Cmentarze


Wiktor Gomulicki

Za wrażeniami
Wycieczka I (fragment)

Ze Składowej wstępujemy na Nowogrodzką. Ruch tu większy. Robotnicy z fabryk, umyci i jeszcze trzeźwi, stoją przed domami bawiąc się z dziećmi, którym w ciągu tygodnia ledwie kilka spojrzeń mogli poświęcić. Żony ich rozmawiają głośno, utyskując, że teraz "niczegój dokupić się nie można". W oknach, poza liśćmi fluksji i gałązkami rezedy, błyskają ładne i świeże buziaki. Dla niejednego z nich uroda stanie się fatalną, bo stolica, jak Moloch, wciąż nowego potrzebuje żeru...

Kilka kumoszek idących spiesznie z książkami do nabożeństwa oraz przyciszone echo śpiewów chóralnych przypominają nam, iż w bliskości znajduje się - kościółek1.

Zrobiwszy jeszcze kilkaset kroków, skręcamy na niedużą uliczkę, a raczej brukowany placyk wiodący wprost do "przybytku Bożego"2. Przed oczyma naszymi rozwija się nagle bardzo miły obrazek. Spoza muru cmentarnego wyzierają ciemne grupy drzew, wśród których świeci rażącą białością wieżyczka kościelna. Gromadki "wiernych" stoją przed bramą, gdyż nieszpory skończyły się już i tylko bractwo odśpiewuje pieśni nabożne. Są tu i chłopi z okolicy, których szare sukmany dziwnie odbijają od świątecznych tużurków (zwanych także "dyziurkami") mieszczaństwa.

Na cmentarzyku ładniej jak w ogrodzie. Ukośne smugi słońca przedzierają się przez gęstwinę drzew, złocąc ściany kościoła i murawę pokrytą bladym, jesiennym kwieciem. Rosną tu kasztany, wierzby, topole i olchy, a nawet brzózka płacząca szepcze coś na boku drżącymi listkami.

Towarzysz znalazłszy "partię" wierzb, których misternie wygięte gałęzie przypominają mu "sykomory" z obrazu Siemiradzkiego, rozkłada tekę i bierze się do szkicowania - ja tymczasem rozglądam się ciekawie po kościele i cmentarzu.

Ziemia, po której stąpam, nakrywa tysiące ludzkich szczątków, próchniejących i spróchniałych...

Przed laty grzebano tu mieszkańców Warszawy. Smutną i ciekawą pamiątką tej okolicy jest jeden z murów cmentarnych, pokryty od końca do końca mogilnymi kamieniami. Czyta się na nich daty zeszłoroczne i nazwiska brzmiące nierzadko historycznym wspomnieniem. Jest to wymowna karta z przeszłości naszego grodu, którą należałoby od zniszczenia uchronić3.

O kościółku wspomnę, że był przez czas jakiś zamknięty, gdyż groził ruiną, ale ludzie dobrej woli dźwignęli go z upadku, odświeżyli i w roku 1865 do użytku wiernych otwarli.

W tej chwili jest tu i pięknie, i wesoło. Na ławkach pod kasztanami siedzą starzy i młodzi śmiejąc się i gawędząc. Dzieci bawią się z krzykiem na murawie, pod którą spoczywają prochy ich prapradziadów. Mam wielkie podejrzenie, że ta parka, która przechadza się samotnie, tam pod ścianą wierzb krzywych, nie przyszła tu po to, by odmawiać modlitwy za zmarłych i rozpamiętywać o śmierci...

Słońce czerwienieje zniżając się ku zachodowi i zapala w gęstych koronach drzew złote pożary. Cmentarzyk pustoszeje. Tajemnicza parka coraz wymowniej patrzy sobie w oczy i coraz bliżej przysuwa się do siebie...

Towarzysz skończył rysować4 i zamyka swą dużą tekę, która w wysokim stopniu intryguje gromadkę malców, przyglądających się jej szeroko otwartymi oczami.

Przy wyjściu spotykamy żebraczkę, której twarz, zgrzybiała a dziwnie pogodna i ujmująca, zwraca naszą uwagę. Staruszka trzyma w ręku krzyżyk drewniany biało malowany, z wianuszkiem sztucznych kwiatów na wierzchu.

- Na jakąż to pamiątkę nosicie ten krzyżyk, mateczko? - pytamy ciekawie.

- Abo to wielmożni panowie nie wiedzą? Jużci na to go noszę, że już jestem z "moim" po złotym weselu!

- A ile to lat macie?

- Osiemdziesiąt i trzy. Ale "mój" starszy ode mnie.

- To wy, mateczko, pamiętacie, jak na tym cmentarzu ludzi chowali?

- Co nie mam pamiętać! Abo to tak dawno! Tu je niedaleko drugi smętarz, gdzie także chowali, a tera tam tylko buraki rosną i kapusta5.

Spoglądamy na siebie wzrokiem, który mówi:

- Pójdziemy tam!

I poszliśmy.

Rozpytując po drodze ludzi, niemało zdziwionych tym, iż ktoś wieczorem wybiera się do ,,starego cmentarza", docieramy o zmroku już do dużego warzywnego ogrodu, który, opasany szczątkiem muru i dość wysokim wałem ziemnym, wygląda smutno i dziko...

Z łatwością przebywamy "wał", broniony przez gęste szeregi... ostów i szalejów, a potem poczynamy przedzierać się wskroś chwastu ku małej lepiance, czerniejącej z daleka. Duże liście łopianów i jadowite łodygi pokrzyw ponuro szumią za nami. Co kilka kroków zimna ropucha spod stóp naszych wymyka się, skacząc ciężko i niezgrabnie...

Otacza nas jakieś duszne tchnienie dawnych wieków, starych trumien i zapomnianych mogił. Milczymy. Nietoperze zakreślają czarne koła na powietrzu. Mięsiste, liście buraków sterczą nieruchomo, zlewając się w jedną masę ciemnokrwistej barwy. Tu i ówdzie czernieją drzewa o suchych konarach, do kościotrupów podobne.

Nagle z popielatych, jesiennych mgieł wypływa księżyc - słońce umarłych. Krzywy jego sierp nigdy jeszcze nie wydawał mi się tak uderzająco podobnym do noża gilotyny! Od zachodu pociąga wiatr chłodny i cmentarz napełnia się w jednej chwili szmerem, chrzęstem i tajemniczymi szeptami...

Mimo woli odkrywamy głowy szepcząc: "Wieczne odpocznienie"...

Ale otóż i lepianka.

Światło błyskające przez szczeliny przekonywa nas, iż jakaś ludzka istota znajduje się we środku.

Towarzysz puka, drzwi otwierają się skrzypiąc fałszywie i na progu staje wysoka a chuda niewiasta, do wiedźmy Makbetowej podobna. Na oświetlonym wnętrzu izby drapieżny jej profil odkreśla się czarną sylwetką a la Konewka6:

- Niech będzie pochwalony! - mówimy uchylając kapeluszów,

- Na wieki wieków. A czego to tu panowie po nocy łażą?

- Chcieliśmy zapytać, czy to tutaj stary cmentarz?

- Właśnie że tutaj. A może panowie wedle kapusty?

- Nie, mateczko. Zajrzeliśmy tylko tak, przez ciekawość.

- Tu nie ma nic ciekawego. Była tu nad bramą wieżyczka z dzwonkiem, co jakieś panowie przychodzili ją oglądać, a potem wymalowali na płótnie farbami, ale kowal dzwonek ukradł, a budowniczy kazał wieżyczkę zdjąć, do Świętej Barbary odnieść, i po wszystkim.

- A czy tu wypadkiem nie straszy? - pyta towarzysz uroczyście.

- Co też pan wygaduje! Abo to pan dziecko, żeby w strachy wierzyć! Kto pacierz regularnie odmawia i do kościoła chodzi, ten się niczegój bać nie potrzebuje...

- Kiedy bo, widzicie, nam mówili, że się tu pokazują duchy - może takie, co w grzechu śmiertelnym zeszły ze świata...

- Co znów za duchy! W imię Ojca i Syna! Wszystkiego raz się tylko pokazało i tyle. I to jeszcze nie w nocy, ino w samiusieńkie południe. Widziałam ja i widziała jedna stara hrabini, co tu dawniej cięgiem przyjeżdżała z pieskiem. Tu na prawo, jak te zielsko, wyszedł z ziemi cień - nic, ino cień - i przespacerował sobie wolno, wolniusieńko po kwiatkach i po kapuście i zniknął aż tam, het, za tą suchą gruszką. Hrabini krzyknęła i zemglała, a ja dalej wodą i po wszystkim.

- A czy nie palą się tu czasem ogniki?

- O ognikach nie słyszałam, ale na święty Michał będzie osiem lat, jak jednej nocy budzę się i widzę w izbie jasność, ale to taką jasność, że szpilki można by zbierać. Wszelki duch Pana Boga chwali! Zerwałam się, łap cap za spódnicę i chcę wychodzić, a tu głos jakiś mówi z góry: ,,Nie wychodź, bo cię zara tknie paraliż i dzieci twoje nagłą śmiercią poumierają!" Zostałam w izbie i zaczęłam się modlić, choć mi ciarki po skórze chodziły. A jak zmówiłam dziesięć Zdrowaś Maria i trzy razy modlitwę za dusze w czyśćcu, jasność zginęła i zrobiło się ciemniusieńko jak w grobie.

Na tym kończy się nasza rozmowa z ,,odźwierną duchów".

W pół godziny później znajdujemy się już na Krakowskim Przedmieściu, wśród ruchu, gwaru i świateł, i oddychamy całą piersią, jak by nas jakaś zmora ciężka dusić przestała...

Przypisy:

  1. Mowa o maleńkim kościółku Św. Barbary, niegdyś kaplicy cmentarza świętokrzyskiego, zajmującego do pół. XIX w. spory placyk położony pomiędzy ulicami Nowogrodzką, Nowo-Wspólną i Leopoldyny (obecnie Emilii Plater). W r. 1863 zlikwidowano cały ów cmentarz, pozostawiając jednak stary kościółek, który w r. 1865 odnowiono, otwarto dla nabożeństw i podniesiono do godności kościoła parafialnego, którą posiadał aż do r. 1886. Dochował się on do dzisiaj, choć w nieco odmienionym kształcie, i stoi na dawnym miejscu, przylegając tylną ścianą do muru otaczającego wspomniany placyk od ulicy Wspólnej.
  2. Obok obecnego gmachu "Romy" na Nowogrodzkiej.
  3. Por przyp. 3 do szkicu Kartka z marmurowej kroniki.
  4. Nie był to zresztą pierwszy rysunek Medera wykonany na cmentarzu świętokrzyskim, ponieważ i ów placyk pocmentarny, i sam kościółek Św. Barbary odrysował on jeszcze w r. 1866, a drzeworyt według owego rysunku, wykonany przez Wandę Styfi, zamieszczono w "Kłosach" (t. III, 1866, s. 145).
  5. Mowa o tzw. Cmentarzu Ujazdowskim ("na Koszykach"), założonym w r. 1831, ale istniał bardzo krótko, "bo dla niedogodności miejscowych musiał być zamknięty" - (K.W. Wójcicki, Cmentarz powązkowski oraz cmentarze katolickie i innych wyznań pod Warszawą i w okolicach tegoż miasta. T. 3, Warszawa 1858, s. 2).
  6. Konewka Paul (1840-1871), z pochodzenia Polak, najwybitniejszy w XIX w. przedstawiciel niemieckiej wycinanki sylwetkowej, autor licznych tego rodzaju ilustracyj do Snu nocy letniej, Don Kichota, Fausta i wielu innych arcydzieł literatury światowej.

Źródło:

  • W. Gomulicki, Za wrażeniami : wycieczka I [w:] Warszawa wczorajsza, W. Gomulicki, tekst oprac., wstępem i koment. opatrzył J. W. Gomulicki, [Warszawa] 1961, s. 54-60.
    Pierwodruk w "Kurierze Codziennym" 1879, nr 222.


Do góry