Cmentarze


Stefan "Wiech" Wiechecki

Przypadki cmentarne

Bój pod cmentarzem

Na dwa śmiertelnie wrogie obozy dzielą się żebracy pod murem starozakonnego cmentarza przy ul. Okopowej. Pierwszemu przywodzi pan Jankiel Cwajman (Niska 63), inwalida wojsk rosyjskich, zwany popularnie "a grojser feldmarsiał Kuropatkin"1, słynny z największych w Warszawie uszu i najdłuższego nosa. Piękny ten rasowiec ma adiutanta i szefa sztabu w osobie kulawego pana Joska Dratwy (Gęsia 29), również inwalidy z wojny japońskiej. Kilku głuchoniemych i ślepych oraz dziesięć kobiet tworzy resztę armii.

Obóz ten okupował najlepsze miejsca pod murem, co doprowadziło do furii drugą, nierównie liczniejszą partię, dowodzoną przez Symchę Kożucha (Niska 41), zwanego "gienierał mit tankies"2 z powodu wózka, na którym jeździ, kręcąc korbą koło. Generał ten, oburzony na bezceremonialność armii Kuropatkina, zakręcił gwałtownie korbą i wjechawszy dyszlem w bok samemu feldmarszałowi, krzyknął:
- Paszoł won fyn murek, du hind mil ojren!3
- A hałle pisk, du zoologiczne małpe!4 - odpowiedział szyderczo Kuropatkin.

Rozwścieczony generał chwycił leżący pod ręką kostur i rąbnął przeciwnika na odlew. Było to hasłem do ogólnej bijatyki.

Obie partie, zagrzewane wojowniczymi okrzykami kobiet, rzuciły się z furią na siebie. Josek Dratwa wskoczył na magistracki wózek od śmieci i jednym rzutem fachowego oka ogarnąwszy sytuację krzyknął przeraźliwie:
- Wpieriod fyn linken fłank! Ojf sztykes!5
- Uraaa! - odpowiedzieli głuchoniemi, ruszając do ataku.

Intendent cmentarza, pan Gleigewicht, widząc straszliwy bój, zatelefonował po policję. Natychmiast wydelegowano dziesięciu posterunkowych, którzy rozwinąwszy się w tyralierę poczęli otaczać walczących.

Dopiero po czterdziestu minutach zaciętej bitwy, przerywanej tylko chwilami przez przejeżdżający tramwaj linii Z i dziewiętnastki, udało się policji zlikwidować działania wojenne. Nie wywołało natomiast przerwy ukazanie się pani Doroty H., która wracając z cmentarza wpadła nagle w sam środek frontu. Okradzione ją, nie przerywając walki.

Do komisariatu, prócz obu wodzów i ich sztabów, wzięto panią Hindę Widło (Stawki 83), panią Ruchlę Zylberman (tamże) i pana Henocha Mirlasa (Freta 84).

Obecnie koło cmentarza konsystuje stały posterunek policyjny.

Do góry

***

Jak zwykle w dniu 16 listopada 76-letni pan Lejb Wolman (Franciszkańska 6) zjawił się wczoraj na cmentarzu żydowskim i odwiedził własną mogiłę, zakupioną przed 32 laty. Towarzyszyło mu pięciu wiernych druhów, również w podeszłym wieku. Pan Wolman, zgodnie z utartym zwyczajem, odkorkował butelkę czystego spirytusu, napełnił kieliszek i wypił jednym haustem, wołając:
- Żeby ten rok był dla mnie dobry!

Przyjaciele również pili spirytus, zagryzając piernikiem zwanym mejkach. Na zakończenie wetknięto butelką w ziemię. Była to 32 z rzędu uroczystość doroczna.

Do góry

Na cmentarzu

Na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej znajduje się mauzoleum cadyka-cudotwórcy z Błędowa. Jest to pomnik niezbyt okazały. Przypomina budkę dozorcy kolejowego. Rankiem, w południe i o zmroku można tam znaleźć modlących się wielbicieli. Każdy z nich po skończeniu psalmów pisze na karteczce jakieś życzenie, adresuje do zmarłego cadyka i pozostawia na mogile. Dlatego to domek zapchany jest kartkami niemal po sam sufit. Co pewien czas administracja cmentarza wymiata stosy papieru i spala. Po miesiącu narasta nowa warstwa metrowej grubości.

W pobliżu owego mauzoleum wykopano świeży grób dla zmarłego w ubiegły czwartek właściciela domu przy ul. Prostej 20 Chaima Bajera. Rodzinie zależało na tym właśnie miejscu, gdyż nieboszczyk należał do grupy chasydów błędowskich i chciał być pochowany obok cadyka.

Gdy jednak kondukt pogrzebowy zjawił się na cmentarzu, dwaj członkowie zarządu gminy żydowskiej, panowie Elblinger i Sztykgold, polecili grabarzom wstrzymać się od pracy.

Powstał tumult. Krewniacy biegną do zastępcy administratora, pytają, co to ma być. Wszak z góry zapłacili za miejsce, wydano im kwitek.
- Idźcie precz - odpowiada zastępca. - Możecie sobie wybrać inne miejsce. Tam kopać grobu nie wolno. Pan Sztykgold zabronił.
- Dlaczego on zabronił?
- To już jego rzecz. Zabronił i basta.

Uczestnicy pogrzebu zdemolowali kancelarię. Połamano krzesła, stoły. Z szaf powyrzucano księgi. Przerażeni urzędnicy uciekli. Na cmentarz przybiegł dozorca i poszczuł tłum psami. Dał prócz tego parę strzałów ze straszaka. Podczas ucieczki tratowano się nawzajem. Kobiety mdlały. Mojżeszowi Grynszpanowi (Chłodna 42) zwichnięto nogę.

Po opuszczeniu cmentarza uczestnicy pogrzebu pojechali taksówkami na Pańską 28 do rabina Michelsona, który zgodził się odegrać rolę arbitra.

Pertraktacje trwały od godziny czwartej po południu do ósmej wieczór. Rozejrzawszy się w terenie, rabin zadecydował, że właściwie nie ma powodów do przenoszenia mogiły na inne miejsce. Innymi słowy, panowie Elblinger i Sztykgold przegrali sprawę.

Zaszło słońce, na cmentarzu zapanowała cisza.

Do góry

Pan się zastanów!

Około godziny pierwszej po południu zmarła wczoraj 65-letnia Chaja Kujawska, właścicielka domu schadzek przy ul. Wilczej 51.

Na wieść o zgonie najwybitniejsze męty uliczne Warszawy zgromadziły się w lokalu nieboszczki. Postanowiono wysłać delegację do gminy żydowskiej. Skoro jednak delegaci zjawili się w gminie, sekretarz oświadczył im stanowczo, że Chaja Kujawska nie będzie pochowana na miejscu zwykłym, lecz z dala od innych grobów, pod parkanem cmentarnym.

Zrobił się niesłychany rejwach. Delegaci zaczęli wrzeszczeć, że to jest skandal, że oni do tego nie dopuszczą, że w razie odmowy zdemolują lokal gminy żydowskiej.

Wrzaski trwały do godziny trzeciej po południu. Wreszcie najstarszy z delegatów zaproponował polubowne załatwienie sprawy
- Damy pięć tysięcy złotych, jeżeli jej pozwolicie urządzić porządny pogrzeb - oświadczył.
- Mowy nie ma - odparł sekretarz.
- Pan się zastanów, my damy całe dziesięć tysięcy.

Delegaci windowali sumę aż do godziny czwartej po południu, czyli do zamknięcia biura. Suma urosła do stu tysięcy złotych. Na rozjemcę wzywano najświatlejszego z mężów rabinatu, popularnego reb Dona. Jednakże i ten mędrzec po krótkim namyśle oświadczył, że Kujawska musi być pochowana pod parkanem,

Delegaci nie rezygnują. Dziś zamierzają przystąpić do dalszych pertraktacji.

Do góry

W śmiertelnej koszuli

Niejaki Chaim Grahan (Smocza 24) w celu poratowania bardzo nadwątlonego zdrowia wyjechał był do Otwocka. Kuracja jednak nie dała żadnych wyników i Grahan, po krótkiej walce z ostatnim stadium gruźlicy, zmarł w Otwocku.

Ponieważ za życia należał do związku, zawiązał się komitet pogrzebowy, który postanowił sprawić mu pogrzeb nierytualny i w tym celu zamówił trumnę. O tym postanowieniu dowiedzieli się tzw. chewre-kedysze6 czyli Żydzi ortodoksi i przyjęli je z największym oburzeniem.
- Nie możemy do tego dopuścić - mówili z gniewem. - Żyd nie będzie pochowany w trumnie7.

Od słów spiskowcy przeszli do czynów.

Zwłoki nieszczęśliwego gruźlika leżały zawinięte w śmiertelną koszulę i w płótno na parterze willi, w której Grahan żył i umarł. Spiskowcy zakradli się do willi, wynieśli zwłoki przez okno, zaś na ich miejsce położyli zręcznie zrobioną kukłę, zawiniętą w śmiertelną koszulę.

Tejże samej nocy odbył się w Otwocku prawidłowy rytualny pogrzeb z udziałem wszystkich chewre-kedysze.

Kiedy nad ranem następnego dnia weszli do pokoju przedstawiciele komitetu, zapanowała prawdziwa konsternacja.

O stwierdzeniu kradzieży zwłok zawiadomiono policję i miejscowy rabinat. Policja wszczęła energiczne śledztwo, natomiast rabinat stanął po stronie ortodoksów, którzy nie wahali się dokonać nocnej kradzieży, byleby rytuałowi stało się zadość.

Do góry

Posłuchajcie krześcijany...

[Opowiadanko to niewiele ma wspólnego z cmentarzem żydowskim, ale nie mogłam się powstrzymac, aby go tu nie umieścić. W końcu jest trochę o Bródnie ;-)]

Podczas gdy na Powązkach trudno było w dniu wczorajszym znaleźć żebraka, cmentarz bródnowski rozbrzmiewał od rana do zmierzchu pieśniami o górze Kalwarii, o królu, który gromił Turki pod Wiedniem, o królewnie, która się w dziadu kochała, o morderstwie w Bukowie i o dziecku żywcem spalonym. Ale prawdziwą furorę, zrobił pewien żebrak z okaryną. Siadłszy pod kasztanem, ustawił na ziemi porcelanową figurkę św. Antoniego i wygrywał rzewne melodie ku czci kaznodziei z Padwy. Toteż miedź i nikiel sypały się szczodrze do leżącej obok maciejówki.

Raptem rwetes! Policja łapie żebraków!

Zmykają dziadkowie na wsze strony. Muzyk z okaryną też chce drapnąć, lecz coś za ciężko. Łapią go i prowadzą do XXIV komisariatu. Okazuje się, że wirtuoz ma w kieszeniach cztery płócienne woreczki pełne monet. Poza tym sześć biletów loteryjnych i osiem weksli wartości 540 złotych.

Pan przodownik siada za stołem i przystępuje do spisywania nazwisk. Niektórzy dziadkowie są z Częstochowy, z Suwałk, inni z Kalwarii Zebrzydowskiej. Przychodzi kolej na muzyka.
- To wasza figurka? - pyta przodownik.
- Moja.
- Po coście ją przynosili na cmentarz?
- Żeby było lepi.
- Nazwisko i adres?
- Icek Szpiro, Krochmalna 17.

Pan przodownik omal nie zwalił się z krzesła.
- Wody! - krzyknął na woźnego. - Wody!

Wypił dwie szklanki, posiedział chwilę i ochłonąwszy, zawołał:
- Co za pomysł, żeby starozakonny modlił się przed świętym Antonim?
- A kto powiedział, że ja się modlę? Ja tylko grałem. To każdemu wolno.

Długo jeszcze dumał pan przodownik nad odpowiedzią żebraka i musiał przyznać mu rację. Grać wolno. A kiedy przeliczono zawartość woreczków, wyszło na jaw, że Icek Szpiro uzbierał z górą dwie setki złotych.

Przypisy:

  1. Kuropatkin Aleksiej - jako kapitan wyróżnił się znakomicie w wojnie bałkańskiej i szybko awansował na carskiego generała, po czym doprowadził do haniebnej klęski w wojnie rosyjsko-japońskiej. Jego wyjątkowa nieudolność i kompromitacja wojskowa Rosji zostały w Polsce i u Żydów radośnie podchwycone i dzięki temu w porzekadłach utrwaliło się jego nazwisko.
  2. jid-ros. generał z czołgami.
  3. jid. Won od murku! ty psie z uszami!
  4. jid. Zamknij pysk, ty zoologiczna małpo!
  5. jid. Naprzód z lewego skrzydła! Na bagnety!
  6. Chodzi naturalnie o Chewra Kaddisza, czyli Święte Bractwo, od wieków w gminie żydowskiej, zajmujące się m.in. pochówkami. Być może pan Grahan należał do jakiejś świeckiej organizacji, która chciała mu urządzić nierytualny pogrzeb, z czym nie mogli się pogodzić przedstawiciele gminy, czyli Bractwo.
  7. Hmm... to chyba lekka przesada. Zazwyczaj chowano Żydów tylko zawiniętych w całun. Chodziło o to, aby ciało miało bezpośredni kontakt z ziemią. Stosowano jednak także i trumny, lecz miały one wybite otwory, aby ziemia mogła przesypać się do wewnątrz i "otulić" zwłoki.
    Ortodoksja, chociaż przed II wojną traciła wpływy, była jednak siłą rządzącą ulicą żydowską. Wydaje mi się, iż owe dzieje szczątków pana Grahana mogły być bardzo prawdopodobne.

Źródło:

  • S. Wiechecki, Skarby w spodniach, czyli przypadki żydowskie, zebrał i opracował Robert Stiller, Kraków 2001.


Do góry