Cmentarze


Cmentarze "krótko i zwięźle"
Zwłoki

Chyba nie ma religii, która nie narzucałaby szacunku dla zwłok. Bez względu na to, czy jest to ich pochowanie z wielką pompą, spalenie czy... zjedzenie (takoż z wielką pompą ;)), szczątkom ludzkim należy się specjalne traktowanie. Muszą zostać pochowane, choćby poprzez symboliczne rzucenie grudki ziemi1. Najczęstszym uzasadnieniem owych zachowań był strach przed zmarłym, który mógł przecież wrócić w postaci upiora i napastować żyjących. Dopiero z czasem doszły do tego względy uczuciowe. Co ciekawe, w wielu kulturach nie przeszkadzało to ogólnemu założeniu, że śmierć i trup przynoszą skalanie, więc kontakt z nimi wymaga specjalnych zabiegów oczyszczających (Rzym, judaizm).

Przez ostatnie dwa tysiące lat dominującym wyznaniem w Europie było chrześcijaństwo, choć ośmielę się stwierdzić, że nie wniosło wiele nowego w traktowanie zwłok. Niekiedy można nawet zauważyć niespotykane w kulturach pogańskich lekceważenie ludzkich szczątków (średniowiecze, epoka wczesnonowożytna). Tym niemniej to właśnie Kościół wywarł największy wpływ na postępowanie ze zmarłymi, a zasady "wypracowane" przez niego zostały z czasem usankcjonowane także w prawie świeckim.

Równi wobec śmierci?

Obiektywnie rzecz ujmując, wszyscy umrzemy. Nasze zwłoki ulegną rozkładowi, a dusza poszybuje ku tylko jej wiadomemu przeznaczeniu (jest to naturalnie jedna z najogólniejszych wersji wydarzeń ;)). Teoretycznie więc to co stanie się z naszymi szlachetnymi członkami po śmierci nie ma znaczenia. Teoretycznie. ;)

Problemy zaczynają się już na samym początku tj. w momencie pochówku. Każdy ma do niego prawo, a pogrzebanie zmarłych w katolicyzmie jest uważane za obowiązkowy czyn miłosierdzia względem ciała. Nawet w "heretyckiej" Anglii pochowanie zwłok od dawna było zagwarantowane prawem zwyczajowym i mogło zostać wręcz nakazane przez wymiar sprawiedliwości, a odmowa pogrzebu przez duchownego lub zwlekanie z nim podlegała dochodzeniu sądowemu2.

Tyle jeśli chodzi o piękną i szlachetną teorię. W praktyce istniał cały szereg wyjątków, z których część, owszem, była usankcjonowana przez Kościół, lecz reszta wynikała bardziej z "ludowej nadinterpretacji" niż tradycji religijnej.

Prawo kościelne wyróżniało kilka kategorii osób, którym pogrzebu wręcz należało odmówić (zob. Cmentarze katolickie : prawo kościelne do pocz. XX w.) W skrócie pisząc były to osoby nie należące do wspólnoty wiernych, luźno z nią związane lub jawnie lekceważące zasady chrześcijańskiego życia. Innymi słowy: poganie, nieochrzczeni (np. dzieci martwo urodzone), obłożeni klątwą kościelną, notoryczni grzesznicy (zwłaszcza popełniający grzechy ciężkie)3, o ile przed śmiercią nie okazali żalu i chęci poprawy. Współcześnie zasady te zostały bardzo złagodzone np. obowiązujący obecnie Kodeks Prawa Kanonicznego zezwala na pochówek dzieci zmarłych przed chrztem, o ile rodzice planowali podać je do tego sakramentu (Kan. 1183 § 2), a nawet schizmatyków, jeśli przed śmiercią okazali chęć nawrócenia i poddania się pokucie (Kan. 1184, § 1).

Najliczniejszą grupą osób pozbawionych prawa do spoczynku w poświeconej ziemi byli przestępcy. Wykluczenie spośród owieczek bożych bywało co prawda uzasadnione, jeśli delikwent odmawiał skruchy4, ale w praktyce każdy, kogo skazano na karę śmierci mógł zapomnieć o godnym pochówku. Ba! jeśli miał pecha skończyć na szubienicy, to jego ciało najczęściej dyndało sobie ku przestrodze bliźnich aż sznur się pod nim nie urwał5.

Zwłoki tych nieszczęśników albo grzebano, albo po prostu porzucano koło miejsca egzekucji, które często służyło jednocześnie za lokalne wysypisko. W mniejszych miejscowościach, nieposiadających własnej "Góry Szubienicznej", przestępcy mieli więcej "szczęścia", gdyż ich szczątki zakopywano "tylko" za murem parafialnego cmentarza. A i to nie wszędzie. Jeszcze w XIX w. zwłoki skazańców z Oberbühren (Szwajcaria) oddawano do badań anatomicznych, bo władze nie zgadzały się na ich grzebanie koło miejsca egzekucji (notabene znajdującego się w głębokim w lesie), a obywatele miasta protestowali przeciwko pochówkom na cmentarzu parafialnym6. Gorzej mieli tylko spaleni na stosie, których szczątki topiono lub rozrzucano byle gdzie.

W pierwszych wiekach średniowiecza dość niehumanitarnie odnoszono się również do ciał osób zmarłych nagłą śmiercią (w tym ofiar zabójstw). Człowiek miał bowiem prawo przygotować się na spotkanie z Bogiem, a jeśli komuś odmówiono tego przywileju, niechybnie miał coś na sumieniu. Nie wszyscy podzielali tę filozofię. Czeski kronikarz, Kosmas (ok. 1045-1125) oburzał się, że ciała pomordowanych wrzucano do rowu, a z tzw. Księgi Elbląskiej7 dowiadujemy się o dość rozpowszechnionym zwyczaju zakopywania ich w polu czy przy drodze8. Ów zbiór praw nakazywał zresztą ściganie tego rodzaju praktyk, słusznie uważając je za próbę zatarcia śladów zbrodni, ale też dążąc do objęcia ofiar chrześcijańskim pogrzebem. Takoż i papież Innocenty III (1161-1216) nakazywał, aby nie wzbraniać pochówku w poświęconej ziemi tym, którzy bez swej winy zginęli nagłą śmiercią. I owszem duchowieństwo nie miało nic przeciwko owym nieboszczykom, co jednak nie przeszkadzało XIII-wiecznym węgierskim prałatom zdzierać po grzywnie srebra za przyjęcie na cmentarz takich zmarłych.

Mors repentina (łac. śmierć nieoczekiwana, nagła) uderzała w człowieka nie tylko poprzez pioruny czy nóż zabójcy ukryty w ciemności. O wiele większe żniwo zbierała nawiedzając śmiertelników w postaci chorób, przeradzających się nader często w epidemie. Zmarłych w ten sposób nie uważano chyba za szczególnie potępionych, gdyż początkowo grzebano ich w kościołach, a dopiero z czasem zaczęto tworzyć oddalone cmentarze epidemiczne. Powstawały one raczej ze względów higienicznych niż "religijnych", lecz nie cieszyły się wysokim prestiżem społecznym (zob. Cmentarze średniowieczne (ok. V-XVI w.) : z dala od miejskiego zgiełku), mimo że bywały konsekrowane (jak "normalne" miejsca pochówków) i nawet czasami wystawiano na nich kaplicę. Jednakże strach przed zarażeniem bywał niekiedy tak silny, że tradycyjne nakazy szacunku dla zwłok świadomie lekceważono. We wspomnieniach niejakiego Jana Owsińskiego, proboszcza Jozowska, znalazły się zapiski, jak to podczas zarazy w 1710 r. chłopi zmarłych grzebali w sadzie albo... zostawiali na pastwę dzikich zwierząt9.

Do tej samej kategorii "podejrzanych" zgonów, choć w żaden sposób nieusankcjonowanych przez prawo kościelne, należała m.in. śmierć podczas porodu. W tradycji ludowej kobieta w czasie menstruacji oraz ciąży pozostawała nieczysta, do tego stopnia, że często izolowano ją od ludzi, a już tym bardziej zabraniano odwiedzania miejsc świętych10. Oczywistym wydawało się zatem, że nawet po śmierci nie powinna znaleźć się w granicach sacrum, aby go nie splugawić. Często więc przypadało jej mniej zaszczytne miejsce wiecznego spoczynku, choć np. w warszawskiej katedrze św. Jana takie kobiety grzebano w osobnej krypcie11.

Wyjątkowo nieludzko i niehigienicznie (wedle dzisiejszych standardów) postępowano ze zwłokami poległych w bitwach. Jeśli obok płynęła rzeka lub znajdowało się jezioro, ciała dzielnych rycerzy i ich giermków po prostu wrzucano do wody. Obrazowe metafory o "rzekach krwi" miały więc swoje uzasadnienie w stanie faktycznym. Natomiast jeśli w okolicy nie było "udogodnień hydrologicznych", wówczas szczątki walczących po prostu zostawiano na żer krukom i wronom. Tylko od zaangażowania bliskich lub lokalnego duchowieństwa zależało czy mężny Roland spocznie w poświęconej ziemi czy pod samotną sosną. Na tym tle pozytywnie wyróżnił się m.in. Władysław Jagiełło, który nakazał pochować poległych pod Grunwaldem (Polaków, ich sprzymierzeńców oraz Krzyżaków) w pobliskim kościele, a ciało Wielkiego Mistrza odesłał z honorami do Malborka. Taki to był król! :)

W dziejach cmentarnictwa bywały chwile, kiedy w niepoświęconej ziemi przyszło grzebać nawet świętobliwych. A wszytkiemu winna zatwardziałość serc ludzkich, trwających w grzechu mimo łagodnych napomnień Matki Eklezji. Jednak nawet najlepszej matce czasami puszczają nerwy i jest zmuszona ukarać swe krnąbrne dziatki ;). Takoż i Kościół nieraz musiał przywoływać do porządku Boże owieczki przy pomocy interdyktów lub ekskomuniki (zob. Cmentarze katolickie : prawo kościelne do pocz. XX w.). Te pierwsze nakładano również na nekropolie, co stawiało ich użytkowników w dosyć kłopotliwej sytuacji, bowiem stawały się one wyłączone z użytkowania. Pół biedy, jeśli w okolicy było inne miejsce pochówków, lecz zdarzało się i tak, że zmarłych grzebano obok "interdyktowanego" cmentarza. Czasami owa niedogodność trwała krótko i po ustaniu interdyktu nieboszczyków przenoszono na właściwe miejsce. Zdarzały się jednak takie sytuacje, jak np. w Ligowie, gdzie w 1599 r. wizytatorzy tamtejszej parafii zastali cmentarz od siedmiu lat (sic!) wyłączony z użytku, podczas których zmarłych chowano w rowach12.

Nie bagatelną rolę odgrywało też pochodzenie społeczne i ogólny stan majątkowy nieboszczyka. Odpowiednie darowizny czy kosztowne inwestycje w godną oprawę miejsca pochówku, chroniły (przynajmniej na jakiś czas) zwłoki przed wrzuceniem do wspólnego dołu lub tymczasowym pochówkiem w tzw. linii. Pozwolę sobie w tym miejscu poczynić spostrzeżenie, iż nawet w Cesarstwie Rzymskim, gdzie przecież niewolnictwo było usankcjonowane prawnie, przestrzeń cmentarza była bardziej demokratyczna niż w późniejszych wiekach. Owszem, istniały nekropolie dla biedaków z masowymi grobami (np. przy Bramie Eskwilińskiej w Rzymie), lecz na ogromnym cmentarzu przy Via Severiana (tzw. Isola sacra) pomniczki ubogich wyzwoleńców sąsiadowały z grobowcami możnych obywateli i nie wyznaczano im osobnych kwater.

Przez długie, długie wieki cmentarz, nawet ten pod gołym niebem, był miejscem dla wybranych, a ich liczbę ograniczał Kościół, władze świeckie czy wreszcie ludowy przesąd. Dopiero XVIII-wieczne reformatorzy cmentanictwa zaczęli ingerować w ten odwieczny porządek, postrzegając go nie tylko jako dyskryminację pewnych grup ludności, ale również jako zagrożenie dla zdrowia publicznego.

Odpowiednie ustawy lub zarządzenia nakazywały więc m.in. wyznaczanie dla "wykluczonych" osobnych kwater n a cmentarzach (owe sławne groby pod murem), aczkolwiek lektura książki Henryka Biegeleisena pokazuje, że praktyka daleko odbiegała od urzędowych teorii. Zresztą nawet w Wielkiej Brytanii dopiero w 1823 r. zakazano grzebania samobójców na rozstajach dróg, a już tym bardziej... wbijania im kołka w różne "strategiczne" części ciała. W Albionie starano się nawet jakoś ucywilizować pogrzeb owych nieszczęśników precyzując, że ma się odbyć bez żadnych "oznak hańby" (marks of ignominy, ale... między godziną 9. a 12. w nocy i przy udziale sędziego śledczego.

Wiek XX i dwie straszliwe wojny światowe przyczyniły się też do powstania nowego typu cmentarza wojennego lub wojskowego13. I chociaż zwłoki dzielnych żołnierzy nadal zostają na polach bitew, to nie ma już mowy o porzucaniu ich na żer krukom i wronom. Zwłaszcza po I wojnie światowej powstało wiele, specjalnie projektowanych cmentarzy wojskowych ku czci poległych bohaterów14.

Ostatecznie problem różnych kategorii zmarłych rozwiązało utworzenie cmentarzy komunalnych, gdzie nawet ateista może w spokoju oczekiwać końca świata ;)

Umarł Maciek, umarł i leży na desce... ;)

Ano umarł, bywa i tak w życiu ;) Zanim jednak trafił do grobu, jego zwłoki wymagały pewnych zabiegów, z których część miała znaczenie praktyczne, część magiczne, a większość służyła po prostu popisaniu się przed innymi ;)

Moda grobowa

Zacznijmy zatem od "opakowania", czyli... nie, nie mam na myśli trumny, o której powiemy sobie za chwilę, gdyż jest ona wynalazkiem dość "świeżej" daty. Na razie zajmijmy się czymś bliższym ciału tj. ubiorami pogrzebowymi.

Od czasów starożytnych do prawie że współczesnych najczęściej zwłoki owijano po prostu w całun. Na wsiach zwano go łoktusem i nawet, kiedy w ostatnią drogę nieboszczyka zaczęto wyprawiać w pełnej garderobie, całunem przykrywano zwłoki na katafalku15. Ten bardzo skromny "przyodziewek" był przez długie wieki oznaką ubóstwa, ale też pokory. Wielu możnych, nie krępując się w używaniu życia, po śmierci pragnęło ukazać się Bogu w nieco lepszym świetle. Miały w tym dopomóc pogrobowe umartwienia np. pochówek w całunie, a nie w szlacheckim "mundurze". W niektórych wspólnotach religijnych był to bardzo długo praktykowany zwyczaj, czego świadectwem jest nagrobek rodziny Fuhrman-Roesler (ok. 1805 r.) na cmentarzu ewagelicko-reformowanym w Warszawie (ok. 1805 r.) z przedstawieniami zwłok zawiniętych w płótno16.

Kogo było stać inwestował jednak w bardziej okazały przyodziewek. W najpospolitszej wersji składała się nań śmiertelna koszula (zwana gdzieniegdzie śmiertelnicą), ale nie myślcie, że nieboszczyka ubierano w pierwszą lepszą "sukienkę". Zwyczaj ludowy nakazywał uszyć ją z nowego lnianego lub konopnego płótna, na dodatek bez wiązania supłów na nitkach (aby się dusza zmarłego nie zaplątała i nie została na ziemi)17. Ściągano ją przy szyi, w pasie i nadgarstkach specjalnymi taśmami, których kolor uzależniony był od wieku i stanu cywilnego nieboszczyka. Dopiero od 2. połowy XIX w., kiedy stroje ludowe przyjęły wyjątkowo okazałą formę, zrezygnowano z śmiertelnicy, a zmarłych zaczęto odziewać w bardziej reprezentacyjną garderobę.

Przejęto w ten sposób obyczaj już od dawna praktykowany w zamożnych kręgach społeczeństwa, gdzie pogrzeb wymagał nowych, kosztownych szat, specjalnie zamawianych na tę okazję, nieraz jeszcze za życia delikwenta. Nie różniły się one zbytnio od "normalnej" odzieży, co poświadczają badania archeologiczne w podziemiach kościołów. Dzięki nim do historii przeszedł m.in. niejaki Adam Parzniewski (1565-1614), dworzanin królewny Anny Wazówny (1568-1625), którego świetnie zakonserwowane szczątki wraz z prawie kompletnym przyodziewkiem okryto w l. 50-tych XX w. podczas wykopalisk w katedrze św. Jana w Warszawie. Także inne badania archeologiczne potwierdzają, że ubrania pogrzebowe nie ustępowały okazałością tym używanym na co dzień.

Z historycznego punktu widzenia, ma to swoje plusy, gdyż naukowcy mogą dziś na tej podstawie wiele powiedzieć o używanych dawniej tkaninach czy kroju samych ubrań. O ile przetrwały, ponieważ najczęściej garderobą pogrzebową zainteresowane były osoby... hmm... o niestałym źródle dochodów ;). Rozumiały to mieszkanki XIX-wiecznej Florencji, które zanim powierzyły swe zmarłe dzieci grabarzom, ubierały je w fałdziste koszule rozcięte na całej długości, aby chciwa obsługa cmentarza nie odzierała maleństw z tej ostatniej sukienki18. Natomiast bogatsi ludzie tym usilniej zabiegali o pochówek w kościele, łudząc się, że będzie on lepiej strzeżony niż cmentarz. Cóż, nadzieja matką głupich... ;)

Pomni na to ryzyko, niektórzy starali się pogodzić względy reprezentacyjne z szacunkiem dla pieniądza. Obok "normalnych" ubrań do grobu szyto także odzież jednorazową. Z pozoru wyglądała równie okazale co "normalne" ciuszki, lecz po dokładniejszych oględzinach okazywało się, że nie ma pleców, poszczególne partie materiału łączono przy pomocy najprostszych ściegów (czasem spinano tylko szpilkami) i w sposób uniemożliwiający noszenie takiego ubioru, a szwy zostawiano na wierzchu. W przypadku ubiorów dziecięcych często wykorzystywano fragmenty starych ubrań, jak pokazują wykopaliska w katedrze lubelskiej.

Bez względu na wyznanie (lub jego brak) niewielu mieszkańców naszego kontynentu chce się pochować tak, jak ich Pan Bóg stworzył. Jakoś tak nie wypada... ;)

Trumna

Rekwizyt tak niezbędny dla każdego grobowca, filmu grozy tudzież wampira ;), czyli trumna, pojawiła się dopiero w połowie średniowiecza. W naszym rejonie Europy wspominają o niej kronikarze już w XI-XII w. (Kosmas (1045-1125) czy Nestor 1050-1114)), ale liczniej zaczęły występować dopiero ok. XIV-XV w.

Najtańszy model "classic" wykonywano przy niewielkim zaangażowaniu sił i środków. Ot, pudełko byle jak sklecone z desek, na dodatek bez użycia gwoździ. A jednak tylko nielicznych przedstawicieli chłopstwa stać było na takie "opakowanie"19. O wiele częściej zastępowała ją wydrążona kłoda drewna, a w powszechnym użyciu była zwykła deska, na której kładziono ciało zawinięte w całun, czasem przywiązując je do niej sznurami20. Niektórzy nie dostąpili nawet tego "zaszczytu". Kazimierz Brodziński (1791-1835) wspominał, że na wsiach biednych grzebano bez trumien, na dzień przed pogrzebem składając zwłoki pod cmentarnym ogrodzeniem (sic!)21. Z oczywistych względów sporządzaniem "opakowania" nie martwiono się także w czasie epidemii, zmarłych wrzucając do grobu tak, jak zastała ich śmierć.

Już w średniowieczu pojawiły się trumny w wersji "lux", będące oczywiście marzeniem każdego nieboszczyka ;) Ich okazałość przejawiała się na różne sposoby: malowaniem, obciąganiem bogatą tkaniną przybitą gwoździami ułożonymi w jakiś wzór, aż wreszcie zaczęto całe trumny sporządzać z metalu (np. spiżu, cyny) lub droższych gatunków drewna, zdobiąc je kunsztownymi rzeźbami.

Stwarzało to jeszcze jedną okazję do postaw się a zastaw się, toteż rady miejskie (np. Gdańska) często wydawały ustawy przeciwzbytkowe, zakazujące obijania trumien jedwabiem, zdobienia złotymi lub srebrnymi sznurami, przybijania tablic z panegirykiem lub innym utworem literackim. Oczywiście z ich przestrzeganiem bywało "różnie".

Do naszych czasów zachowało się niewiele przykładów naprawdę bogato zdobionych trumien. Powód? Zbyt wielka "okazałość", która czyniła je szczególnie łakomym kąskiem dla rabusiów. Co prawda niektórzy próbowali stworzyć pozory i zaoszczędzić grosiwa zamawiając ozdobne trumny z cyny, lecz metal ten jest wyjątkowo podatny na erozję i po porostu nie "przeżył" próby czasu.

Pozy, gesty i właściwa strona zaświatów

Pewne normy należało też zachować oczekując zmartwychwstania.

Tak więc ciało przeważnie układano na wznak i to zarówno u chrześcijan, jak i u Żydów22. Badania grobów wokół i wewnątrz kościołów dowodzą, że początkowo ręce układano wzdłuż tułowia, ale od XI-XIII w. coraz popularniejsze było składanie dłoni na miednicy, aż wreszcie w XVII-XVIII w. pojawiła się moda krzyżowania ich na piersi.

Różnie przedstawiała się sprawa położenia zwłok względem np. stron świata. U Żydów ciało powinno być zwrócone w stronę Jerozolimy, ale obowiązywał też kierunek wschodni. Natomiast w chrześcijaństwie głowę nieboszczyka należało kierować na zachód (twarzą ku wschodzącemu słońca), co miało wyrażać gotowość do drogi ku wieczności (wschód) i ucieczkę od doczesności (zachód). Z kolei w pełnym średniowieczu grzebano zwłoki, zwracając je stopami w stronę ołtarza23.

Od tych reguł bywało jednak baaardzo wiele wyjątków, gdyż ostateczne ułożenie ciała zależało po prostu od lokalizacji starszych grobów.

Bagaż podręczny

Droga do Nieba nie należy do najprostszych, najwygodniejszych, a już tym bardziej najkrótszych. Co gorsza niektórym nieboszczykom wcale nie spieszno na spotkanie z Wiekuistym, zatem na rodzinie denata spoczywa niewdzięczny obowiązek "przekonania" go, że wcale nie musi nawiedzać swych bliskich.

Z tychże powodów pradawny zwyczaj nakazuje wkładać do trumny różne przedmioty. Część z nich ma służyć nieboszczykowi w zaświatach (np. broń, narzędzia pracy), część ma umilać życie (np. zabawki wkładane dzieciom lub... napoje wyskokowe darowane dorosłym ;)), ale wszytkie mają go przekonać, że nie ma już czego szukać na tym świecie24.

Owe jak najbardziej szlachetne zwyczaje, chociaż satysfakcjonowały zmarłych, przysparzały im w istocie dodatkowego kłopotu. Nie wszytkim "badaczom" podziemi przyświecały bowiem szlachetne cele rozwoju nauki, wiedzy i kultury. Częściej chodziło o zdobycie tych kilku miedziaków, pordzewiałych mieczy czy zaśniedziałej biżuterii. John Claudius Loudon wspominał, jak podczas wizyty w Kownie w 1813 r. oglądał krypty tamtejszych kościołów splądrowane przez żołnierzy Wielkiej Armii Napoleona, którzy poprzedniej zimy szukali u zmarłych... chleba i butelek wódki włożonych do trumien przez troskliwych bliskich25.

Pewna anegdota o Diogenesie opowiada, jak to uczniowie zapytali mistrza, jaki chciałby mieć pogrzeb. Ten odpowiedział, że jest mu to głęboko obojętne, a jego ciało można porzucić gdziekolwiek. "Na pastwę dzikich zwierząt i ptaków?" - pytali z niedowierzaniem. Na co Diogenes stwierdził: "Połóżcie zatem kij, żebym mógł się od nich opędzać". "A po cóż ci kij - powiadają przyjaciele - przecież nie będziesz nic czuł" - "Otóż to - odrzekł Diogenes - ponieważ nie będę niczego odczuwać, jest mi obojętne, jak będę pochowany"26. Cóż nie wszyscy byli skłonni do takich wyrzeczeń i pewnych norm należało przestrzegać ;)

Oczekiwanie na pogrzeb

Opisane wyżej przygotowania i zabiegi wymagały nie tylko dużej ilości gotówki, ale także czasu. Nie dotyczyło to naturalnie biedaków, których zwłoki nieraz lądowały we wspólnym grobie jeszcze zanim zdążyły ostygnąć. Aż do końca XVIII w. była to kwestia nieunormowana prawnie, a jeśli nawet jakaś władza wydawała stosowne zarządzenia, to zazwyczaj pozostawały one tylko piękną teorią.

Z jednej strony naciskano więc na wiernych, aby nie czekali zbyt długo z pochówkiem. Na przykład gdański porządek kościelny (e Kirchenordnung) z 1612 r. nakładał obowiązek złożenia ciała do grobu najpóźniej w 48-godzin od zgonu, grożąc wysokimi karami pieniężnymi za przekroczenie tego terminu. W praktyce to i podobne zarządzenia z premedytacją lekceważono, zwłaszcza wśród szlachty należącej do Kościoła katolickiego. Liturgia pogrzebowa "papistów" była bowiem o wiele bardziej rozbudowana niż protestancka, a ponadto należało przecież odpowiednio zamanifestować swoją kondycję społeczną. Doszło więc do tego, że w 1785 r. Józef II z bólem serca, ale dla dobra ludzkości ;) musiał odebrać rodzinom prawo organizowania pogrzebu, gdyż często do kościoła dostarczano na wpół zgniłego nieboszczyka.

"Przeginano" też i w drugą stronę. W Polsce synody nakazywały, aby w przypadku nagłej śmierci nie grzebano zmarłych przed upływem 24 godzin, a w ostateczności 12, jeśli zmarły chorował zakaźnie (synod żmudzki 1752). W początku l. 80-tch XVIII w. przypominał o tym również biskup Antoni Okęcki. I znowu rzeczywistość daleko odbiegała od tych postulatów, o czym wspomina zarządzenie policyjne z 1793 r. wydane dla Warszawy.

Reformatorzy cmentarnictwa z końca XVIII w. postawili sobie za cel uregulowanie również kwestii zbyt prędkich lub zbyt odległych pogrzebów. Z jednej strony było to spowodowane panicznym strachem przed pochowaniem żywcem, który ogarnął Europę w XVIII w. i w początkach XIX w., a z drugiej względami higienicznymi. W większości państw wprowadzono więc 48-godzinny czas oczekiwania na pogrzeb, z zastrzeżeniem, iż w wypadku śmierci spowodowanej chorobą zakaźną, zwłoki należy pochować przed upływem 24 godzin (Austria, Królestwo Polskie).

Doświadczenia naszych przodków stały się podstawą dla współczesnych ustaleń. W Polsce nie wolno pochować zwłok przed upływem 24 godzin, lecz dopuszczalne jest wstrzymanie się z pogrzebem aż na 72 godziny! (Ustawa o cmentarzach i chowaniu zmarłych Dz. U. 2000, nr 23, poz. 295, Art.9, § 1-2). Tylko po co tyle czekać skoro już nawet okazałych konduktów się nie urządza, a na cmentarz dojeżdża się samochodem ;)

Siła tradycji

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż wszytkie zabiegi związane z ubieraniem i w ogóle "ekwipowaniem" zmarłego mają więcej wspólnego z pogaństwem niż chrześcijaństwem. Pradawni Słowianie wierzyli bowiem, że pośmiertna egzystencja nieboszczyka wymaga podkreślania jego statusu społecznego, zapewnienia mu narządzi pracy oraz w ogóle dbałości o jego bardzo przyziemne potrzeby (np. jedzenie, ogrzanie). Poniechanie tych działań ściągało gniew navi, któremu nie zapobiegał fakt, że zgodnie z eschatologią głoszoną przez Kościół zmarły po śmierci może co najwyżej smażyć się w Piekle lub Czyśccu, tudzież śpiewać nabożne pieśni w Niebie. To się nazywa synkretyzm ;)

Święte szczątki?

W chrześcijaństwie ciało ludzkie uważane jest za "depozyt święty"27 tj. siedzibę Ducha św., a wiara w zmartwychwstanie narzuca szczególną troskę o doczesne szczątki. Potocznie uważa się więc, że Kościół Katolicki zabrania robienia czegokolwiek ze zwłokami oprócz złożenia ich do grobu. Tymczasem rzecz jest trochę bardziej skomplikowana.

Potocznie przypisuje się religii chrystusowej wyrugowanie "barbarzyńskiego" zwyczaju kremacji. I owszem Kościół miał w tym duży udział, lecz w Cesarstwie Rzymskim palenia ciał zaprzestano niezależnie od wpływów chrześcijańskich. Naukowcy podejrzewają, iż przyczyną były zmiany w ludzkiej wrażliwości: inhumacja świadczyła o większym szacunku dla doczesnych szczątków uważanych przecież za mieszkanie nieśmiertelnej duszy.

Kościół katolicki wcale nie był aż tak ortodoksyjnie nieugięty w kwestiach nienaruszalności zwłok. Jeśli ktoś przeczytał zamieszczone przeze mnie fragmenty Kroniki Thietmara, na pewno zauważył, że szczątki przewielebnego biskupa Idziego zostały potraktowane wyjątkowo nie po "chrześcijańsku". Wyjęto bowiem wnętrzności i pochowano je w jednym miejscu, podczas gdy zwłoki - w innym. Prawo zwyczajowe nie zabraniało jednak balsamowania ciał, choć była do tego potrzebna zgoda biskupa.

Podobnie niejednoznaczna była postawa wobec ekshumacji. Z założenia była zakazana, bo w końcu nie po to modlitwa za zmarłych zaczyna się od "Wieczny odpoczynek racz im dać Panie..., aby ktoś co i rusz te nieszczęsne zwłoki gdzieś przenosił ;) W wyjątkowych wypadkach było to jednak dopuszczalne, ale początkowo tylko za zgodą papieża, a potem biskupa lub ordynariusza danego kościoła. (zob. też Cmentarze katolickie : prawo kościelne do pocz. XX w.)

W rzeczywistości do końca XVIII w. ekshumacje były bardzo częste i obywały się bez memoriałów pisanych do różnych reverendissimusów, co wynikało z dość ograniczonej przestrzeni grzebalnej cmentarzy przykościelnych. Bez względu na to czy stosowano mogiły zbiorowe, czy pojedyncze, co jakiś czas teren nekropolii był przekopywany pod nowe groby. Wydobyte wówczas kości zbierano w specjalnych budowlach zwanych kostnicami lub w arkadach utworzonych w ogrodzeniu cmentarnym. Przez długie wieki nie uważano tego za coś zdrożnego, bo szczątki pozostawały na poświęconym terenie cmentarza28.

Zdarzały się również "okazje specjalne". W czasach chrystianizacji Europy nieraz wykopywano zwłoki pogańskich przodków, chrzczono je i przenoszono na przykościelne nekropolie. Podobnie postępowano ze zwłokami poległych, o ile wcześniej nie zostały one wrzucone do pobliskiej rzeki (zob. Równi wobec śmierci?). Pośmiertne podróże czekały też nieszczęśników, którzy mieli pecha narazić się władzy kościelnej. Ich doczesne szczątki grzebano wówczas w niepoświęconej ziemi, skąd mogły być przeniesione na "łono kościoła" dopiero wtedy, gdy serce papieża lub biskupa zmiękło i cofnął ekskomunikę. Często też zdarzało się, że rodzina zbrodniarzy, których zwłoki porzucono pod szubienicą, zabierała je i grzebała na familijnych, poświęconych cmentarzach29.

Cóż, jak widzicie, od każdej reguły są wyjątki. Odnoszę przy tym wrażenie, że większym szacunkiem zwłoki cieszyły się w czasach pogaństwa niż po wprowadzeniu wiary chrystusowej. Nie wszytko przy tym można wytłumaczyć zmniejszeniem przestrzeni cmentarzy i związaną z tym częstą "melioracją" terenu. Nowa wiara przyniosła pewną degradację "osoby nieboszczykowskiej", podczas gdy u Słowian czy starożytnych Rzymian wymagano dla nich szacunku, gdyż mogli nawiedzać żywych i albo im pomagać, albo szkodzić. Chrześcijański trup był o wiele mniej groźny, a nawet sam potrzebował pomocy żywych cierpiąc katusze w Czyśćcu.

© Sowa
14.11.2009

Do góry

Przypisy

  1. Zwyczaj ten ma rodowód pogański (praktykowano go m.in. w Cesarstwie Rzymskim) i Kościół przez długi czas z nim walczył aż wreszcie zasymilował uzasadniając go biblijną formułą "Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz."
  2. W tejże samej Anglii wierzyciel mógł "aresztować" zwłok dłużnika, co naturalnie było karalne przez prawo państwowe, ale jednocześnie szeroko stosowane. - Hasło burial [w:] British universties encyclopedia : a dictionary of universal knowledge. Vol. 2, Beaucaire to cataract, ed. by D. Patrick and W. Geddie, London [1933-1937?], s. 569.
  3. Do grzeszników należą również samobójcy, aczkolwiek tu, siłą rzeczy, nie można mówić o "notorycznym" popełnianiu tego samego grzechu ;P. Tym niemniej prawo kościelne jeszcze w średniowieczu dopuszczało pochówek takiej osoby, o ile udowodniono, że targnęła się na życie w stanie niepoczytalności. - W. Mrozowicz, Iam miserrime mortuus : samobójstwo brata Ernesta w klasztorze kanoników regularnych (augustianów) w Kłodzku (1456) [w:] Śmierć w dawnej Europie : zbiór studiów, pod red. M. Derwicha, Wrocław 1997, (Acta Universitatis Wratislaviensis ; No 1863. Historia ; 129), s. 155.

    O ile Kościół był w stanie uwzględnić okoliczności łagodzące, to wierni już nie. W kulturze ludowej zwłoki samobójcy postrzegano jako wyjątkowo groźne, sprowadzające różnorakie klęski i często powracające na ziemię w postaci upiora. Ten, kto targnął się na swe życie, był pozbawiony nie tylko pochówku na cmentarzu, ale w ogóle w bliskości wsi. - Więcej na ten temat zob. H. Biegeleisen, Śmierć w obrzędach, zwyczajach i wierzeniach ludu polskiego : z 14 rycinami w tekście, Warszawa [1930]. Edycja elektroniczna.

    W takim np. Lubaniu na Śląsku samobójców grzebano razem ze zbrodniarzami przy szubienicy. - K. Grenda [et al.], Richtstättenarcheologie in Niderschlesien am Beispiel der Städte Kanth, Lauban und Arnsdorf [w:] Richtstättenarchäologie (Hrsg) J. Auler, Dormagen 2008, s. 347.

  4. Nawet jeśli złoczyńca chciał się pogodzić z Bogiem, to aż do XIV w. był pozbawiony tej możliwości. Dopiero powstanie zakonów żebraczych i nacisk papiestwa na władze świeckie umożliwiły objęcie posługą religijną także skazańców. - Ph. Aries, Człowiek i śmierć, Warszawa 1989, s. 25.
  5. W niektórych miastach za odcięcie wisielca groziła kara. - K. Grenda [et al.], Richtstättenarcheologie in Niderschlesien am Beispiel der Städte Kanth, Lauban und Arnsdorf [w:] Richtstättenarchäologie (Hrsg) J. Auler, Dormagen 2008, s. 345.
  6. S. Ulrich-Busler, Anthropologische Befunde am Skelett eines Teilverbrannten von Oberbühren, Kanton Bern, Schweiz [w:] Richtstättenarchäologie (Hrsg) J. Auler, Dormagen 2008, s. 272.
  7. Księga Elbląska - najstarszy zbiór polskiego prawa zwyczajowego zredagowany w 2. połowie XIII lub na początku XIV w.
  8. Zwyczaj ten trwał aż do początku XX w., o czym pisał Henryk Biegeleisen. Z informacji zebranych przez niego wynika, że ofiary morderstw były grzebane w miejscu zbrodni, a ich zwłok nie przenoszono na cmentarz. Za to każdy, kto mijał taką mogiłę, obowiązany był rzucić na nią gałąź, wiecheć słomy lub kamień na znak pamięci o zmarłym, ale też, aby "przykuć" duszę do ziemi, coby nie straszyła żyjących. Podobne zabiegi były w ogóle związane z miejscem pochówku osób wyklętych (samobójców, nieochrzczonych itp.). - H. Biegeleisen, Śmierć w obrzędach, zwyczajach i wierzeniach ludu polskiego : z 14 rycinami w tekście, Warszawa [1930], s. 251 i następne. Edycja elektroniczna.

    Z drugiej strony w miejscach nieszczęśliwych wypadków (zwłaszcza śmiertelnych) często wystawiano krzyże (za spokój duszy ofiary?). - J.S. Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce, wiek XVI-XVIII. T. 1, [Wyd. 2.], Warszawa 1960, s. 117.

    Kontynuacją tego zwyczaju wydaje się współczesna praktyka upamiętniania miejsc wypadków samochodowych.

  9. Podaję za: T. Wiślicz, Chłopskie pogrzeby w Polsce od drugiej połowy XVI do końca XVIII wieku, "Kwartalnik Historii Kultury Materialnej" 1997, nr 3-4, s. 360.

    Ze względów higienicznych w niektórych zakonach ustaliła się zasada, że mnichów zmarłych podczas epidemii grzebano pod murem klasztoru, a nie w kościele. - M.W. Lorenc, Architektura podziemi : (przykłady z Polski), Wałbrzych 2006, s. 16. Edycja elektroniczna.

  10. W wielu kulturach (m.in. żydowskiej, skąd zwyczaj ten został przejęty przez wiarę ludową) kobieta może wejść do kościoła dopiero po 40 dniach lub 6 tygodniach od porodu. Obrzęd ten nazywał się "wywód" i w zależności od regionów przyjmował mniej lub bardziej okazałe formy (czasami towarzyszył mu obfity i oczywiście zakrapiany poczęstunek). Należy jednak pamiętać, że nie jest to usankcjonowane w prawie kościelnym, a kapłan podczas wywodu nie "oczyszcza" kobiety, tylko raczej błogosławi ją i dziecko, które wydała na świat. - Więcej na ten temat zob. H. Biegeleisen, Matka i dziecko w obrzędach, wierzeniach i zwyczajach ludu polskiego, Lwów 1927. Edycja elektroniczna.
  11. Podziemia kościołów Starej Warszawy : Archikatedra św. Jana, kościół NMP Łaskawej, Warszawa 1957, s. 13.
  12. T. Wiślicz, Chłopskie pogrzeby w Polsce od drugiej połowy XVI do końca XVIII wieku, "Kwartalnik Historii Kultury Materialnej" 1997, nr 3-4, s. 359, przyp. 40.
  13. Wydaje mi się, że zaczątków tego typu cmentarzy (tj. wojskowych) można się doszukiwać w XVIII w., kiedy to zaczęto formować armie zawodowe. W koszarach funkcjonowały często lazarety, a w ich pobliżu powstawały pierwsze cmentarze dla żołnierzy (np. przy warszawskim kościele Zdjęcia z Krzyża).

    Najstarszy przykład cmentarza wojskowego, jaki udało mi się znaleźć, to ogromny Soldatenfriedhof w Hanowerze (za bramą św. Egidiusza), zaznaczony na planie Mateusza Seuttera z końca l. 40-tych XVIII w. Z informacji Seuttera wynika, że powstał po 1747 r.

  14. Zob. O. Duda, Cmentarze I wojny światowej w Galicji Zachodniej 1914-1918, (Cmentarze I wojny światowej ; t. 2), ( Studia i Materiały. Cmentarze 3(6)), Warszawa 1995 oraz np. Cmentarze I wojny światowej.
  15. Łoktus bywał nieraz bogato haftowany, a po ceremonii pogrzebowej ofiarowano go kościołowi na przykrycie ołtarzy. - H. Bittner - Szewczykowska, Ubiory dla zmarłych oraz wiejskie ubiory żałobne, "Rocznik Muzeum Etnograficznego w Krakowie" 1994, T. 11, s. 109.
  16. J.S. Majewski, T. Urzykowski, Cmentarze ewangelickie : Przybora, Żeromski, (Spacerownik 2007 : [dodatek do "Gazety Stołecznej"]). Edycja elektroniczna.
  17. Strach przed zmarłym, który mógł powracać do swego domostwa i szkodzić żywym, stal się źródłem wielu zwyczajów związanych również z przyodziewkiem. Na przykład bardzo rzadko zakładano nieboszczykom obuwie, zastępując je specjalnymi skarpetami. - H. Bittner - Szewczykowska, Ubiory dla zmarłych oraz wiejskie ubiory żałobne, "Rocznik Muzeum Etnograficznego w Krakowie" 1994, T. 11, s. 111.
  18. K.W. Wójcicki, hasło Cmentarze polskie [w:] Encyklopedyja powszechna. T. 5, C - Cul, Warszawa 1861, s. 754.
  19. Zwyczaj nakazywał zresztą, aby sporządzić sobie trumnę jeszcze za życia. Ku frustracji ewentualnych spadkobierców stała więc sobie długie lata na strychu wypełniona zbożem (co miało zapewnić dobrobyt) ;). - Więcej o ludowych zwyczajach związanych z trumną zob. H. Biegeleisen, Śmierć w obrzędach, zwyczajach i wierzeniach ludu polskiego : z 14 rycinami w tekście, Warszawa [1930], s. 176 i następne.
  20. Stąd słowa piosenki: "Umarł Maciek, umarł / Już leży na desce... / Gdyby mu zagrali, / Podskoczyłby jeszcze. / Bo w Mazurze taka dusza, / Gdy zagrają, to się rusza.." Oj dana! ;)
  21. Podaję za: H. Bittner - Szewczykowska, Ubiory dla zmarłych oraz wiejskie ubiory żałobne, "Rocznik Muzeum Etnograficznego w Krakowie" 1994, T. 11, s. 110.
  22. Wiara ludowa podaje jakoby tych ostatnich grzebano siedzących (czyli "w kucki"), ale to tylko przesąd.
  23. Zakładając, że ówczesne kościoły były orientowane (tj. ołtarz lokowano na wschodzie), to i zmarli spoczywali w większości w prawidłowym "porządku".
  24. Taką samą genezę ma zwyczaj dawania zmarłemu monet (umieszczanych w ustach lub na oczach), dość powszechny także poza Grecją, gdzie symboliczny obol miał być opłatą dla Charona. Z jednej strony rozumowano, że nawet w życiu pozagrobowym istnieje jakiś obieg pieniężny, a z drugiej stanowiło to formę "wykupna" spadku przez dziedziczące go dzieci ("Oto masz swoje, zostaw mi moje"). Ponadto monety kładzione na oczach miały zabezpieczyć przed spojrzeniem nieboszczyka, które uważano za wysoce niebezpieczne. - H. Biegeleisen, Śmierć w obrzędach, zwyczajach i wierzeniach ludu polskiego : z 14 rycinami w tekście, Warszawa [1930], s. 184-185.
  25. J.C. Loudon, On the laying out, planting, and managing of cemeteries, and on the improvement of churchyards, London 1843, s. 45-46, przyp. [2]. Edycja elektroniczna.
  26. L. Winniczuk, Ludzie, zwyczaje i obyczaje starożytnej Grecji i Rzymu, Warszawa 1983, s. 449.
  27. H. Insadowski, Kościelne prawo pogrzebowe, "Ateneum Kapłańskie" 1929, T. 23, z. 4, s. 321.
  28. Nie wszędzie było to chyba powszechne. Na przykład badania archeologiczne wokół kościoła św. Mikołaja w Hrubieszowie wykazały, że z biegiem lat poziom cmentarza stopniowo się podnosił. Najgłębsze z tamtejszych grobów, datowane na 2. połowę XVII w., odkryto 2,5 m pod poziomem gruntu. - J. Podkowik, Nie wszystko umiera... : monografia cmentarza grzebalnego w Hrubieszowie, Hrubieszów 2007, s. 71.

    Obecnie w budynku cerkiewnym funkcjonuje katolicki kościół św. Stanisława Kostki. O cmentarzu grzebalnym wokół świątynii wspomina m.in. dokument Jana III Sobieskiego z 1693 r.

  29. Takie szczęście spotkało np. niejakiego szlachcica Palczewskiego, ściętego w Krakowie ok. XVI w. - H. Zarembska, Niegodne rzemiosło : kat w społeczeństwie Polski XIV - XVI w., Warszawa 1986, s. 72-73, przyp. 164.

Do góry

Źródła

  • Ph. Aries, Człowiek i śmierć, Warszawa 1989.
  • H. Biegeleisen, Śmierć w obrzędach, zwyczajach i wierzeniach ludu polskiego : z 14 rycinami w tekście, Warszawa [1930].
  • H. Bittner - Szewczykowska, Ubiory dla zmarłych oraz wiejskie ubiory żałobne, "Rocznik Muzeum Etnograficznego w Krakowie" 1994, T. 11, s. 109-116.
  • S. Bylina, Człowiek i zaświaty : wizje kar pośmiertnych w Polsce średniowiecznej, Warszawa 1992.
  • J.S. Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce, wiek XVI-XVIII. T. 1, [Wyd. 2.], Warszawa 1960.
  • Z. Chodyński, Hasło Cmentarze w Polsce [w:] Encyklopedja kościelna podług teologicznej encyklopedji Wetzera i Weltego, z licznemi jej dopełnieniami. T. 3 Brzoski - Czyżewski, przy współprac. kilkunastu duchownych i świeckich osób wydana przez M. Nowodworskiego, Warszawa 1877, s. 423-437.
  • K. Cieślak, Kościół - cmentarzem : sztuka nagrobna w Gdańsku (XV-XVIII w.) : "długie trwanie" epitafium, Gdańsk 1992.
  • A. Drążkowska, Odzież grobowa w Rzeczypospolitej w XVII i XVIII wieku, Toruń 2008.
  • N. Fischer, Vom Gottesacker zum Krematorium : eine Sozialgeschichte der Friedhöfe in Deutschland seit dem 18. Jahrhundert, 1996, s. 35. Edycja elektroniczna.
  • Hasło burial [w:] British universties encyclopedia : a dictionary of universal knowledge. Vol. 2, Beaucaire to cataract, ed. by D. Patrick and W. Geddie, London [1933-1937?], s. 568-570.
  • H. Insadowski, Kościelne prawo pogrzebowe, "Ateneum Kapłańskie" 1929, T. 23-24.
  • A. Labudda, Liturgia pogrzebu w Polsce do wydania Rytuału Piotrkowskiego (1631) : studium historyczno-liturgiczne, Warszawa 1983.
  • Richtstättenarchäologie (Hrsg) J. Auler, Dormagen 2008.
  • Śmierć w dawnej Europie : zbiór studiów, pod red. M. Derwicha, (Acta Universitatis Wratislaviensis ; No 1863. Historia ; 129), Wrocław 1997.
  • J.M.C. Toynbee, Death and burial in Roman world, Baltimore ; London 1996.
  • W. Wójcik, Prawo cmentarne w Polsce do połowy XVI wieku, "Polonia Sacra" 1958, nr 10, s. 165-218.


Do góry