecznie pomieścić się może!

A oto znowu nagrobek w formie - karty wizytowej:

"JEANNETTE de MÜHLENFELS"

Imię, nazwisko i ani słówka więcej. Nawet krzyżyka nie ma ani liter polskich: ,,śp.", ani łacińskich: "D.O.M.", ani wreszcie, na starych grobowcach kładzionej, greckiej alfy i omegi.

Zdaje się, że śmierć, przebrana za galonowego lokaja, niesie napis ten na srebrnej tacy, z głębokim pokłonem a... szyderczo wykrzywionymi szczękami.

Wiek osiemnasty, ateistyczny i wydrwiwający stare ideały, z nagrobka tego wyziera. Ręczę, iż owa dama, która własnoręcznie nakreśliła plan swego epitafium, czytała Woltera i marzyła o pogrzebach cywilnych.

Na niektórych kamieniach przechowały się ślady łączności zespalającej niegdyś groby węzłem serdecznym, sięgającym zuchwale poza ostatnią metę życia.

Czytamy na przykład na jednym:

"Aniela X, siostra rodzona obok spoczywającego Ludwika..."

Tymczasem obok nie ma żadnego Ludwika; jest tylko mur pusty i pokryty obcymi nazwiskami...

Łączność trwała dopóty, dopóki trwał cmentarz; następnie kamienie z mogił zerwano i jeden pozostał na ludzkich oczach, a drugi zmienił się w proch, który wiatry rozwiały...

Pomiędzy polskimi znajdują się tu i ówdzie napisy cudzoziemskie: francuskie i niemieckie.

Jest coś niezmiernie smutnego w śmierci na obcej ziemi. Zda się, że w najdrobniejszym nawet atomie rozkładającego się ciała tkwi tajemnicza siła ciągnąca go magnetycznie do ojczystego kraju i że ciało to, dopóki się w nicość nie obróci, cierpi straszną tęsknotę, nie dającą mu nawet w mogile spokoju...

Pomiędzy innymi jest tu kamień nagrobny Lamberta Andrzeja Essevas9, sekretarza-redaktora przy Radzie Stanu, zmarłego w roku 1820.

Pod nazwiskiem umieszczono francuskie epitafium, które brzmi w przekładzie:

"Nigdy na głos prośby nie był głuchym. Na obcej ziemi Francuz znajdował w nim zawsze szlachetne poparcie, doświadczoną radę i szczerego przyjaciela."

Nieco dalej czytam:

"Ci-git Claude Antoine Sam, citoyen framcais, ne a Lyon."10.

To znów dolatuje mię z kamienia echo niemieckiej, sentymentalnej elegijności:

"Ruhe sanft!
Emilia Philippina B..."

* * *

Gdy skończywszy tę rewię umarłych - podobną do starej pod tymże tytułem ballady - powróciłem do świata i ludzi, zdało mi się, żem już ich od stu lat nie widział i że sam... starcem jestem stuletnim.

Przypisy:

  1. Aluzja do cyklu artykułów Za wrażeniami (I-III), drukowanych w "Kurierze Codziennym" w r. 1879. Zob.: W. Gomulicki, Warszawa wczorajsza, tekst oprac., wstępem i koment. opatrzył J. W. Gomulicki, Warszawa 1961.
  2. Aleksander Gierymski.
  3. Mowa o dawnym cmentarzu świętokrzyskim, opisanym w reportażu Za wrażeniami : Wycieczka I. Historię tego cmentarza, założonego przez misjonarzy z kościoła Św. Krzyża już w połowie XVIII w., ale uporządkowanego i konsekrowanego wraz ze wzniesioną na nim kaplicą pod wezwaniem Św. Barbary dopiero w r. 1783, można znaleźć w znanym dziele K. Wł. Wójcickiego, Cmentarz powązkowski pod Warszawą : t. III, Warszawa 1858, a także w dwóch obszernych artykułach: Hipolita Bogumiła Tarczyńskiego, Dawny cmentarz przy kościele Św. Barbary w Warszawie, "Przegląd Bibliograficzno-Archeologiczny", III, 1883, s. 50-55 (tu wykaz 80 nagrobków spośród 317 jeszcze wówczas istniejących), oraz Jana Ildefonsa Starożyka, Dawny cmentarz świętokrzyski, "Tygodnik Ilustrowany" 1885, t. I, s. 383-84 (por. tamże, 1886, t. I, s. 3-4).
  4. Tablice owe zdjęto z grobów albo wyjęto z katakumb dopiero ok. 1863 r., gdy z polecenia księdza Wojny niwelowano cmentarz świętokrzyski. Wtedy też wprawiono je w mur cmentarny. Tablice takie wprawiali w ów mur również i krewni zmarłych (por. informację podaną przez Gomulickiego w jego kronice "Z tygodnia", zamieszczonej w "Tygodniku Ilustrowanym" 1892, t. II, s. 142; podpis Wi. Go.).
  5. Gomulicki pisze tu prawdopodobnie o wmurowanej we wschodni mur cmentarza tablicy nagrobnej księżny Joanny z Sułkowskich Sapieżyny, która leżała w jednym grobie ze swą wnuczką, Ludwiką z Szembeków Dembowską. Tablicę tę położyli wspólnym staraniem Aleksy Dembowski ("mąż żonie") oraz jego szwagierka Eleonora z Szembeków Rudzińska ("siostra siostrze").
  6. Być może, iż ten napis odnosi się do tablicy nagrobnej Marianny Ruchlinowej, położonej przez męża nieboszczki, Antoniego, rajcę Starej Warszawy i wójta jurydyki Bielino, który przybył ok. r. 1767 z Czech, a był z zawodu garncarzem. Tablica była wmurowana w mur południowy, z lewej strony kościółka.
  7. Tarczyński (loc. cit.) podaje tę tablicę, odczytując jednak nazwisko wdowy jako: Rymińska.
  8. Rajmund Szeliga Magier (zm. 1798), wieloletni zarządca i kasjer warszawskiego dworu Bielińskich: w latach 1746-1766 Franciszka (ok. 1683-1766), marszałka w. koronnego, potem (1766-1798) jego synowca, również Franciszka (1742-1809), pisarza w. koronnego. Ojciec sławnego fizyka, meteorologa i pamiętnikarza Antoniego (1762-1837), autora cennego dzieła Estetyka miasta Warszawy, napisanego w latach 1826--1830, a opublikowanego tylko w wyjątkach.

    "(...) Tę wiernym usługom Jego [Rajmunda Magiera] oddaję sprawiedliwość - poświadczał pisarz Bieliński w r. 1798 - że przez dwadzieścia lat u śp. Stryja mego, marszałka w. koronnego, a potem przez lat trzydzieści dwa, aż do śmierci, czynność funkcji swej zostawił; z niej zatem, nie tylko na niniejsze zakwitowanie, ale i na wdzięczną pamięć ode mnie i Sukcesorów moich zasłużył, którą oraz na pozostałą żonę i dzieci we mnie ściągnął." (Al Kraushar, Antoni Magier i jego "Estetyka Warszawy", Warszawa 1903, s. 9).

  9. Tarczyński (loc. cit.) odczytuje to nazwisko: Esseras.
  10. U Tarczyńskiego (loc. cit.) inny napis: "[Ci-git] Claude Antoine Sain, Citoyen Francais, cy-devant negotiant et conseiller aulique de sa Maj[e]ste le Roi de Pologne." Był to kupiec warszawski przybyły z Lionu i zapisany do Album civile w r. 1767. Ożeniony z Marianną Mainone, córką mediolańskiego kupca, który osiedlił się w Warszawie w pierwszej pół. XVIII w., był Sain właścicielem kamienicy na Rynku Starego Miasta (hipot. 50). Zmarł w r. 1797.

Źródło:

  • W. Gomulicki, Z marmurowej kroniki [w:] Warszawa wczorajsza, W. Gomulicki, tekst oprac., wstępem i koment. opatrzył J. W. Gomulicki, Warszawa 1961, s. 106-113.
    Pierwodruku tekstu nie odnaleziono. Tekst wg zbioru Przy słońcu i przy gazie, Warszawa 1888, s. 137-148.


Do góry