Cmentarze


Warszawa cmentarna
Żywi a zmarli

Ustawy cmentarne wydawane od XIX w. gwarantowały nienaruszalność grobu przez co najmniej 15 lat, pozwalały na stałe wykupywać (wydzierżawiać) miejsce pod grób i budować pomniki. Koszty tych operacji były spore, ale i tak nieporównanie mniejsze niż w dawnych czasach wystawienie nagrobka w kościele. W połączeniu z dużą (początkowo) ilością miejsca na nowych cmentarzach, przyczyniło się to do zwiększenia trwałości grobu.

Zwykły śmiertelnik otrzymywał więc możliwość prywatnego kultu zmarłych, co z jednej strony było odpowiedzią na żądania idealistów końca XVIII w., a z drugiej utrwalało pewien mir wokół śmierci i zmarłych (zob. też Cmentarze krótko i zwięźle : prosta historia, na co nam te nagrobki).

Miasta umarłych wizytówką żywych

Mimo dość sporych odległości dzielących Cmentarz Powązkowski, prawosławny, nekropolie ewangelickie i żydowskie od "cywilizacji", warszawiacy bynajmniej nie zapominali o swoich zmarłych. W XIX w. cmentarze postrzegano jako "wizytówkę" danej społeczności i tworzących ją jednostek: inwestowano w okazałe pomniki, starano się w trwały sposób oznaczyć mogiły osób zasłużonych, nie tylko od święta zdobiono groby kwiatami1. Zresztą same zarządy cmentarzy starały się dbać (z mniejszym lub większym sukcesem) o ogólną estetykę miejsca (zieleń, utwardzone alejki, ogólny porządek).

Nie bez przyczyny, gdyż żaden porządny przewodnik po Warszawie nie mógł się obejść bez wzmianki o jej nekropoliach, a opinia tam zamieszczona "wędrowała" przecież w świat. Ba! W żadnej "szanującej" się gazecie warszawskiej XIX w. i początku XX w. nigdy nie zabrakło zaduszkowych relacji ze stołecznych cmentarzy. Właśnie w listopadowych numerach czasopism znajdziemy najwięcej rycin lub zdjęć warszawskich nekropolii i ich pomników. Zresztą nawet w ciągu roku ukazywały się publikacje poświęcone pojedynczym nagrobkom2.

"Literatura cmentarzowa", czyli klepsydry i nekrologi

Lektura cmentarnych epitafiów nasuwa przypuszczenie, iż poprzednie pokolenia podchodziły do śmierci bardziej "uczuciowo" i - co więcej - nie wahały się tego demonstrować. Śladów tej afektacji możemy się doszukiwać nie tylko na cmentarzach.

Na przykład już na przełomie XVIII/XIX w. pojawił się w Warszawie zwyczaj informowania o czyimś zgonie za pomocą rozklejanych na mieście klepsydr lub rozsyłanych znajomym kart pogrzebowych. Dopiero jednak rozwój prasy codziennej ("Gazeta Warszawska", "Kurier Warszawski") sprawił, że śmierć i pogrzeb Kowalskiej stawały się faktem publicznie wiadomym, a to za sprawą znanego nam i dziś nekrologu.

Wielu mieszkańców Warszawy decydowało się jednak na obie formy informowania o śmierci bliskich, co stanowiło poważną sumę w budżecie pogrzebowym. Ot, np. w 1873 r. nekrolog kosztował ok. 60 kopiejek, ale już wydrukowanie 30-50 klepsydr to wydatek 3 - 6 rubli3.

Czuła pamięć zmarłych

Najbardziej "spektakularnym" świadectwem pamięci bliskich były listopadowe wizyty na cmentarzach. Chyba nie skłamię ani zbytnio się nie omylę, jeśli powiem Wam, że liczba odwiedzających wówczas groby była niemniejsza niż dziś. Ba! np. w 1904 r. zarząd tramwajów miejskich musiał wysłać dodatkowe wagony na linie dojeżdżające do nekropolii (tzw. "linie cmentarne" ;))4

Nastrój powagi podtrzymywała prasa. Właśnie na jesieni na łamach "Kłosów" czy "Tygodnika Ilustrowanego" pojawiały się wzruszająco-nastrojowe poezje i obrazki z cmentarzy, gdzie wdowy/wdowcy i sieroty opłakiwały mężów/żony i rodziców. A dzisiaj? Dzisiaj tylko o jakiś kwestach piszą ;)

Mimo tej "afektacji" wobec zmarłych, nieraz przyszło dziennikarzom "Kuriera Warszawskiego" ganić damy, które uczestnicząc w pogrzebie znanej osobistości, bez skrupułów deptały sąsiednie groby byle tylko znaleźć się bliżej głównego "show". Niejeden artykuł "zaduszkowy" wspominał też o częstych kradzieżach na cmentarzach, gdzie do późnego wieczoru przy grobie musiała czuwać służąca, aby nikt nie przywłaszczył sobie dekoracji pomnika.

Z biegiem lat zjawisko albo się nasiliło, albo dziennikarze pozbyli się skrupułów i zaczęli opisywać rzecz bardziej dosadnie. W "Stolicy" z 1982 r. czytamy np.:

"Osobną kategorią ludzi związanych z cmentarzami, są złodzieje podziemnego i naziemnego majątku grobowego. Powiada się o nich "hieny", na pewno z krzywdą moralną dla tych pożytecznych "sanitariuszy" stepów i buszów. Włamują się do grobowców i trumien, rabują wszystko co cenne. Wiadomo na przykład, że kiedy zwyżkuje na rynku złoto, zwiększa się liczba włamań i operacji tzw. dentystów, szakali poszukujących złotych zębów. Pastwą złodziei padają pomniki, płyty nagrobne, a nawet ławki przy grobach.

Do hien cmentarnych wolno zaliczyć tych mężczyzn i kobiety, niejednokrotnie osoby prezentujące się nader nobliwie, które kradną z grobów kwiaty, wiązanki i znicze. Niektórzy z tych, excuse mot, złodziei, zabierają kwiaty, aby je położyć na grobie własnej matki lub ponownie potem sprzedać; ściągają znicze, aby je przetopić i przehandlować."5

Wandalizm na cmentarzach bynajmniej nie jest czymś nowym, jak sugeruje prasa dzisiejsza i... wczorajsza.

Res sacra miser

Przez długie lata nie zmienił się natomiast stosunek do pochówków ubogich. Jakkolwiek od zawsze głoszono, że ubogi rzeczą świętą, to najczęściej o pogrzebie biedaków decydowały względy ekonomiczno-utylitarne, a nie religijne czy po prostu humanitarne.

Opłaty pogrzebowe nie należały do najmniejszych, ale jeśli ktoś wykazał się tzw. świadectwem ubóstwa, mógł liczyć na darmowy pogrzeb. Lecz cóż to był za pochówek! W zbiorowej mogile, ulokowanej w oddalonej części nekropolii, gdzie nawet drewnianego krzyżyka (też płatny luksus) nie dało się postawić6.

W ciągu XIX w. koszty ubogich pogrzebów ponosił warszawski Magistrat w ramach wydatków na dobroczynność. Za panowania Rosjan nie było z tym najlepiej, choć na łamach prasy rzadko krytykowano władze za lekceważenie ostatniej posługi "nieszczęśliwych" (ze strachu?). Prawdziwy dramat zaczął się dopiero w Drugiej Rzeczpospolitej, kiedy zarząd cmentarzami przejął... Kościół (zob. niżej).

Kto mógł i był zapobiegliwy, starał się więc zapisać do jednej z tzw. kas pogrzebowych7. Zaczęły one powstawać co najmniej od pierwszych lat XX w. przy różnych stowarzyszeniach zawodowych (np. Związku Posłańców, Towarzystwie Wzajemnej Pomocy Pracowników Handlu i Przemysłu, zarządzie miejskim czy dla "kobiet pracujących samodzielnie"8). Ich celem było zapewnienie swoim członkom środków na pogrzeb. Przyjmowano do nich ludzi zdrowych, przed 60. rokiem życia i np. w 1912 r. kasy posiadały średnio 500 - 1000 członków. W owym czasie zapomogi pośmiertne wynosiły 500 - 1000 rb, przy czym dodatkowo z okazji każdego pogrzebu pozostali członkowie kasy wpłacali 50 kop - 1 rb (por. ceny pogrzebów i karawanów)9.

Kasa pogrzebowa przeznaczona była dla osób, posiadających jakiś zarobek. Cóż jednak miały zrobić rodziny nędzarzy? Ano, niewiele, niewiele, właściwie zdane były tylko na chrześcijańskie miłosierdzie, które - jak wynika z doniesień prasowych z pocz. XX w. - nie istniało.

Dopiero w 1915 r. jedna z organizacji religijnych planowała założyć towarzystwo, zajmujące się pogrzebami ubogich i wzorowane na żydowskiej "Ostatniej Posłudze". Organizacja taka powstała ostatecznie w 1921 r. z inicjatywy Stowarzyszenia Związków Zawodowych Chrześcijan oraz Chrześcijańskiego Związku Tramwajarzy. Członkowie Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Grzebania Zmarłych (lub Katolickiego Towarzystwa Grzebania Zmarłych) wpłacali składki roczne, z których fundusz przeznaczano na pochówki osób ubogich i nieposiadających rodzin lub środków na pogrzeb. Inicjatywa znalazła pewne "poparcie" u władz, o czym świadczy... zobowiązanie kierowników komisariatów do zawiadamiania towarzystwa o osobach potrzebujących10.

Nowe dozory, mianowane po 1919 r. przez władze duchowne, sprawiły, że śmierć bliskich stała się naprawdę tragedią (zob. Dozory kościelne i cmentarne). Częste i bardzo wysokie podwyżki taryf pogrzebowych oraz wprowadzenie dodatkowych opłat, uczyniły pogrzeb katolicki trudno dostępnym nawet dla zamożnych warszawiaków, a biedaków zmuszały po prostu do żebrania.

W początku l. 20-tych XX w. na łamach prasy donoszono, że kiedy w ubogiej rodzinie ktoś umierał, jej członkowie obchodzili sąsiadów, krewnych, a nawet warsztaty z zawodu, w którym pracował zmarły, prosząc o pieniądze na pogrzeb11. Zebrane w ten sposób kwoty i tak nie starczały na pochówek, więc nieraz upływało 7-10 dni zanim trumnę złożono do ziemi. Do tego czasu ciało pozostawało w domu zmarłego, gdzie zazwyczaj warunki "przestrzenne" nie były imponujące.

W następnych latach miasto zawierało roczne umowy z dozorami na przewożenie i grzebanie zwłok biedaków zmarłych w szpitalach oraz ciał z prosektoriów uniwersyteckich i sądowych. W 1929 r. taki kontrakt opiewał na sumę 3600 zł, czyli około... siedmiu grobów na Starych Powązkach12. W dziesięć lat później umowy podpisywano nie bezpośrednio z dozorami, lecz z Katolickim Towarzystwem Grzebania Umarłych św. Józefa, które rocznie obsługiwało ok. 900 pogrzebów13.

A dziś? Dziś mamy ZUS, za którego zasiłki ledwo trumnę można kupić, chociaż (podobno) starczałoby na więcej, gdyby nie zmowa przedsiębiorstw pogrzebowych. Żyć - nie umierać, moi Państwo ;)

Początek nowej epoki?

Przeniesienie cmentarzy poza Warszawę wywarło ogromny wpływ na postrzeganie przez jej mieszkańców śmierci i zmarłych. Wreszcie, po wielu stuleciach gadania o szacunku dla nieboszczyków, naprawdę zaczęto go okazywać. I chociaż nadal zdarzał się wandalizm na cmentarzach, nadal istnieli "lepsi" i "gorsi" zmarli, to społeczeństwo oczekiwało, aby ktoś coś z tym zrobił. A to już coś ;)

© Sowa
20.09.2010

Do góry

Przypisy

  1. Zwyczaj kładzenia kwiatów na grobach przyjmował się stopniowo. Jeszcze Deotyma (zm. 1908 r.) uważała to za tradycję pogańską. - I. Baliński, Wspomnienia o Warszawie, Edinburgh 1946, s. 116.
  2. Świetnie pokazują to zbiory Walerego Przyborowskiego, składające się m.in. z licznych wycinków prasowych, dotyczących m.in. poświęcenia nowych pomników na warszawskich cmentarzach. Co ciekawe, prawie każda notatka zawiera opis nagrobka. - Zbiór Walerego Przyborowskiego w Archiwum m.st. Warszawy.

    Zob. też Cmentarze krótko i zwięźle : świątynia sztuki pod gołym niebem.

  3. Klepsydry rozwieszano na rogach ulic, których w ówczesnej Warszawie było podobno 75. - Przewodnik po Warszawie i okolicach, [B.m. 1873], s. 167.
  4. Święto zmarłych, "Kurier Poranny" 1904, nr 304, s. 2.
  5. Na cmentarzach, "Stolica" 1982, nr 32, s. 5.
  6. Groby zbiorowe wykorzystywano co najmniej do l. 80-tych XIX w. - Zob. Taryfa wszelkich opłat przy obrzędach pogrzebowych... z d. 29 sierpnia 1882 r..
  7. Oprac. na podst. ksiąg adresowych z l. 1912-1920.
  8. Kalendarz informacyjno-encyklopedyczny [pogotowia ratunkowego w Warszawie], Warszawa 1912, s. 557.
  9. Kalendarz informacyjno-encyklopedyczny [pogotowia ratunkowego w Warszawie], Warszawa 1912, s. 557.
  10. Oprac. na podst.: "Gazeta Poranna 2 Grosze" 1921: nr 90, s. 4, nr 119, s. 4, nr 304, s. 5, nr 307, s. 5 ; "Robotnik" 1922, nr 23, s. 4.
  11. Oprac. na podst.: "Gazeta Poranna 2 Grosze" 1921, nr 90, s. 4.
  12. "Gazeta Warszawska" 1929, nr 99b, s. 8.
  13. Pogrzeby ubogich, "Dziennik Zarządu Miejskiego m.st. Warszawy" 1938, nr 13, s. 3.

Źródła

  • Prasa z XIX w. i XX w.


Do góry